Dzisiaj odezwało się echo z pikniku w Tyńcu, gdzie bawiłem u znajomych i gdzie młodzi wzięli mnie za matuzalema. Przypomnę dwudziestoparoletnim szczeniaczkom (piszę "przypomnę" przez kurtuazję, bo pewnie dopiero w tej chwili się dowiedzą), że prawdziwy, znany z księgi Genesis patriarcha Matuzalem, żył 969 lat, a w 195. roku życia został ojcem Lamecha. Młodzi dziwili się, że mają obok siebie faceta, który żył, gdy żył jeszcze Stalin, Mao Ce-Tung, kiedy Indie były jeszcze angielską kolonią, a na Mont Everest-cie nie stanęła ludzka stopa. Dziwili się, ale ostatecznie uwierzyli, że wtedy żyłem, po przeliczeniu lat i porównaniu na komputerowym kalkulatorze. Natomiast wątpili, gdy powiedziałem, że widziałem cesarza Franciszka Józefa I na balu w Sukiennicach krakowskich w 1880 roku. Niedowiarki!
To dygresja, bo echo z pikniku dotyczyło zupełnie czego innego. Gospodarz domku letniego w Tyńcu, Stasinek, z wyrzutem powiedział mi przez telefon, że jego posunięta w latach ciotka przestała chodzić na msze do kościoła Benedyktynów, i że, bo to tutaj najważniejsze, przestała chodzić na msze przeze mnie.
- Przeze mnie? - byłem zdumiony.
Nie znajdowałem związku pomiędzy mną a uczestnictwem lub nie uczestnictwem ciotki Stasinka w nabożeństwach religijnych.
- A tak, Karol. Przez ciebie - potwierdził Stasinek. - Powiedziałeś ciotce, że Benedyktyni przesadzają z przystosowywaniem się do reguł życia kapitalistycznego, bo nie dość, że w budynkach klasztornych otworzyli restaurację i hotel, to na dodatek w bramie kościoła umieścili psychoelektroniczny wykrywacz grzechów.
- Tak powiedziałem? - zdumiałem sie jeszcze bardziej (czerwone wino!).
- Mówiłeś, że sam padłeś ofiarą tego wynalazku. Wchodziłeś do kościoła, a tu głośne "pii, pii, pii" i jednocześnie obok otworzyła się furtka, która prowadziła wprost do konfesjonału.
- To trzeba było wytłumaczyć ciotce, że jeśli nawet tam jest wykrywacz grzechów, to jej to nie dotyczy, bo ten wykrywacz wykrywa tylko grzeszników. Przecież ona cały wieczór przesuwała paciorki różańca i mruczała zdrowaśki.
- Ona się boi, że ten automat się zepsuje i zacznie na nią piszczeć i co ludzie, a zwłaszcza jej ukochany ojciec Leon, sobie pomyślą. Chce natychmiast wracać do domu. Aleś, Karol, narobił.
- Zaraz, zaraz, mój drogi. - Coś mi się przypomniało. - Przecież narzekałeś, że ciotka siedzi u ciebie już cały miesiąc i odstrasza znajomych. Powinieneś mi podziękować, a nie mieć pretensje.
- Niby tak, ale ona... Pamiętasz, co ci mówiłem?
- O testamencie ciotki?
- Właśnie. Nie chciałbym aby odjeżdżała ze złymi wspomnieniami z pobytu u nas.
- To weź ją do kościoła i przy niej przejdź przez drzwi kilka razy tam i z powrotem. Sama się przekona, że nic nie piszczy, a na pewno nie myśli o tobie, że jesteś świętym.
- Wręcz przeciwnie.
- Wtedy będzie mieć pewność, że nie ma tam żadnego wykrywacza grzechów.
- Ale jesteś przekonany na sto procent, że nie ma? Bo ci Benedyktyni rzeczywiście zrobili sie bardzo nowocześni. Słyszałem, że mają w klasztorze pracownię komputerową, siłownię, basen, takie rzeczy.
Co miałem na to odpowiedzieć? Przysięgać na Boga, że nie mają? A jakby sie okazało, że jednak mają? Wyszedłbym na krzywoprzysiężcę. Więc powiedziałem mu po prostu:
- Stasinek, nie bądź głupi.
środa, 9 września 2009
niedziela, 6 września 2009
CZARNO WIDZĘ
Dopadła mnie chandra. Leżę, czytam, słucham i oglądam wiadomości tv na różnych stacjach, piję czerwone wino, usypiam, jem, leżę, słucham i oglądam, piję czytam, usypiam... Tak od kilku dni.
Doktor Wacek powiedział przez telefon, że Marylka znowu odeszła w swój świat i w najbliższym czasie nie mam po co przyjeżdżać do Kobierzyna. Pocieszeniem dla mnie jest to, że (według doktora Wacka) świat Marylki jest coraz mniej okrutny, ma coraz mniej związków ze współczesnymi realiami, a więcej w nim baśni z już nie czytanych książek dla dzieci. Rycerze, księżniczki, złe i dobre czarownice.
W mojej najbliższej rodzinie (Tomek, Katarzyna, Marcjan, wnukowie) wszyscy żyją w osobnych i raczej osamotnionych światach. Kiedyś myślałem, że będzie inaczej, że utworzymy wielopokoleniową rodzinę i jakoś tam, ale bardziej lepiej niż gorzej, będziemy razem funkcjonować. Nie wyszło. Czasami widuję takie rodziny, w których, tak mi się przynajmniej wydaje, jest coś więcej niż tylko związek krwi. Sama wspólnota krwi nie tworzy przecież żadnego związku. Nie chodzi mi o to, żeby było idealnie, miłość i oddanie od rana do wieczora, gładkie i ciepłe słówka, obiadki przy jednym stole itp., tylko abym wiedział, że po kilku dniach niewidzenia się, ktoś przestraszył się, czy mi się coś złego nie przytrafiło i przyszedł mnie odwiedzić. Tak, jak jest teraz, to mogę zdechnąć i dopiero smród rozkładającego się ciała zmusi kogoś, aby się zainteresować co się dzieje za zamkniętymi drzwiami Karola Trzaski. Wcześniej, gdy żyła Stykowa, mogłem liczyć, że ona przynajmniej zainteresuje się... Teraz mi jej brakuje, a myślałem, głupi, że jej nie lubię.
To nie starość jest straszna, jak ktoś mógłby sobie pomyśleć. Niedobrze może być i w młodości, i w średnim wieku, kiedykolwiek. Samotność jest straszna.
Pamiętam taką historię (zdaje się, że z jednej z książek Bukowskiego, amerykańskiego pisarza polskiego pochodzenia), kiedy to bohater opowieści słyszy przez ścianę mieszkania, jak przez wiele dni sąsiad psychicznie maltretuje swoją żonę i bije ją. Którejś nocy bohater nie wytrzymuje i zabija sąsiada. I to było najgorsze co mógł zrobić dla tamtej kobiety, bo ona wolała być bita, poniewierana, poniżana, niż pozostać sama.
Czekam na przylot z Ameryki Jasia Cz. Napisał mi przez internet, że przylatuje do Polski aby umrzeć. Jest w moim mniej więcej wieku. Jak go znam, jego umieranie będzie bardzo pomysłowe. To rozrywkowy gość. Dwa lata temu, gdy był w Polsce, obaj mało nie umarliśmy od nadmiaru rozrywek, a wtedy jeszcze nie miał w planie umierania.
Jasio Cz. ma raka płuc, z przerzutami. Poza tym nic mu nie dolega.
Doktor Wacek powiedział przez telefon, że Marylka znowu odeszła w swój świat i w najbliższym czasie nie mam po co przyjeżdżać do Kobierzyna. Pocieszeniem dla mnie jest to, że (według doktora Wacka) świat Marylki jest coraz mniej okrutny, ma coraz mniej związków ze współczesnymi realiami, a więcej w nim baśni z już nie czytanych książek dla dzieci. Rycerze, księżniczki, złe i dobre czarownice.
W mojej najbliższej rodzinie (Tomek, Katarzyna, Marcjan, wnukowie) wszyscy żyją w osobnych i raczej osamotnionych światach. Kiedyś myślałem, że będzie inaczej, że utworzymy wielopokoleniową rodzinę i jakoś tam, ale bardziej lepiej niż gorzej, będziemy razem funkcjonować. Nie wyszło. Czasami widuję takie rodziny, w których, tak mi się przynajmniej wydaje, jest coś więcej niż tylko związek krwi. Sama wspólnota krwi nie tworzy przecież żadnego związku. Nie chodzi mi o to, żeby było idealnie, miłość i oddanie od rana do wieczora, gładkie i ciepłe słówka, obiadki przy jednym stole itp., tylko abym wiedział, że po kilku dniach niewidzenia się, ktoś przestraszył się, czy mi się coś złego nie przytrafiło i przyszedł mnie odwiedzić. Tak, jak jest teraz, to mogę zdechnąć i dopiero smród rozkładającego się ciała zmusi kogoś, aby się zainteresować co się dzieje za zamkniętymi drzwiami Karola Trzaski. Wcześniej, gdy żyła Stykowa, mogłem liczyć, że ona przynajmniej zainteresuje się... Teraz mi jej brakuje, a myślałem, głupi, że jej nie lubię.
To nie starość jest straszna, jak ktoś mógłby sobie pomyśleć. Niedobrze może być i w młodości, i w średnim wieku, kiedykolwiek. Samotność jest straszna.
Pamiętam taką historię (zdaje się, że z jednej z książek Bukowskiego, amerykańskiego pisarza polskiego pochodzenia), kiedy to bohater opowieści słyszy przez ścianę mieszkania, jak przez wiele dni sąsiad psychicznie maltretuje swoją żonę i bije ją. Którejś nocy bohater nie wytrzymuje i zabija sąsiada. I to było najgorsze co mógł zrobić dla tamtej kobiety, bo ona wolała być bita, poniewierana, poniżana, niż pozostać sama.
Czekam na przylot z Ameryki Jasia Cz. Napisał mi przez internet, że przylatuje do Polski aby umrzeć. Jest w moim mniej więcej wieku. Jak go znam, jego umieranie będzie bardzo pomysłowe. To rozrywkowy gość. Dwa lata temu, gdy był w Polsce, obaj mało nie umarliśmy od nadmiaru rozrywek, a wtedy jeszcze nie miał w planie umierania.
Jasio Cz. ma raka płuc, z przerzutami. Poza tym nic mu nie dolega.
niedziela, 30 sierpnia 2009
JAKIM CUDEM PAN JESZCZE ŻYJE?
Znajomi zaprosili mnie na piknik, czyli grilla, do swojego letniego domku w Tyńcu. Była tam grupa młodych, wykształconych osób, w większości studentów. Rozmawiali o polityce, lecz nie o tym, co dzisiaj wyrabiają i jak się zachowują nasi wspaniali politycy. Właściwie ich rozmowy bardziej dotyczyły spraw już historycznych.
Pokłócili się, gdy zaczęli prawić na temat przedwojennych ziem polskich na wschodzie. Jeden ze studentów rzekł, że powinniśmy dziękować Stalinowi za to, że zabrał nam tereny zamieszkałe przez Ukraińców, Litwinów, Białorusinów, bo teraz my, Polacy, nie musimy się z nimi wadzić.
- Jak nas znam - dodał ów student - chcielibyśmy siłą przerobić ich na Polaków, a oni by się przed tym bronili i co chwila wybuchałyby zamieszki to antypolskie, to antyukraińskie czy antylitewskie.
- Myśląc w ten sposób - zauważył inny młodzieniec - to powinniśmy też podziękować Hitlerowi, że pozabijał Żydów. Dzięki temu nie mamy rozruchów antysemickich.
Po kilkunastu minutach wzajemnego przekonywania się, co jest lepsze: jeden naród w mniejszym pod względem terytorialnym kraju, czy więcej narodów w większym kraju, jakoś tak bezwiednie wtrąciłem:
- Państwo, w którym żyje kilka dużych grup narodowościowych, musi być rządzone twardą ręką, inaczej zacznie się lać krew.
Nie całkiem tak myślałem, ale już byłem po kilku lampkach wina i (pewnie) chciałem zwrócić na siebie uwagę.
- Znalazł się Stalin - kąśliwie odezwał się któryś z młodych.
- Pamiętam jak moja matka płakała po śmierci Stalina - rzekłem, sam nie wiem do czego zmierzając.
Teraz uświadamiam sobie, że to musiały być duże lampki wina, inaczej nie zdradziłbym, że matka płakała po śmierci tego komunistycznego tyrana.
- Dlaczego płakała?
- Wtedy wszyscy płakali z tego powodu - brnąłem, ale niezbyt daleko odbiegając od prawdy.
Patrzyli na mnie z niedowierzaniem.
- Pan żył, gdy żył Stalin?
- Żyłem, gdy żył on, i żyli jeszcze Mao Ce-Tung, Mahatma Gandhi, Charles de Gaulle - mówiłem powoli, gdyż trudno mi było przypomnieć sobie co bardziej znane nazwiska. - Żyłem, gdy jeszcze żył Herman Hesse, autor "Stepowego wilka" - dodałem, bo na ganku letniego domku widziałem tę powieść Hesse'go.
- Panie Karolu, czy pan czasem nie wypił za dużo wina? - ze śmiechem zapytała jedna z dziewcząt.
- Za mojej młodości Indie były angielską kolonią - to jeszcze sobie przypomniałem. I to - a Czomolungma była jeszcze nie zdobytym szczytem.
- To jakim cudem pan jeszcze żyje? - któremuś z młodych się wyrwało.
Nazwiska, które wymieniałem, to dla nich prehistoria. Zaś Edmund Hillary wspiął się na najwyższy szczyt ziemi w 1953 roku. 56 lat temu. Wcale nie wydaje mi się, żeby to było tak dawno temu.
Pokłócili się, gdy zaczęli prawić na temat przedwojennych ziem polskich na wschodzie. Jeden ze studentów rzekł, że powinniśmy dziękować Stalinowi za to, że zabrał nam tereny zamieszkałe przez Ukraińców, Litwinów, Białorusinów, bo teraz my, Polacy, nie musimy się z nimi wadzić.
- Jak nas znam - dodał ów student - chcielibyśmy siłą przerobić ich na Polaków, a oni by się przed tym bronili i co chwila wybuchałyby zamieszki to antypolskie, to antyukraińskie czy antylitewskie.
- Myśląc w ten sposób - zauważył inny młodzieniec - to powinniśmy też podziękować Hitlerowi, że pozabijał Żydów. Dzięki temu nie mamy rozruchów antysemickich.
Po kilkunastu minutach wzajemnego przekonywania się, co jest lepsze: jeden naród w mniejszym pod względem terytorialnym kraju, czy więcej narodów w większym kraju, jakoś tak bezwiednie wtrąciłem:
- Państwo, w którym żyje kilka dużych grup narodowościowych, musi być rządzone twardą ręką, inaczej zacznie się lać krew.
Nie całkiem tak myślałem, ale już byłem po kilku lampkach wina i (pewnie) chciałem zwrócić na siebie uwagę.
- Znalazł się Stalin - kąśliwie odezwał się któryś z młodych.
- Pamiętam jak moja matka płakała po śmierci Stalina - rzekłem, sam nie wiem do czego zmierzając.
Teraz uświadamiam sobie, że to musiały być duże lampki wina, inaczej nie zdradziłbym, że matka płakała po śmierci tego komunistycznego tyrana.
- Dlaczego płakała?
- Wtedy wszyscy płakali z tego powodu - brnąłem, ale niezbyt daleko odbiegając od prawdy.
Patrzyli na mnie z niedowierzaniem.
- Pan żył, gdy żył Stalin?
- Żyłem, gdy żył on, i żyli jeszcze Mao Ce-Tung, Mahatma Gandhi, Charles de Gaulle - mówiłem powoli, gdyż trudno mi było przypomnieć sobie co bardziej znane nazwiska. - Żyłem, gdy jeszcze żył Herman Hesse, autor "Stepowego wilka" - dodałem, bo na ganku letniego domku widziałem tę powieść Hesse'go.
- Panie Karolu, czy pan czasem nie wypił za dużo wina? - ze śmiechem zapytała jedna z dziewcząt.
- Za mojej młodości Indie były angielską kolonią - to jeszcze sobie przypomniałem. I to - a Czomolungma była jeszcze nie zdobytym szczytem.
- To jakim cudem pan jeszcze żyje? - któremuś z młodych się wyrwało.
Nazwiska, które wymieniałem, to dla nich prehistoria. Zaś Edmund Hillary wspiął się na najwyższy szczyt ziemi w 1953 roku. 56 lat temu. Wcale nie wydaje mi się, żeby to było tak dawno temu.
wtorek, 25 sierpnia 2009
PRZESŁUCHANIE
Dzielnicowy (dobry znajomy od lat) powiedział, że doszły go słuchy, jakobym chciał zbezcześcić zwłoki Jadwigi Stykowej. Gdy mu opisałem, jak to było w kaplicy cmentarnej podczas pogrzebu Stykowej, śmiał się, lecz radził uważać, aby nic podobnego nie powtórzyło się w przyszłości. Bo wtedy - ostrzegł - jeśli gdzieś dojdzie do profanacji zwłok, to mogę się znaleźć w kręgu podejrzanych.
Przesłuchanie na posterunku policji w Nowej Hucie, dokąd zostałem zawieziony radiowozem z cmentarza w Batowicach, wyglądało bardzo dziwnie. Myślę, że to z powodu upału, na który ja i policjanci nie reagowaliśmy najlepiej; obniżona inteligencja, brak refleksu. Policjanci, oprócz oczywiście nazwiska i adresu zamieszkania, wpierw zapytali o mój zawód.
- Profesor "złota rączka" - odpowiedziałem jak najbardziej zwięźle.
Oni tego mojego skrótu myślowego nie zrozumieli i musiałem wyjaśniać, że profesor, bo nauczałem historii w liceum, a "złota rączka", bo pracowałem jako specjalista od dorabiania kluczy do zamków, przetykałem zlewy, czyściłem piecyki gazowe, takie drobne naprawy. Wówczas starszy z policjantów ucieszył się i zapytał:
- A zmienił by pan u mnie aluminiowe przewody elektryczne na przewody z miedzi?
- Kiedyś robiłem elektrykę - rzekłem. - Ale odkąd raz kopnął mnie prąd, nie chcę mieć z nim nic do czynienia.
- Każdego fachowca kiedyś kopnął prąd.
- Lecz nie każdy jest uczulony na prąd, jak ja.
- Uczulony na prąd? - policjanci spojrzeli na siebie z namysłem.
- Kiedyś, jak mnie kopnął, to stanęło mi między nogami i stoi do dzisiaj.
- Co panu stanęło?
- No, wiecie panowie, to - nie wiedziałem jak nazwać, żeby nie wyjść na wulgarnego.
Oni nie byli tak delikatni, tylko wprost zapytali:
- Chodzi panu o kutasa?
Gdy potwierdziłem, że chodzi mi właśnie o tę część ciała i że moja przypadłość jest potwierdzona przez lekarza, policjanci jeden przez drugiego zaczęli się wywiadywać, o jakim napięciu to był prąd, jak długo się znajdowałem pod jego działaniem, w jakich okolicznościach nabawiłem się tego urazu? Bardzo to ich interesowało. Dopiero po dłuższej chwili wrócili do zdarzenia w kaplicy cmentarnej. Opowiedziałem od początku, czyli od prośby Stykowej, do końca, czyli do rozpięcia guzika bluzki Stykowej. Na co oni:
- Pańska żona nie miała nic przeciwko temu, że pan obnaża nieboszczkę?
- Mojej żony nie było na cmentarzu.
- To żona nie przyszła na pogrzeb sąsiadki, ale pan tak? - policjantom wydało się to dziwne, a nawet podejrzane.
- Żona jest w Kobierzynie.
- Co tam robi?
- Choruje.
- Aha - zrozumieli i znowu spojrzeli na siebie z namysłem. - A panu nic nie dolega?
- Ostatnio bolą mnie nogi poniżej kolan.
- Czy z nieboszczką łączyły pana jakieś bliższe więzy? Może miał pan z nią romans? Takie rzeczy się zdarzają - policjanci starali się być wyrozumiali.
- Z nieboszczką? Ja jej za życia nie lubiłem, a co dopiero po śmierci..
- Zrozumiał pan nas nazbyt dosłownie. Chociaż... Często chodzi pan na pogrzeby?
- Rzadko. Nie lubię takich uroczystości.
- Jak rzadko?
- To zależy. Bo na przykład jutro też pójdę na pogrzeb.
- Też zmarła kobieta?
- Nie. Mężczyzna. Dobry, stary znajomy. Nauczyciel.
- Wobec niego ma pan jakieś zobowiązania? Coś mu przyrzekł, obiecał?
- Nie. Idę na pogrzeb przede wszystkim ze względu na jego żonę.
- Idzie pan na pogrzeb znajomego głównie z powodu jego żony?
- Tak - potwierdziłem, ale już mi się nie chciało tłumaczyć dlaczego.
Upał doskwierał mi coraz bardziej. Policjanci, choć wiatraki dmuchały na nich chłodniejsze powietrze, także byli osłabieni przez wysoką temperaturę.
- Czyli to wobec niej ma pan zobowiązania?
- W pewnym sensie tak.
- Może ona obawia się, tym razem odwrotnie niż w przypadku dzisiejszego incydentu, że nieboszczyk ubrał się na ostatnią drogę w coś, co należało do niej?
- Tak pan myśli? - od tych pytań, upału i ze zdenerwowania zaczęło mi się mącić w głowie.
- My się tylko pytamy, nie myślimy - sprostowali policjanci.
- Nie - odrzekłem jasno i zdecydowanie.
- Co: nie?
- Arnold Somer na pewno nie ubrał nic, co by należało do jego żony.
- Kto to jest Arnold Somer?
- Jutrzejszy nieboszczyk.
- Zaraz, zaraz - policjanci gwałtownie wstali. - To on dzisiaj jeszcze żyje? - upał dawał im się coraz bardziej we znaki.
- Nie sądzę.
- Sprawdzę to - starszy policjant wyszedł z pokoju. Młodszy został ze mną i w ogóle przestał się odzywać. Po dziesięciu minutach starszy wrócił i powiedział do swego kolegi - Artur Somer rzeczywiście zmarł tydzień temu. Panie profesorze, może pan iść do domu.
Przesłuchanie na posterunku policji w Nowej Hucie, dokąd zostałem zawieziony radiowozem z cmentarza w Batowicach, wyglądało bardzo dziwnie. Myślę, że to z powodu upału, na który ja i policjanci nie reagowaliśmy najlepiej; obniżona inteligencja, brak refleksu. Policjanci, oprócz oczywiście nazwiska i adresu zamieszkania, wpierw zapytali o mój zawód.
- Profesor "złota rączka" - odpowiedziałem jak najbardziej zwięźle.
Oni tego mojego skrótu myślowego nie zrozumieli i musiałem wyjaśniać, że profesor, bo nauczałem historii w liceum, a "złota rączka", bo pracowałem jako specjalista od dorabiania kluczy do zamków, przetykałem zlewy, czyściłem piecyki gazowe, takie drobne naprawy. Wówczas starszy z policjantów ucieszył się i zapytał:
- A zmienił by pan u mnie aluminiowe przewody elektryczne na przewody z miedzi?
- Kiedyś robiłem elektrykę - rzekłem. - Ale odkąd raz kopnął mnie prąd, nie chcę mieć z nim nic do czynienia.
- Każdego fachowca kiedyś kopnął prąd.
- Lecz nie każdy jest uczulony na prąd, jak ja.
- Uczulony na prąd? - policjanci spojrzeli na siebie z namysłem.
- Kiedyś, jak mnie kopnął, to stanęło mi między nogami i stoi do dzisiaj.
- Co panu stanęło?
- No, wiecie panowie, to - nie wiedziałem jak nazwać, żeby nie wyjść na wulgarnego.
Oni nie byli tak delikatni, tylko wprost zapytali:
- Chodzi panu o kutasa?
Gdy potwierdziłem, że chodzi mi właśnie o tę część ciała i że moja przypadłość jest potwierdzona przez lekarza, policjanci jeden przez drugiego zaczęli się wywiadywać, o jakim napięciu to był prąd, jak długo się znajdowałem pod jego działaniem, w jakich okolicznościach nabawiłem się tego urazu? Bardzo to ich interesowało. Dopiero po dłuższej chwili wrócili do zdarzenia w kaplicy cmentarnej. Opowiedziałem od początku, czyli od prośby Stykowej, do końca, czyli do rozpięcia guzika bluzki Stykowej. Na co oni:
- Pańska żona nie miała nic przeciwko temu, że pan obnaża nieboszczkę?
- Mojej żony nie było na cmentarzu.
- To żona nie przyszła na pogrzeb sąsiadki, ale pan tak? - policjantom wydało się to dziwne, a nawet podejrzane.
- Żona jest w Kobierzynie.
- Co tam robi?
- Choruje.
- Aha - zrozumieli i znowu spojrzeli na siebie z namysłem. - A panu nic nie dolega?
- Ostatnio bolą mnie nogi poniżej kolan.
- Czy z nieboszczką łączyły pana jakieś bliższe więzy? Może miał pan z nią romans? Takie rzeczy się zdarzają - policjanci starali się być wyrozumiali.
- Z nieboszczką? Ja jej za życia nie lubiłem, a co dopiero po śmierci..
- Zrozumiał pan nas nazbyt dosłownie. Chociaż... Często chodzi pan na pogrzeby?
- Rzadko. Nie lubię takich uroczystości.
- Jak rzadko?
- To zależy. Bo na przykład jutro też pójdę na pogrzeb.
- Też zmarła kobieta?
- Nie. Mężczyzna. Dobry, stary znajomy. Nauczyciel.
- Wobec niego ma pan jakieś zobowiązania? Coś mu przyrzekł, obiecał?
- Nie. Idę na pogrzeb przede wszystkim ze względu na jego żonę.
- Idzie pan na pogrzeb znajomego głównie z powodu jego żony?
- Tak - potwierdziłem, ale już mi się nie chciało tłumaczyć dlaczego.
Upał doskwierał mi coraz bardziej. Policjanci, choć wiatraki dmuchały na nich chłodniejsze powietrze, także byli osłabieni przez wysoką temperaturę.
- Czyli to wobec niej ma pan zobowiązania?
- W pewnym sensie tak.
- Może ona obawia się, tym razem odwrotnie niż w przypadku dzisiejszego incydentu, że nieboszczyk ubrał się na ostatnią drogę w coś, co należało do niej?
- Tak pan myśli? - od tych pytań, upału i ze zdenerwowania zaczęło mi się mącić w głowie.
- My się tylko pytamy, nie myślimy - sprostowali policjanci.
- Nie - odrzekłem jasno i zdecydowanie.
- Co: nie?
- Arnold Somer na pewno nie ubrał nic, co by należało do jego żony.
- Kto to jest Arnold Somer?
- Jutrzejszy nieboszczyk.
- Zaraz, zaraz - policjanci gwałtownie wstali. - To on dzisiaj jeszcze żyje? - upał dawał im się coraz bardziej we znaki.
- Nie sądzę.
- Sprawdzę to - starszy policjant wyszedł z pokoju. Młodszy został ze mną i w ogóle przestał się odzywać. Po dziesięciu minutach starszy wrócił i powiedział do swego kolegi - Artur Somer rzeczywiście zmarł tydzień temu. Panie profesorze, może pan iść do domu.
wtorek, 18 sierpnia 2009
STYKOWA NIE MIAŁA W TRUMNIE BIUSTONOSZA
Tylu naraz starych ludzi, w jednym miejscu, to jeszcze nie widziałem. Zastanawiałem się: co ja robię między nimi? W większości to byli nauczyciele. Znałem ich osobiście lub z widzenia.
W kaplicy cmentarnej, gdzie była wystawiona trumna z ciałem Jadwigi Stykowej, nie pomieścili się wszyscy. Ja też wolałbym stać na dworze, ale stwierdziłem, że skoro obiecałem Stykowej sprawdzić, czy zostanie pochowana w ubraniu, które przygotowała sobie na śmierć, to powinienem to uczynić.
Ksiądz jeszcze nie rozpoczął mszy. Podszedłem do trumny na katafalku. Stykowa wyglądała jak za życia. Teraz wszyscy nieboszczycy w trumnach wyglądają dobrze, chyba że zostali zmasakrowani w wypadku samochodowym albo zginęli w płomieniach. Lecz wtedy nie wystawia się ich ciał na widok publiczny.
Tak, na oko, Stykowa miała na sobie garderobę, którą mi pokazywała gdzieś ponad miesiąc temu. Tylko że moje oko w sprawach ubrań jest zawodne. Bluzka taka czy inna, nie odróżniam. Z kolorami też mam kłopot. Marylka nigdy nie mogła się nadziwić, że dla mnie kolor granatowy i czarny to jeden i ten sam kolor. Marylka potrafiła odróżnić, i jeszcze znaleźć dla nich nazwę, kilkadziesiąt kolorów. Beżowy, hiacyntowy, bławatkowy, szkarłatny, seledynowy... Dla mnie czarna magia.
Z garderoby, którą nieboszczka Stykowa miała na sobie, potrafiłbym rozpoznać jedynie bawełniany biustonosz za 150 złotych. Jakoś zapamiętałem go dokładnie. Widocznie z bielizną mam mniej problemów. Wokół miseczek biustonosza była koronka (jeśli tak to się nazywa) przypominająca koniczynę. Taki delikatny wzorek.
Dłonie Stykowej, złożone na wysokości brzucha, oplatał różaniec. Książeczka modlitewna leżała obok głowy. Bluzka Stykowej była zapięta pod szyją. Żadnej szczeliny, przez którą dałoby się dojrzeć biustonosz. Stałem nad Stykową i nie wiedziałem jak się wywiązać z danej jej obietnicy, że sprawdzę w czym została pochowana. Nagle zrobiło się dla mnie ważne, żeby jej nie zawieść w tym względzie. No, starzy powinni sobie pomagać.
W kaplicy zrobiło się cicho. Spojrzałem na ludzi. Wszystkie oczy utkwione były we mnie. Pomyślałem, że muszę wyglądać jak ktoś, kto jest szczególnie zrozpaczony śmiercią Stykowej. Kochanek? Siedząca w pierwszym rzędzie od trumny córka Stykowej, Luśka, przyglądała mi się badawczo, najwidoczniej zaskoczona moim zachowaniem. Luśka wiedziała, że jej matki nie darzyłem zbytnią sympatią.
Postanowiłem zrobić to szybko, żeby mieć z głowy i nie być dalej głównym obiektem zainteresowania w kaplicy. Odpiąłem guzik bluzki Stykowej i odchyliłem materiał. Zobaczyłem gołą pierś.
Luśka podbiegła do mnie i krzykliwie zapytała:
- Panie profesorze, co pan robi?
- Sprawdzam, czy ma biustonosz - odrzekłem.
- Czy pan zgłupiał? Do nieboszczki się pan dobiera? - wrzeszczała Luśka. - Trzeba było to robić za jej życia.
- Luśka, uspokój się. Twoja matka prosiła mnie o to.
- Matka prosiła, żeby pan ją w trumnie obmacywał?
- Bała się, że jej zabierzesz biustonosz - wyjawiłem wprost. - I miała rację. Pochowałaś ją bez biustonosza.
- Ludzie, profesor zwariował - Luśka obejrzała się za siebie, do ludzi w kaplicy. - Zabierzcie go stąd!
- Oddaj matce biustonosz. Na pewno masz go na sobie. Pokaż. Wiem jak wyglądał - chciałem i Luśce rozpiąć guzik bluzki.
- To zboczeniec! Ratunku! - zaczęła krzyczeć.
W kaplicy zrobił się rwetes. Kilku mężczyzn, pewnie z rodziny Stykowej, chwyciło mnie pod ręce i wyprowadziło, czy raczej wyniosło z kaplicy. Trzymali mnie, aż przyjechała policja.
Policjanci zawieźli mnie na posterunek w Nowej Hucie. Puścili po dwóch godzinach przesłuchania.
Nigdy nie lubiłem i nie lubię pogrzebów. A jutro pogrzeb Arnolda Somera.
W kaplicy cmentarnej, gdzie była wystawiona trumna z ciałem Jadwigi Stykowej, nie pomieścili się wszyscy. Ja też wolałbym stać na dworze, ale stwierdziłem, że skoro obiecałem Stykowej sprawdzić, czy zostanie pochowana w ubraniu, które przygotowała sobie na śmierć, to powinienem to uczynić.
Ksiądz jeszcze nie rozpoczął mszy. Podszedłem do trumny na katafalku. Stykowa wyglądała jak za życia. Teraz wszyscy nieboszczycy w trumnach wyglądają dobrze, chyba że zostali zmasakrowani w wypadku samochodowym albo zginęli w płomieniach. Lecz wtedy nie wystawia się ich ciał na widok publiczny.
Tak, na oko, Stykowa miała na sobie garderobę, którą mi pokazywała gdzieś ponad miesiąc temu. Tylko że moje oko w sprawach ubrań jest zawodne. Bluzka taka czy inna, nie odróżniam. Z kolorami też mam kłopot. Marylka nigdy nie mogła się nadziwić, że dla mnie kolor granatowy i czarny to jeden i ten sam kolor. Marylka potrafiła odróżnić, i jeszcze znaleźć dla nich nazwę, kilkadziesiąt kolorów. Beżowy, hiacyntowy, bławatkowy, szkarłatny, seledynowy... Dla mnie czarna magia.
Z garderoby, którą nieboszczka Stykowa miała na sobie, potrafiłbym rozpoznać jedynie bawełniany biustonosz za 150 złotych. Jakoś zapamiętałem go dokładnie. Widocznie z bielizną mam mniej problemów. Wokół miseczek biustonosza była koronka (jeśli tak to się nazywa) przypominająca koniczynę. Taki delikatny wzorek.
Dłonie Stykowej, złożone na wysokości brzucha, oplatał różaniec. Książeczka modlitewna leżała obok głowy. Bluzka Stykowej była zapięta pod szyją. Żadnej szczeliny, przez którą dałoby się dojrzeć biustonosz. Stałem nad Stykową i nie wiedziałem jak się wywiązać z danej jej obietnicy, że sprawdzę w czym została pochowana. Nagle zrobiło się dla mnie ważne, żeby jej nie zawieść w tym względzie. No, starzy powinni sobie pomagać.
W kaplicy zrobiło się cicho. Spojrzałem na ludzi. Wszystkie oczy utkwione były we mnie. Pomyślałem, że muszę wyglądać jak ktoś, kto jest szczególnie zrozpaczony śmiercią Stykowej. Kochanek? Siedząca w pierwszym rzędzie od trumny córka Stykowej, Luśka, przyglądała mi się badawczo, najwidoczniej zaskoczona moim zachowaniem. Luśka wiedziała, że jej matki nie darzyłem zbytnią sympatią.
Postanowiłem zrobić to szybko, żeby mieć z głowy i nie być dalej głównym obiektem zainteresowania w kaplicy. Odpiąłem guzik bluzki Stykowej i odchyliłem materiał. Zobaczyłem gołą pierś.
Luśka podbiegła do mnie i krzykliwie zapytała:
- Panie profesorze, co pan robi?
- Sprawdzam, czy ma biustonosz - odrzekłem.
- Czy pan zgłupiał? Do nieboszczki się pan dobiera? - wrzeszczała Luśka. - Trzeba było to robić za jej życia.
- Luśka, uspokój się. Twoja matka prosiła mnie o to.
- Matka prosiła, żeby pan ją w trumnie obmacywał?
- Bała się, że jej zabierzesz biustonosz - wyjawiłem wprost. - I miała rację. Pochowałaś ją bez biustonosza.
- Ludzie, profesor zwariował - Luśka obejrzała się za siebie, do ludzi w kaplicy. - Zabierzcie go stąd!
- Oddaj matce biustonosz. Na pewno masz go na sobie. Pokaż. Wiem jak wyglądał - chciałem i Luśce rozpiąć guzik bluzki.
- To zboczeniec! Ratunku! - zaczęła krzyczeć.
W kaplicy zrobił się rwetes. Kilku mężczyzn, pewnie z rodziny Stykowej, chwyciło mnie pod ręce i wyprowadziło, czy raczej wyniosło z kaplicy. Trzymali mnie, aż przyjechała policja.
Policjanci zawieźli mnie na posterunek w Nowej Hucie. Puścili po dwóch godzinach przesłuchania.
Nigdy nie lubiłem i nie lubię pogrzebów. A jutro pogrzeb Arnolda Somera.
Etykiety:
biustonosz,
kaplica cmentarna,
nieboszczyk,
pogrzeb
poniedziałek, 17 sierpnia 2009
DWA DNI JAK NORMALNE
Marylka była dwa dni w domu. Piękna jak zawsze. Nie wiem, czy wpływ na jej urodę mają lekarstwa, które regularnie połyka od lat, czy tylko ja postrzegam ją jako piękną. Ale, skoro tak widzę, to bez znaczenia z jakiego powodu. Jej koleżanki już są staruszkami, a ona nie. Szczupła, zgrabna, bez zmarszczek na twarzy i szyi. Tylko oczy ma... Trudno nazwać. Najbliższe prawdy będą określenia: uważne, czujne, surowe. Gdy kończyliśmy jeść obiad, Marylka wstała i ugryzła mnie w ucho.
- Nie mogę się tego doczekać. Już nie pamiętam kiedy ostatni raz... - powiedziałem szczerze, choć byłem zaskoczony.
Dawniej ugryzienie mnie w ucho było znakiem, że Marylka chce abyśmy położyli się do łóżka.
- Nie. Jestem stara jak żółwie na Galapados - odrzekła wesoło. - Wolę, żebyś mnie pamiętał młodą.
- Jesteś młoda.
- Ja też chcę cię pamiętać młodego.
- Co ci wiek przeszkadza? Jesteśmy jacy jesteśmy. Wiek tu nie ma nic do rzeczy.
- Dla mnie ma. Ci, których czasami sobie przypominam, są młodzi. Wszyscy. W mojej wyobraźni nawet nasze dzieci nie przekroczyły piętnastu lat. Tomkowi, kiedy ostatnio był u mnie, włożyłam koszulę do spodni, bo myślałam, że przez roztargnienie ma ją na wierzchu.
- Rozzłościł się?
- Nie. Przynajmniej tego nie pokazał. Dopiero gdy mu z powrotem zapinałam rozporek, uzmysłowiłam sobie, że on już jest żonaty i dzieciaty. Wolę, żeby wszyscy byli młodzi, tak jest lepiej i ładniej.
Później leżeliśmy na kanapie i oglądali różne programy w telewizji. Wieczorem poszliśmy na Rynek. Siedząc w kawiarnianym ogródku obserwowaliśmy ludzi. Marylka była głodna widoku normalnie żyjących ludzi, spacerujących, pokrzykujących, pijanych, zakochanych. My chyba też wyglądaliśmy jak normalnie żyjąca starsza para, która dla relaksu siedzi sobie w kawiarnianym ogródku.
Przyszło mi do głowy, że może wszyscy inni też tylko wyglądają jak normalni. Właściwie to jaki jest wzorzec normalności?
W poniedziałek rano Marylka obudziła się i, gdy tylko się ubrała, powiedziała:
- Odwieź mnie do szpitala.
Oczy miała jeszcze bardziej czujne, rozbiegane jak u ptaka.
To były nasze wspaniałe dwa dni, jak normalne. Wracając z Kobierzyna kupiłem dwie butelki czerwonego wina. Wypiłem i usnąłem w ubraniu. Nie chciało się mi rozbierać. Rano miałem jak znalazł, nie musiałem sie ubierać. Zostało jeszcze pół butelki wina, też miałem jak znalazł. Od razu poczułem się lepiej.
- Nie mogę się tego doczekać. Już nie pamiętam kiedy ostatni raz... - powiedziałem szczerze, choć byłem zaskoczony.
Dawniej ugryzienie mnie w ucho było znakiem, że Marylka chce abyśmy położyli się do łóżka.
- Nie. Jestem stara jak żółwie na Galapados - odrzekła wesoło. - Wolę, żebyś mnie pamiętał młodą.
- Jesteś młoda.
- Ja też chcę cię pamiętać młodego.
- Co ci wiek przeszkadza? Jesteśmy jacy jesteśmy. Wiek tu nie ma nic do rzeczy.
- Dla mnie ma. Ci, których czasami sobie przypominam, są młodzi. Wszyscy. W mojej wyobraźni nawet nasze dzieci nie przekroczyły piętnastu lat. Tomkowi, kiedy ostatnio był u mnie, włożyłam koszulę do spodni, bo myślałam, że przez roztargnienie ma ją na wierzchu.
- Rozzłościł się?
- Nie. Przynajmniej tego nie pokazał. Dopiero gdy mu z powrotem zapinałam rozporek, uzmysłowiłam sobie, że on już jest żonaty i dzieciaty. Wolę, żeby wszyscy byli młodzi, tak jest lepiej i ładniej.
Później leżeliśmy na kanapie i oglądali różne programy w telewizji. Wieczorem poszliśmy na Rynek. Siedząc w kawiarnianym ogródku obserwowaliśmy ludzi. Marylka była głodna widoku normalnie żyjących ludzi, spacerujących, pokrzykujących, pijanych, zakochanych. My chyba też wyglądaliśmy jak normalnie żyjąca starsza para, która dla relaksu siedzi sobie w kawiarnianym ogródku.
Przyszło mi do głowy, że może wszyscy inni też tylko wyglądają jak normalni. Właściwie to jaki jest wzorzec normalności?
W poniedziałek rano Marylka obudziła się i, gdy tylko się ubrała, powiedziała:
- Odwieź mnie do szpitala.
Oczy miała jeszcze bardziej czujne, rozbiegane jak u ptaka.
To były nasze wspaniałe dwa dni, jak normalne. Wracając z Kobierzyna kupiłem dwie butelki czerwonego wina. Wypiłem i usnąłem w ubraniu. Nie chciało się mi rozbierać. Rano miałem jak znalazł, nie musiałem sie ubierać. Zostało jeszcze pół butelki wina, też miałem jak znalazł. Od razu poczułem się lepiej.
piątek, 14 sierpnia 2009
POWOLNE ODSTAWANIE OD ŻYCIA
Coraz rzadziej chodzę do mojej kanciapy na parterze. Firmę już dawno wyrejestrowałem. W ostatnich latach pracowałem na czarno, bo państwo, czyli rząd polski, oszukiwał, wyliczając z powietrza moje zarobki z działalności gospodarczej. Płaciłem podatek ryczałtowy od ustalonego przez ministerstwo finansów pułapu zarobków, a nie od faktycznych dochodów jakie wykazywałem w PIT, a te były o wiele mniejsze niż wyznaczone przez MF. W efekcie ZUS pomniejszył mi emeryturę o połowę. Później drugą połowę emerytury, tę zabraną przez ZUS, musiałem odzyskiwać w swojej firmie "Remonty Domowe". To nie miało sensu. Dopiero pracując na czarno rzeczywiście dorabiałem do emerytury. Państwo samo zmusiło mnie do nielegalnej działalności gospodarczej, zamiast pobierać podatek od dochodu. Trzeba być głupcem, żeby pracować za darmo, bo tak to wyglądało i tak było. Wielu Polaków nie jest głupcami.
Mam trzy, cztery zlecenia w miesiącu, ale dlatego tak mało, przypuszczam, bo coraz rzadziej jestem przy telefonie z numerem firmy. Prawdę, to już nie chce mi się chodzić do klientów. Jakoś tak się składa, że większość ludzi w Śródmieściu mieszka powyżej pierwszego piętra, a schody z roku na rok robią się coraz bardziej strome. Jakaś usterka budowlana czy co? Poza tym nie chce mi się samemu siedzieć e kanciapie. Moi znajomi to już chorzy, niedołężni, albo nieżywi. Zaś ci młodsi, którzy jeszcze pracują, nie mają czasu lub po prostu nie chce się im odwiedzać starego pryka.
Tak, powoli, człowiek odstaje od życia. Lecz z użytkowania kanciapy, za którą płacę czynsz, nie chcę rezygnować. Wówczas zostałoby mi tylko mieszkanie, do którego też coraz rzadziej zachodzą goście. Gdy w domu była moja kochana Marylka, to drzwi się nie zamykały. Lgnęli do niej ludzie i ona do nich. Gdy poszła na Kleparz po warzywa, to niejednokrotnie wracała z nowymi przyjaciółkami, które dopiero co poznała przy straganie albo na ławce na Plantach. Właściwie ze starych znajomych to jeszcze przychodzą młodsze przyjaciółki Marylki. Marylka też, jak i ja, wolała młodsze towarzystwo. Nudziły ją rozmowy z rówieśnicami, bo te narzekały na wszystko, a najczęściej na mężów, chyba że ci już nie żyli, wtedy wspominały ich jak dobrych aniołów. Mnie także nudzili równolatkowie. Jak długo można gadać o politykach - złodziejach, biznesmenach - złodziejach, księżach - zdziercach i pedofilach i tak dalej. Moi równolatkowie widzą świat niemal wyłącznie w ciemnych barwach.
Wolę rozmowy z kobietami, pod warunkiem, że mają sporo lat mniej ode mnie. Nie wiem, dlaczego wolę z młodszymi przebywać. Wiem, wiem, bo są młodsze, a młodość to dla starego wspaniały afrodyzjak, lepszy niż sproszkowany róg nosorożca. Tylko co począć, gdy dla młódki starość nie jest afrodyzjakiem?
Dzisiaj znowu mnie odwiedziła Ilona Małkowska, jedna z młodszych przyjaciółek Marylki. Ilona miała czterech mężów Z jednym (używając jej słownictwa) wytrzymała sześć lat, pozostałych odprawiała od łoża wcześniej. Znałem tych czterech facetów, przystojni, zamożni (Małkowska przywiązywała dużą wagę do grubości portfela), inteligentni. Widziałem u nich więcej plusów niż minusów i nie rozumiem, dlaczego Ilona nie mogła z nimi wytrzymać. Ostatni, rzekomo, za dużo jadł chałwy, a czy to coś takiego strasznego? Ona sama też nie należy do głupich bab, urody i majątku także jej nie brakuje. Kiedyś Marylka powiedziała, że Ilona nie może trafić na faceta, który by ją zaspokoił seksualnie. Jej odpowiadałby ktoś taki jak ty - śmiała się Marylka - zdziczały pod względem seksualnym.
Kochana Marylka przesadzała. Nie byłem i nie jestem zdziczały pod tym względem, choć muszę przyznać, że seks pod różnymi postaciami nie jest mi obcy. Tak na marginesie, to bogatego, urozmaiconego seksu nauczyła mnie właśnie Marylka. Miała to we krwi. Byłem jej pierwszym mężczyzną, więc trudno uznać, że ktoś ją wyedukował w tej dziedzinie. Poza tym naprawdę się kochaliśmy, a wówczas seks nie stanowi żadnego problemu. Można to robić huśtając się na przysłowiowym żyrandolu. Choć akurat z żyrandolem (pod napięciem 220 W) mam nienajlepsze skojarzenia, ale za to pozostawił mi coś, co się przydaje na starość. Viagry nie potrzebuję.
Co do kanciapy na parterze, to się dowiedziałem, że nowi mieszkańcy kamienicy chcą w niej przechowywać rowery, żeby ich nie dźwigać na piętra lub do piwnicy. Zastanawiają się, jak mi odebrać kanciapę. I to mi podsunęło pomysł, żeby w kanciapie urządzić przechowalnię i zarazem wypożyczalnię rowerów. Wiele osób mieszkających na odległych osiedlach chętnie przyjeżdżałoby co Centrum na rowerze, tylko że w Śródmieściu nie ma gdzie ich zostawić, tak, aby mieć pewność, że nie zostaną skradzione. Mieszkańcy naszej kamienicy mieliby zniżkowy karnet na cały miesiąc, proszę bardzo. Żeby otworzyć wypożyczalnię rowerów, trzeba mieć ich co najmniej kilka. Dobrze byłoby się wybrać na Tandetę i zobaczyć, za ile można kupić używany rower. Myślę, że 100 zł za sztukę. Więcej nie dam.
Ma się jeszcze głowę do interesów. Gorzej z nogami i rękami.
Gdy Małkowskiej wyjawiłem pomysł na interes z rowerami, powiedziała, że lepiej jest urządzić przechowalnię psów na godziny. Właściciele psów często nie mogą albo nie chcą zostawiać ich samych w domu, a w Śródmieściu nie do każdego sklepu i nie do każdej kawiarni można wejść z psem, więc taka przechowalnia mogłaby liczyć na powodzenie. Pewnie ma rację, tylko ja wolę rowery, bo nie szczekają, nie gryzą, nie robią pod siebie. Generalnie rowery są spokojniejsze i mądrzejsze od psów.
Zdaje się, że nie lubię psów. Pomysł na przechowalnię psów w Śródmieściu odstępują za darmo.
Mam trzy, cztery zlecenia w miesiącu, ale dlatego tak mało, przypuszczam, bo coraz rzadziej jestem przy telefonie z numerem firmy. Prawdę, to już nie chce mi się chodzić do klientów. Jakoś tak się składa, że większość ludzi w Śródmieściu mieszka powyżej pierwszego piętra, a schody z roku na rok robią się coraz bardziej strome. Jakaś usterka budowlana czy co? Poza tym nie chce mi się samemu siedzieć e kanciapie. Moi znajomi to już chorzy, niedołężni, albo nieżywi. Zaś ci młodsi, którzy jeszcze pracują, nie mają czasu lub po prostu nie chce się im odwiedzać starego pryka.
Tak, powoli, człowiek odstaje od życia. Lecz z użytkowania kanciapy, za którą płacę czynsz, nie chcę rezygnować. Wówczas zostałoby mi tylko mieszkanie, do którego też coraz rzadziej zachodzą goście. Gdy w domu była moja kochana Marylka, to drzwi się nie zamykały. Lgnęli do niej ludzie i ona do nich. Gdy poszła na Kleparz po warzywa, to niejednokrotnie wracała z nowymi przyjaciółkami, które dopiero co poznała przy straganie albo na ławce na Plantach. Właściwie ze starych znajomych to jeszcze przychodzą młodsze przyjaciółki Marylki. Marylka też, jak i ja, wolała młodsze towarzystwo. Nudziły ją rozmowy z rówieśnicami, bo te narzekały na wszystko, a najczęściej na mężów, chyba że ci już nie żyli, wtedy wspominały ich jak dobrych aniołów. Mnie także nudzili równolatkowie. Jak długo można gadać o politykach - złodziejach, biznesmenach - złodziejach, księżach - zdziercach i pedofilach i tak dalej. Moi równolatkowie widzą świat niemal wyłącznie w ciemnych barwach.
Wolę rozmowy z kobietami, pod warunkiem, że mają sporo lat mniej ode mnie. Nie wiem, dlaczego wolę z młodszymi przebywać. Wiem, wiem, bo są młodsze, a młodość to dla starego wspaniały afrodyzjak, lepszy niż sproszkowany róg nosorożca. Tylko co począć, gdy dla młódki starość nie jest afrodyzjakiem?
Dzisiaj znowu mnie odwiedziła Ilona Małkowska, jedna z młodszych przyjaciółek Marylki. Ilona miała czterech mężów Z jednym (używając jej słownictwa) wytrzymała sześć lat, pozostałych odprawiała od łoża wcześniej. Znałem tych czterech facetów, przystojni, zamożni (Małkowska przywiązywała dużą wagę do grubości portfela), inteligentni. Widziałem u nich więcej plusów niż minusów i nie rozumiem, dlaczego Ilona nie mogła z nimi wytrzymać. Ostatni, rzekomo, za dużo jadł chałwy, a czy to coś takiego strasznego? Ona sama też nie należy do głupich bab, urody i majątku także jej nie brakuje. Kiedyś Marylka powiedziała, że Ilona nie może trafić na faceta, który by ją zaspokoił seksualnie. Jej odpowiadałby ktoś taki jak ty - śmiała się Marylka - zdziczały pod względem seksualnym.
Kochana Marylka przesadzała. Nie byłem i nie jestem zdziczały pod tym względem, choć muszę przyznać, że seks pod różnymi postaciami nie jest mi obcy. Tak na marginesie, to bogatego, urozmaiconego seksu nauczyła mnie właśnie Marylka. Miała to we krwi. Byłem jej pierwszym mężczyzną, więc trudno uznać, że ktoś ją wyedukował w tej dziedzinie. Poza tym naprawdę się kochaliśmy, a wówczas seks nie stanowi żadnego problemu. Można to robić huśtając się na przysłowiowym żyrandolu. Choć akurat z żyrandolem (pod napięciem 220 W) mam nienajlepsze skojarzenia, ale za to pozostawił mi coś, co się przydaje na starość. Viagry nie potrzebuję.
Co do kanciapy na parterze, to się dowiedziałem, że nowi mieszkańcy kamienicy chcą w niej przechowywać rowery, żeby ich nie dźwigać na piętra lub do piwnicy. Zastanawiają się, jak mi odebrać kanciapę. I to mi podsunęło pomysł, żeby w kanciapie urządzić przechowalnię i zarazem wypożyczalnię rowerów. Wiele osób mieszkających na odległych osiedlach chętnie przyjeżdżałoby co Centrum na rowerze, tylko że w Śródmieściu nie ma gdzie ich zostawić, tak, aby mieć pewność, że nie zostaną skradzione. Mieszkańcy naszej kamienicy mieliby zniżkowy karnet na cały miesiąc, proszę bardzo. Żeby otworzyć wypożyczalnię rowerów, trzeba mieć ich co najmniej kilka. Dobrze byłoby się wybrać na Tandetę i zobaczyć, za ile można kupić używany rower. Myślę, że 100 zł za sztukę. Więcej nie dam.
Ma się jeszcze głowę do interesów. Gorzej z nogami i rękami.
Gdy Małkowskiej wyjawiłem pomysł na interes z rowerami, powiedziała, że lepiej jest urządzić przechowalnię psów na godziny. Właściciele psów często nie mogą albo nie chcą zostawiać ich samych w domu, a w Śródmieściu nie do każdego sklepu i nie do każdej kawiarni można wejść z psem, więc taka przechowalnia mogłaby liczyć na powodzenie. Pewnie ma rację, tylko ja wolę rowery, bo nie szczekają, nie gryzą, nie robią pod siebie. Generalnie rowery są spokojniejsze i mądrzejsze od psów.
Zdaje się, że nie lubię psów. Pomysł na przechowalnię psów w Śródmieściu odstępują za darmo.
Etykiety:
PIT,
przechowalnia psów,
przechowalnia rowerów,
psy,
rowery,
ZUS
Subskrybuj:
Posty (Atom)