niedziela, 11 kwietnia 2010

ŚMIESZNOŚĆ I OKRUCIEŃSTWO ŻYCIA

Rzadko nachodzi mnie refleksja tego rodzaju, że życie jest piękne. Częściej, że życie jest śmieszne albo okrutne. Przed okrucieństwem życia broniło mnie poczucie humoru. Przed śmiesznością życia broniła mnie realność cierpienia, w moim wypadku cierpienia psychicznego: choroba Marylki, niemożność porozumienia się z dziećmi, depresja, która trzyma mnie jak imadło od długich lat, i ból (wiem, że to brzmi górnolotnie, ale...), który odczuwam z powodu bólu jakiego bez powodu doznają miliony ludzi na świecie.

Jeśli o czymś w życiu mogę powiedzieć, że jest piękne, to kobiety. Mając do wyboru oglądanie wysokich gór, bez drzew, roślinności, czy oglądanie nagich kobiet, wybieram kobiety. Podobnie, mając do wyboru oglądanie zróżnicowanego krajobrazu, z lasem, rzeką, pagórkami, czy oglądanie ładnie ubranej kobiety, wybieram kobietę. Tak samo długo nie namyślałbym się, gdyby mi zaproponowano: pobyt wśród dzikiej natury, czy wśród dzikich kobiet? Dzikie kobiety!

Na koniec, odnosząc się do komentarza z 6 kwietnia: Pani jest piękna, nie życie. Też i dlatego piękna, bo uważa, że życie jest piękne. Jeśli chodzi o kobiety, to nie przeszkadza mi w nich ani dzikość, ani naiwność.

sobota, 10 kwietnia 2010

KAROL TRZASKA 007 - 2. NIEPOWODZENIE.

Telefon:
- Proszę przyjść o 13.00 do Biura.
Przyszedłem. Wpierw mój partner pokazał mi jak uruchomić i korzystać z kierunkowego mikrofonu, który jest umieszczony w moim służbowym telefonie komórkowym i który działa na odległość 50 m. Następnie pokazał mi fotografie mężczyzny i kobiety.
- Proszę zapamiętać te twarze. Tych dwoje przyjdzie do kawiarni Hotelu Grand o godzinie piętnastej. Pan ma, z pomocą telefonu, nagrać ich rozmowę. Około piętnastej trzydzieści przyjdzie do pana Ewa, około czterdzieści lat, pańska dobra znajoma, z którą jest pan umówiony. Proszę ją serdecznie powitać, albo nawet pieprznie, tak, aby wyglądało, że niecierpliwie pan na nią czekał.
- A jeśli podejdzie inna kobieta i ja ją pieprznie powitam, a okaże się, że to nie jest ta? - zapytałem.
- Rzeczywiście, może się tak zdarzyć - przyznał partner. - Powiem jej, żeby w ręku trzymała "Forum". To tygodnik formatu A-4 z kolorową okładką.
- Ona może być moją kochanką?
- Chyba tak - partner nie był tego pewien.
- Czyli mogę ją ukradkiem obmacywać.
- Bez przesady - roześmiał się partner.

W kawiarni Grandu były tylko dwa stoliki zajęte. Przy jednym siedziała młoda para. Przy drugim samotny mężczyzna w średnim wieku, w okularach, wyglądający na pracownika naukowego, przynajmniej ja go tak oceniłem. Pił kawę i czytał "Wyborczą". Ja zająłem trzeci stolik, przy oknie. Tak usiadłem, aby widzieć drzwi wejściowe i część holu recepcyjnego.

Niemal dokładnie o 15.00 wszedł mężczyzna z fotografii pokazanej mi przez partnera. Kilka minut później przysiadła się do niego kobieta, też ta ze zdjęcia. Ustawiłem na nich mikrofon u czekałem na Ewę, co raz to spoglądając na drzwi kawiarni. Udawałem, że się niecierpliwię.
Osoby, które miałem podsłuchiwać, mówiły coś do siebie półgłosem. Nie wyglądały na kochanków. Raczej była to rozmowa biznesowa. Zamówili kawę i sernik. Zaraz po tym jak przyszła Ewa z "Forum" w ręku, tamci przywołali kelnerkę, zapłacili i wyszli z kawiarni. Ledwie nacisnąłem guzik "koniec nagrywania", przy naszym stoliku pojawił się ów mężczyzna z fotografii i spokojnie, nie mówiąc ani słowa, zabrał mój telefon i znowu wyszedł.

Nie wiedziałem co robić w takiej sytuacji. Ewa też nie wiedziała. Natychmiast zadzwoniła do koordynatora i powiedziała co się stało. Po chwili zwróciła się do mnie:
- Mamy się tym nie przejmować. Nie docenili gościa, ale to, co zrobił, jest dla nich istotną informacją, do wykorzystania później.
- Pierwszy raz biorę udział w czymś takim i się nie sprawdziłem - powiedziałem do Ewy.
- Tak wyszło. Gość, widocznie, jest profesjonalistą w takich sprawach. Chce pan poczytać? - Ewa położyła "Forum" przede mną. - Do zobaczenia przy następnej okazji - wyszła.

Nici z nagrania i utrata drogiego telefonu. Ale, skoro ma się nie przejmować, to się nie przejmuję. Nikomu nie wciskałem, że jestem superagentem.

piątek, 2 kwietnia 2010

UTRACONE POCZUCIE HUMORU

W ciągu kilku ostatnich lat Marylka była nieświadoma życia, takiego życia, jakiego większość z nas doświadcza na codzień. Nie było komunikacji między nami. Na pewno miała jakiś swój świat w mózgu, do którego z czasem przywykła, czy przystosowała się, bo już nie miała takich wielkich stanów lękowych jak niegdyś. Żyła tam sobie, prowadziła jakieś rozmowy, coś załatwiała. Nie wiem, czy ja istniałem w tym jej świecie, ale ona istniała w moim świecie. Brakuje Marylki. Jej widok przypominał mi zdarzenia z przeszłości, wesołe, mniej wesołe albo przykre. Czuję się trochę tak, jakby mi odcięto kawał życia. Żywa Marylka była pasem transmisyjnym do mojej przeszłości.

Teraz co? Przyszłość, w najlepszym razie, mogę liczyć w latach, a nie w dziesiątkach lat. I w tej przyszłości co może mi się zdarzyć nieprzewidywalnego? Nie widzę niczego takiego. Oklapłem. Nie tak dawno zamierzałem serio zabrać się do pisania powieści. Jestem jak balon bez powietrza. Zdaje się, że nawet poczucie humoru utraciłem, a ono mnie rzadko na długo opuszczało.

Wczoraj widziałem jak dwie około trzydziestopięcioletnie kobiety walczyły o jedno wolne miejsce do zaparkowania auta przy krawężniku. Równocześnie, z dwu stron, wjechały w wolne miejsce. Tyłami aut zatarasowały ulicę, uniemożliwiając innym przejazd. Kłóciły się, która była pierwsza, nie zwracając uwagi na gapiów i chyba nie słysząc klaksonów, którymi chcieli je przepędzić kierowcy. Po chwili podszedł do nich jeden ze zdenerwowanych kierowców i powiedział:
- Wy głupie małpy, usuńcie się wreszcie stąd, nie możemy przejechać.
- Coo? - kobieta z czerwonego auta spojrzała na drugą, z którą się kłóciła. - Słyszałaś jak ten buc nas nazwał?
- Faszysta jeden! - druga wysiadła z auta i stanęła obok pierwszej.
W jednej chwili się pogodziły i były razem przeciwko kierowcy.
- My stoimy, to i ty będziesz stał.
- Wzywam policję - mężczyzna wyjął z kieszeni telefon.
- Wzywaj se, wzywaj.
- Teraz i tak nie możemy wyjechać, bo za blisko podjechaliście - kobiety zaczęły się śmiać.
- To wy blokujecie nam wyjazd.
Nie czekałem na przyjazd policjantów. Oceniając teraz na zimno, była to bardzo komiczna sytuacja, a ja poszedłem dalej, wcale nie ciekaw jak zakończy się zdarzenie. Nawet śmiać mi się nie chciało, choć przecież powinno. Dawniej do końca kibicowałbym którejś ze stron.

poniedziałek, 29 marca 2010

KAROL TRZASKA 007

Agencja Detektywistyczna "O" mieści się w nowoczesnym, niedawno wybudowanym biurowcu blisko Śródmieścia. Dwa pokoje. Jeden służy do przyjmowania klientów, czy takich osób jak ja. Drugi to pokój logistyczny (komputer, kilka monitorów, dużo kabli, półki z sprzętem nieznanego mi przeznaczenia), w którym siedzi koordynator, jak mi go przedstawił szef agencji, pan Janek.
Sam szef nie przypominał mi żadnego detektywa, to znaczy takiego, który by mi się kojarzył z jakąś postacią z powieści lub filmów sensacyjnych, bo innych, prawdziwych detektywów nie znam. Czterdziestoparoletni, średniego wzrostu, nie całkiem łysy, w szarej marynarce. Ot, jeden z facetów z ulicy, który mógł być każdym. Wyróżniały go tylko oczy, bystre, ruchliwe, błyszczące.

Szef, pan Janek, zaczął ze mną rozmowę po angielsku (nie chodzi o język).
- Trzy dni temu był mróz - powiedział - a dzisiaj już szesnaście stopni ciepła.
- Nie wiadomo jak się ubrać - rzekłem też po angielsku.
- Jeszcze butów nie zmieniłem na letnie.
- Ja dzisiaj pierwszy raz po zimie nałożyłem półbuty.
Pomyślałem: obmacuje mnie, chce wiedzieć z kim ma do czynienia.

Później przeszedł do konkretów, co znaczyło, że z tego "macania" wyszedłem dobrze oceniony.
- Panie Karolu, osoby, dla których pracujemy, należą do zarabiających powyżej średniej krajowej.
- Myślę, że dużo dużo powyżej - poprawiłem.
- Zgadza się. Zajmujemy się poszukiwaniem zaginionych osób, śledzeniem małżonków, pod kątem czy zdradzają, i sprawami gospodarczymi, na przykład, jakich klientów ma taka i taka firma, od kogo kupuje, komu sprzedaje, po ile, rozumie pan.
- Rozumiem.
- Prowadził pan małą firmę, więc coś się w tym orientuje.
- Wie pan - byłem zaskoczony.
- Uczył pan też w liceum.
- Badał pan moją przeszłość?
- Nie był pan karany, ma dobrą opinię wśród sąsiadów, lubi kobiety.
- Nie znoszę, gdy mi ktoś zagląda do życiorysu i do łóżka - powiedziałem ze złością.
- Muszę o panu coś wiedzieć, nim zaproponuję pracę. Wiele z tego, o czym się pan u nas dowie, będzie pan musiał utrzymywać w tajemnicy. Praca u nas wymaga dyskrecji.
- To oczywiste - stwierdziłem.

Rozmawialiśmy ponad godzinę. Sucho, konkretnie. Moim minusem było to, że nie mam prawa jazdy (nie wymieniłem starego prawa jazdy na nowe, bo postanowiłem definitywnie zrezygnować z prowadzenia auta. Mam już taki stopień kurzej stopy, i brak refleksu, że stanowiłbym zagrożenie na szosie). Stanęło na tym, że dostanę doświadczonego partnera z autem, który, poza tym, nauczy mnie z korzystania z mikrofonów, specjalnych aparatów fotograficznych i co tam będzie trzeba.

Wymagana jest ode mnie dwudziestoczterogodzinna dyspozycyjność. Tylko za tę gotowość dostanę 600 zł miesięcznie. Poza tym 30 zł za godzinę pracy, ale nie mniej niż 90 zł dziennie, gdybym na przykład był potrzebny tylko na dwie godziny w ciągu dnia. Będę potrzebny na obiektach, jak się wyraził szef agencji, gdzie wymagany jest dobry wygląd.
- Co znaczy "dobry wygląd"? - zapytałem dla ścisłości.
- Odpowiedni, panie Karolu. Inny na wieczorne przyjęcie, inny na pobyt w górskim schronisku. To już sam pan rozważy. Za przejazdy, pobyty w hotelach, za wszelkie poniesione koszty płaci, oczywiście, agencja.
Dostałem "wypasiony" (to nie moje słowo) telefon komórkowy. Jakie ma funkcje, będę wtajemniczany po kolei, w zależności od rodzaju zlecenia. Tego telefonu się przestraszyłem.
- Czy przez ten telefon będę cały czas na podsłuchu? - zapytałem.
- Nie. Dopiero po naciśnięciu tego guzika (pokazał).
- I będziecie mogli mnie w każdej chwili zlokalizować za pomocą GPS, czy jakoś inaczej?
- Też dopiero po naciśnięciu guzika,tego z kolei (pokazał).
Nie bardzo wierzyłem, że jest tak, jak mówi. Pomyślałem, że przez ten telefon będę cały czas inwigilowany.
- Proszę się nie obawiać, panie Karolu. Będzie pan na podsłuchu i możliwy do zlokalizowania tylko podczas pracy. Dla pana bezpieczeństwa.
- Mam wierzyć, panie Janku, że tylko wtedy?
- Tak - potwierdził.
- A gdy wyjmę z telefonu baterie?
- Wówczas telefon nie działa i nie będziemy się mogli do pana dodzwonić.
- To mój numer stacjonarny - napisałem go na kartce leżącej na biurku. W domu będę wyjmował baterie z waszego telefonu.
- Zgoda - pan Janek po raz pierwszy uśmiechnął się. - Na dodatek może go pan trzymać w wannie z wodą. Jest wodoszczelny. - Po chwili dodał - Nie ufa pan nam nam. Ma pan do tego prawo. I nawet mi się to podoba.

Tak zostałem agentem? detektywem? szpiegiem? Mam czekać na wezwanie. Może to być za miesiąc, za tydzień, ale i jutro.

Ale czy to będzie tego rodzaju zajęcie, że mnie da satysfakcję i jednocześnie przyniesie korzyść innym? Jeśli chodzi o poszukiwanie osób zaginionych, to zgoda, jest i moja satysfakcja i korzyść dla innych. Lecz śledzenie niewiernych żon i mężów? Tutaj trochę gryzie mnie sumienie.

niedziela, 21 marca 2010

GO-GO

Spowolniło się moje życie. Przez tydzień po śmierci Marylki żyłem na zwiększonych obrotach. Załatwianie spraw pogrzebowych, goszczenie Kasi i jej męża, którzy przylecieli z Chicago, goszczenie Tomka z wnukami. Wielki ruch. Później oni odjechali jednego dnia. W pierwszej chwili poczułem ulgę, bo mogłem odpocząć, nie musiałem rozmawiać bez przerwy, szykować kolacji, ale po kilku godzinach zaczęła mi tak doskwierać samotność, że pojechałem do Ilony Małkowskiej. Ona zna samotność, wie jak to boli. Powiedziała, że mogę zostać u niej tak długo, jak zechcę. Tylko że ja, będąc u kogoś, źle się czuję. Przenocowałem u Ilony i wróciłem do domu. Położyłem się do łóżka i przez kilka dni leżałem, oglądając i słuchając w tv programy informacyjne i sportowe.

Ilona postanowiła wybić mnie z apatii i zaproponowała, abyśmy poszli do klubu go-go, gdzie przy rurkach tańczą młode i skąpo ubrane dziewczęta. Ilona wie, że widok młodych kobiet przyspiesza obieg krwi w moim organizmie, i że, w tym moim odrętwieniu, tylko taka propozycja sprawi, że wyjdę z domu.

O drugiej w nocy znaleźliśmy się w jednym z klubów go-go. Osiem ładnych i zgrabnych dziewcząt, które siedziały na długiej kanapie. Kelnerki i barmanka w strojach bikini. Elegancko, czysto, bezpiecznie (kilku wyglądających na kulturalnych ochroniarzy) i drogo. Dziewczęta i obsługa wydawali się być zaskoczeni, że przyszła do nich kobieta i to w wieku około emerytalnym. Pewnie, przynajmniej z początku, wzięli Ilonę za lesbijkę. O trzeciej ja i Ilona pozostaliśmy jedynymi gośćmi klubu. O czwartej siedzieliśmy wszyscy razem przy dwu złączonych stołach i gadaliśmy jak starzy znajomi. Naturalnie, musiałem zamawiać drogie alkohole (tancerki nie piły), ale miałem wokół siebie tyle młodych, pięknych ciał, że natychmiast poczułem się dużo lepiej. Dziewczęta, okazało się, w większości były studentami. Nie usłyszałem żadnej dwuznacznej propozycji, Ilona też nie.

Otrzymałem za to inną propozycję. Menadżer klubu, albo właściciel (nie usiłowałem dociekać), zapytał, czy nie chciałbym pracować w agencji detektywistycznej, bo właśnie jego znajomy, szef agencji detektywistycznej, poszukuje starszego mężczyzny, o dobrych manierach, potrafiącego zachowywać się jak u siebie w drogich lokalach i hotelach.
- Widzę, że pan to potrafi - stwierdził.
- To może i potrafię - odrzekłem - ale czy się nadaję na detektywa?
- Nadajesz się - wtrąciła Ilona. Masz zmysł obserwacji jak mało kto.

Jestem umówiony na jutro z szefem agencji detektywistycznej. Mamy porozmawiać. Przyznam, że zaintrygowała mnie propozycja pracy jako detektyw. "Karol Trzaska 007".

piątek, 19 marca 2010

HUNANITARNY KONIEC ŚWIATA

Taki przyszedł mi do głowy pomysł na koniec świata: pada śnieg tydzień, pada dwa tygodnie, pada nieprzerwanie miesiąc, pada dwa miesiące... Piękne puchowe płatki lecą z nieba i lecą. Ludzie nie nadążają z uprzątaniem śniegu. Drogi zasypane, tory zasypane, samoloty unieruchomione na lotniskach. Dopóki można, mieszkańcy miast ryją tunele na chodnikach, ale w końcu śniegu nie ma gdzie odgarniać. Ulice zasypane do pierwszego, drugiego piętra. W sklepach nie ma towaru. Do mieszkań nie dochodzi prąd, gaz, przestają działać radia i telefony. A śnieg dalej pada... Ludzie walczą o miejsca na najwyższych piętrach, zjadają się wzajemnie. Po kilku miesiącach opadów ziemia jest jedną wielką kulą śniegu.

Nie, to nie jest humanitarny koniec świata. Może piękny? Też nie. Tam, gdzie cierpienie, nic nie jest piękne. Już lepiej gdyby w ziemię uderzyła wielka planetoida i wywołała wielkie tsunami na oceanach, którego fale przetoczyłyby się przez wszystkie kontynenty. Nikt by nie ocalał. Jeszcze lepiej, gdyby z jakiegoś powodu siła przyciągania ziemi przemieniła się w siłę odpychającą ziemi. Wszyscy ulatujemy w przestworza. Na wysokości 8 - 10 kilometrów dusimy się z braku tlenu. Stosunkowo szybka śmierć, sprawiedliwa, bo wszyscy umierają na to samo, śmierć estetyczna. Ciekaw jestem, jak długo w kosmosie ulegałyby rozkładowi nasze ciała?

Na prawdziwie humanitarny koniec świata ludzie mogliby się umówić. Nie rodzimy dzieci. Starzy umierają, następnych pokoleń nie ma. Bez nas, bez naszych zmysłów, oczu, inteligencji, nie ma świata, choć faktycznie cała ta tzw. natura dalej pozostałaby. Trzeba byłoby zorganizować światowe referendum. Jeśli 60% ludzkości byłoby za takim końcem świata, rządy wszystkich krajów zostałyby zmuszone do wykonania woli większości Ziemian. A jeśli ktoś, mimo to, nie uległby presji większości i dalej rodził dzieci? Zawsze się znajdą "łamistrajki". Co z nimi wówczas zrobić?
Ciekawe, jaki byłby wynik takiego światowego referendum?

piątek, 12 marca 2010

NIE BĘDĘ JEŹDZIŁ DO KOBIERZYNA

Nie jeżdżę i nie będę już jeździł do Kobierzyna. Polubiłem ten szpital (przypominający miasteczko) z dużym parkiem. Cicho, czysto. Z rzadka widać kogoś na uliczkach czy w ogródkach. Za to nieruchome głowy w oknach, a w powietrzu wyczuwalna udręka. Od lat jeździłem do Kobierzyna przynajmniej raz w tygodniu. Będzie mi tego brakować.

Latem jeździłem tam częściej niż zimą. Marylka kochała słońce. Sama jednak nie mogła wychodzić z pawilonu do ogródka. Personelu było za mało, żeby ktoś tylko z Marylką wychodził na dwór. Więc w słoneczne dni przesiadywałem z nią na ławce z tyłu pawilonu. Marylka jak kocica wygrzewała się w słońcu, jakby brała prysznic, obracała się to twarzą do słońca, to plecami, jednym bokiem, drugim bokiem.

Gdy jeszcze była zdrowa marzyła o wyjeździe do ciepłych krajów. Ale wtedy było to niemożliwe. Pokazywałem jej moje zdjęcia robione w Egipcie. Już nie wiedziała co to jest.

Spopieliłem ciało Marylki. Tak jak chciała, bo bardzo się bała, że zostanie pochowana żywa i obudzi się w grobie, w trumnie, z ciężką ziemią nad sobą. Teraz, zamiast do Kobierzyna, będę często chodził na Salwator. Piękny cmentarz, z dala od ruchu ulicznego, w niektóre dni widok na szczyty Tatr.

Na ścianie, gdzie umieszczane są urny, zarezerwowałem miejsce na swoje prochy, tuż obok Marylki. Zapłacone, zaklepane.