niedziela, 1 maja 2011

CZARNY, CHIŃSKI ATRAMENT I KONIEC

Kupiłem czarny, chiński atrament w sklepie papierniczym. I w drodze do domu zostawiłem go w sklepiku z prasą "Kolporter". Zdałem sobie z tego sprawę dopiero w nocy, gdy chciałem napełnić pióro atramentem. Następnego dnia poszedłem do "Kolportera" i mówię, że wczoraj zostawiłem tutaj atrament i chciałbym go wziąć. Sprzedawczyni na to, że nie było żadnego atramentu. Jak nie było, jak było, myślę sobie, ale delikatnie naciskam, że na pewno zostawiłem. Ona, że nie i nie. W takim razie, postanowiłem ze złością, ja cię babo urządzę, tak, że już nigdy nikomu nie zabierzesz atramentu.
Zadzwoniłem na policję. Odebrał oficer dyżurny. Mówię zdenerwowany:
- Chciałem zgłosić przywłaszczenie mojego mienia w postaci towaru produkcji chińskiej. Tylko nie wiem, czy muszę przyjść osobiście na posterunek policji, czy policja przyśle do mnie ekipę dochodzeniowo-śledczą.
- Zaraz, zaraz, nie tak szybko - oficer dyżurny usiłował mnie uspokoić. - Czy ten towar został legalnie sprowadzony z Chin? I ma pan na to dokumenty?
- Zakupiłem jak najbardziej legalnie. Mam paragon - oświadczyłem.
- Ile było tego towaru? TIR? Wagon kolejowy?
- Znacznie mniej.
- A dokładnie?
- Butelka atramentu.
- Jaka butelka? - zdziwił się policjant.
- Taka butelka w jakich atrament sprzedają - powiedziałem ze złością na policjanta, że taki nierozgarnięty.
- Nie wiem w jakich butelkach atrament sprzedają. Niech mi pan powie, jaka jest wartość tego atramentu?
- No, grubo ponad sześć złotych.
- Sześć złotych? - policjant zdziwił się jeszcze bardziej niż przed chwilą.
- Ale to nie jedyna moja strata. Przez noc nie mogłem nic napisać, bo nie miałem czym, i straciłem drugie sześć złotych, albo nawet i siedem, bo ja żyję z pisania książek.
- Panie! Panie! - ze złością odezwał się policjant, nie wiem dlaczego. - Niech pan idzie do sklepu i kupi sobie drugi atrament.
- Kiedy nie mam pieniędzy.
- To niech pan zarobi! - rozdarł się.
- Jak mam zarobić, kiedy właśnie ukradziono mi to, czym zarabiam. Atrament to moje narzędzie pracy.
- Panie, ja jednak przyślę do pana kilku policjantów.
- Trzeba było tak od razu, panie oficerze - ucieszyłem się i już sobie wyobraziłem, jaką będzie mieć miną sprzedawczyni z "Kolportera", gdy przyjdę do niej z grupą policjantów.
A on dodał:
- I jak oni panu przyleją pałami, to się panu odechce wydzwaniać z głupotami na policję - i odłożył słuchawkę.
Z oburzenia aż nie mogłem nabrać oddechu. Wiele razy słyszałem o lekceważeniu obywateli przez policję, a teraz doświadczyłem tego na własnej skórze. Nie popuszczę. Napiszę skargę do Komendy Wojewódzkiej Policji i do Komendy Głównej. A jeśli i oni nie postąpią właściwie, nie ujmą się za mną i nie odbiorą z "Kolportera" mojego atramentu, napiszę skargę do Strasburga.

I to jest koniec bloga EMERYT POLSKI. Wcześniej zamierzałem, właśnie na koniec, opisać w jak perfekcyjny sposób popełnił samobójstwo Karol Trzaska, czyli Emeryt Polski. Ale uznałem, że byłoby to jak instrukcja obsługi dla innych samobójców. A nie każdy, kto "popełnia" samobójstwo, chce naprawdę umrzeć. Sposób Karola Trzaski nie daje możliwości odwrotu.

Serdecznie pozdrawiam wszystkich czytelników.
Ryszard Sadaj.

środa, 20 kwietnia 2011

PRZEDOSTATNI WPIS

Pani Kazimiera ma rację.
Rzeczywiście, po śmierci Emeryta, czyli Karola Trzaski, chyba nie ma sensu tutaj pisać. Szkoda, że tak się stało, jak się stało. Przyzwyczaiłem się do tego starszego mężczyzny. Sądziłem, że Karol jeszcze jakiś czas, rok przynajmniej, pożyje i może wreszcie mu się trafi jakaś naprawdę piękna młódka. I to mogłoby być zwieńczeniem jego życia. A tu klops. Choć powinienem się spodziewać, kiedy po śmierci swojej kochanej Marylki zaczął gromadzić tabletki nasenne, że na serio myśli o odebraniu sobie życia. Ale tak jest, że kiedy się kogoś mocno lubi, to nie zauważa się jego wewnętrznych przemian (jak nie zauważa się, że ukochana kobieta czy mężczyzna starzeje się). Też nie zauważa się przemian u kogoś, kogo się nienawidzi, i u tego, który jest nam obojętny. Człowiek, tam głęboko w środku, zawsze jest samotny i zdany na siebie.

Życie Karola, za wyjątkiem jego miłości do Marylki, nie było konsekwentne - w tym sensie, że nie dążył uparcie do realizacji swoich celów (choćby pomnik myszy), także wiele było chaosu w jego związkach z kobietami, nie zabiegał o scementowanie swojej rodziny (zdaje się, że przez swoje dzieci i wnuki, oprócz Maćka, nie był nazbyt kochany), nie skończył powieści o Chrystusie. Właściwie jego życie to była prowizorka (podobnie jak życie większości z nas).

W jednym tylko był konsekwentny. Swoją śmierć zaplanował w szczegółach i zrealizował według planu krok po kroku. To jedno udało mu się w życiu zrobić od a do z. To był naprawdę majstersztyk. Nie mógł nie umrzeć, nawet gdyby w czasie realizowanego samobójstwa nastąpiło trzęsienie ziemi, spadł samolot na kamienicę, wybuchł pożar (bo wtedy mogliby go uratować strażacy), nawet gdyby go odwiedziła zmartwychwstała Dama z łasiczką. Gdy zrobił pierwszy krok nic go już nie mogło ocalić. Tylko ja.

środa, 6 kwietnia 2011

BICIE SIĘ W PIERSI I PO GĘBIE

Żona ma do mnie żal, że co ja osioł i drań narobiłem, wywołałem niedobre emocje, skłoniłem ludzi do smutku, gadała, że jestem oszustem, bo się podszyłem pod życie innego człowieka, któremu na dodatek nie dałem na starość żyć w miarę szczęśliwie i dłużej, tylko uśmierciłem go. No i przy okazji nie omieszkała dodać, że jestem głupszy i wredniejszy niż ona sama myślała. Na koniec oznajmiła, że jeśli kiedykolwiek jeszcze chcę być przez nią czule pogłaskany, i w ogóle te rzeczy, to muszę wszystko odkręcić i napisać, jak jest naprawdę.

Przyznaję, po komentarzach po informacji, że Emeryt nie żyje, zrobiło mi się głupio. Poczułem się rzeczywiście jak oszust.
A naprawdę to Karol Trzaska żyje, bo Karol Trzaska to ja, tylko trzydzieści lat później. Maciek, mój wnuk, to też ja, tylko czterdzieści lat wcześniej. Moja kochana Marylka, która nim zmarła długo chorowała na schizofrenię, też ja. Ryszard Sadaj, znajomy pisarz Karola, to też ja i to ten chyba najprawdziwszy. Bo Sadaj jest realnym pisarzem, autorem kilkunastu powieści, któremu, gdy pisze książkę, to się wydaje, że jest opisywanym przez siebie bohaterem. I stąd to całe, nie wiem jak nazwać, nieporozumienie?...

Członkowie jury wydawnictwa ZNAK (konkurs na najlepszą powieść w 2000 roku), gdy nagrodzili książkę Sadaja ŁAWKA POD KASZTANEM, byli przekonani, że jej autorem jest kaleka poruszający się na wózku inwalidzkim, bo bohaterem powieści jest chłopak na wózku inwalidzkim. Ale to nic, że krytycy tak myśleli (czytelnik mógł ulec sugestii), ale ja sam, piszą ŁAWKĘ POD KASZTANEM, miewałem chwile, że bałem się zejść z kanapy, aby się nie przekonać, że mam bezwładne nogi.

A kiedy pisałem "babską" historię TERAPIA PAULINY P. zacząłem sobie czernić brwi i malować paznokcie u nóg (u nóg, żeby nie było widać na ulicy). Jeśli dodam, że przymierzałem podpaski, to pewnie nikt nie uwierzy, jak i w to, że zacząłem się oglądać za chłopami, mimo że jestem stuprocentowym hetero. Tak jednak było.

Gdy z kolei zacząłem pisać blog EMERYT POLSKI, to w ciągu dwu miesięcy postarzałem się o dwadzieścia lat. Przestałem grać w tenisa, garbiłem się, w czasie picia herbaty nie wyjmowałem łyżeczki ze szklanki, a żona może poświadczyć, że widziała mnie na ulicy z niedopiętym rozporkiem. I jeszcze to, że podobały się mi coraz młodsze kobiety, a właściwie nie kobiety, tylko dziewczęta, siuśki takie, podobnie jak podobały się Karolowi Trzasce. I to ostatnie, niestety, chyba mi się utrwaliło.

Ostatnia moja powieść BAR NA KOŃCU ŚWIATŁA to rzecz o facecie, który chce się zemścić na polityku. Ów polityk w perfidny sposób wpakował bohatera do więzienia na piętnaście lat (wyszedł jednak po czterech latach, bo okazało się, że jest niewinny). Wtedy, pisząc BAR, butami rzucałem w telewizor, gdy na ekranie byli politycy, tak ich nienawidziłem. Trochę z tamtejszej nienawiści zostało mi do dziś.

To tyle na moje usprawiedliwienie.

Teraz zabieram się do pisania powieści o Chrystusie, który ponownie jako człowiek pojawił się na ziemi, tu i teraz, w Krakowie w 2011 roku. I zastanawiam się, czy aby nie zrobią mi się stygmaty na dłoniach i stopach, albo, czy nie będę usiłował dokonać jakiegoś cudu. A jeśli udałby mi się cud? To będzie znaczyć, że zwariowałem?, czy, że jestem Synem Syna Boga? Widzicie, już mnie ponosi.

Jeżeli miałbym dalej pozostać w tym blogu, to powinienem teraz pisać o sobie, takim jakim jestem. Tylko że sam Sadaj to w istocie osoba mało ciekawa i z wieloma przyziemnymi przywarami. Właściwie to Sadaj zupełnie się nie podoba pisarzowi Sadajowi, który nigdy kogoś takiego nie uczyniłby bohaterem swojej opowieści.

Jak rozdzielić jednego Sadaja od drugiego? Pierwszy to nudny facet, któremu nic się nie chce robić, oprócz picia piwa i grania w kasynie na idiotycznych maszynach, który nie ma nic ciekawego do powiedzenia i któremu, w gruncie rzeczy, już się żyć nie chce. Drugi to łgarz, który ciągle się za kogoś przebiera, wymyśla historie i żyje w wydumanym świecie.
Który z nich powinien "ciągnąć" ten blog? Jeśli.

wtorek, 5 kwietnia 2011

DZIADEK NIE ŻYJE

To, co teraz, jest pisane przeze mnie: Maćka, wnuka Karola Trzaski. Dziadek umarł osiem dni temu. Miał 88 lat.
Znam hasło do bloga "Emeryt polski", bo ja dziadkowi ten blog założyłem.
Ojciec powiedział, żebym tylko powiadomił, że dziadek umarł. Ale ja uważam, że tym ludziom, którzy czytali blog dziadka, można powiedzieć, w jaki sposób dziadek umarł. Porozmawiam o tym z ojcem, muszę mieć jego zgodę.

środa, 23 marca 2011

NIEZADOWOLONY WNUK

Znowu mnie dopadło. To się dzieje coraz częściej, odkąd umarła Marylka. Telefon wyłączony, domofon wyłączony, dzwonek do drzwi wyłączony. Nawet telewizora nie włączałem. Trwałem w czymś w rodzaju półsnu i, właściwie, tak mi było dobrze. Czułem, że mógłbym tak trwać do samego końca.
I nagle, trzeciego czy czwartego dnia ciszy i półsnu, słyszę głośne dobijanie się do drzwi, i po chwili grzmot, jaki towarzyszy wyważaniu drzwi. Wpierw do pokoju wbiegło dwóch strażaków w hełmach, za nimi policjant, za policjantem lekarz w zielonym fartuchu, za lekarzem moi synowie Tomek i Miron, a za nimi czterech wnuków, trzech z Warszawy i jeden z Krakowa.
- Mówiłem, że dziadek będzie żył - powiedział, ale z zawodem w głosie, jeden z moich warszawskich wnuków.

sobota, 5 marca 2011

GDZIE JEST "OLIN"?

Tydzień siedziałem nad dwiema książkami Mariana Zacharskiego: "Nazywam się Zacharski" i "Rosyjska ruletka". Marian Zacharski to najlepszy, po ostatniej wojnie, pracownik polskiego wywiadu. Nie jest przesadne, co powiedzieli niektórzy, że zdobyte przez Zacharskiego najnowocześniejsze technologie wojskowe trochę zrównoważyły siły Zachodu i Wschodu, jak wtedy dzielił się świat. Co prawda, później się okazało, że do żadnej równowagi zbrojeń nie doszło, bo komuniści nie potrafili wykorzystać technologii dostarczonej przez Zacharskiego. Ale wtedy ważne było iż Amerykanie wierzyli, że polski szpieg (patrząc na Zacharskiego z ich strony) wojskowo wzmocnił Rosjan, którym polski wywiad sprzedawał dokumentację zdobytą przez Zacharskiego. W Polsce nie było nikogo, kto by te "papiery" rozumiał.

W książce "Nazywam się Zacharski" jest opisane, jak Marian Zacharski pracował w USA, w jaki sposób doszło do jego schwytania. Został skazany na dożywocie. W amerykańskim więzieniu przesiedział cztery lata, po czym wymieniono go (na słynnym "moście wymiany szpiegów" w Berlinie) na 21 agentów pracujących dla Zachodu.

W książce "Rosyjska ruletka" Marian Zacharski pracuje głównie przeciwko Rosjanom, którzy w Polsce pozostawili wielu agentów na wysokich stanowiskach w administracji, wojsku, w różnych służbach specjalnych. W tej pracy całkiem przypadkowo trafił na "Olina", którym okazał się być Józef Oleksy. I zaczęło się! W Polsce akurat władzę przejmowała lewica, ta wywodząca się z PZPR. Prezydent Kwaśniewski, premier Oleksy. To, co się wówczas działo (po posądzeniu Oleksego o szpiegostwo na rzecz Rosji) najlepiej nazwać jednym słowem: kurewstwo. Trzeba przeczytać "Rosyjską ruletkę", żeby zrozumieć, że miałem prawo użyć tego słowa.

Zacharski, po powrocie z amerykańskiego więzienia hołubiony przez polskie władze, mianowany generałem i szefem wywiadu (tym ostatnim na bardzo krótko), mający następne sukcesy wywiadowcze, w 1996 roku z dnia na dzień musi opuścić Polskę i wyjechać na emigrację. Przegrał w "sprawie Oleksego".

A Józef Oleksy? W 1999 roku on przegrał proces lustracyjny, bo zataił współpracę z Agenturalnym Wywiadem Operacyjnym (polskim, dla ścisłości). Wcześniej przez kilkanaście lat przyjaźnił się z Ałganowem, najskuteczniejszym rosyjskim agentem w Polsce. I chociaż koledzy Oleksego wiedzieli, kim jest Ałganow, to ten bidula, Oleksy, mimo że szkolony w AWO, nie miał o tym zielonego pojęcia. Jeszcze przyjmował od Ałganowa różne paczki (z jedzeniem?).

Z kolei co z "Olinem"? Miał być zdemaskowany przez nowe służby, które nastały po Zacharskim i jego współpracownikach. Minęło 15 lat i "Olina" jak nie ma tak nie ma. Chociaż wiadomo, kto nim jest. Zdobyłem tę wiedzę po przeczytaniu książek Zacharskiego. "Sprawa Oleksego" opisana jest w "Rosyjskiej ruletce". W pierwszej książce Zacharskiego zobaczyłem jego charakter. Dlatego mu wierzę.

Interesuję się polityką, ale nie na tyle, żeby o niej pisać. Tym razem nie zdzierżyłem. "Olin" to sprawa i szpiegowska i polityczna, a teraz nawet bardziej polityczna. Zastanawia mnie, dlaczego ktoś taki jak Józef Oleksy wciąż funkcjonuje w polskim życiu politycznym. Czyżby dziennikarze nie przeczytali książek Zacharskiego, że Oleksego bezustannie zapraszają do udziału w programach telewizyjnych? Nie rozumiem tego, ale może jest to wynikiem mojej tępoty ze starości.

Jeszcze coś sobie przypomniałem, o czym myślałem w czasie czytania obu książek. Kim dla Mariana Zacharskiego jest pułkownik Kukliński: patriotą czy zdrajcą? Kto zna odpowiedź? Sam Zacharski ani raz nie wymienia nazwiska Kuklińskiego.

niedziela, 20 lutego 2011

LECIEĆ DO AMERYKI CZY NIE LECIEĆ?

Katarzyna nalega, żebym przyleciał do niej do Chicago. Obiecuje, że zobaczymy Wodospad Niagara, Wielki Kanion, Manhattan i inne rzeczy, i abym się nie męczył, to wszędzie będziemy latać samolotem. Córka myśli: niech staruszek przed śmiercią coś zobaczy. Ale ja nie lubię podróżować, bo tak naprawdę nie ma na świecie nic nowego do oglądania. Wodospad Niagara widziałem na wielu filmach, i to z takich ujęć, których turysta nigdy nie zobaczy. Manhattan też mi jest znany w ten sam sposób, między innymi od wnętrz ekskluzywnych lokali, do których, będąc tam, nie wszedłbym, bo o wiele za drogo na moją kieszeń.

W poprzednie lato Kasia zafundowała mi pobyt w Egipcie. Osiemdziesiąt procent czasu tam siedziałem w hotelu albo na plaży na terenie hotelu. Największą atrakcją, z jaką spotkałem się w Egipcie, było to, że spadłem z wielbłąda pod piramidami. A piramidy jak piramidy, prawie nie zmienione od czterech tysięcy lat. Gdyby nie to, że w Egipcie poznałem Ewę, która dała upust moim męskim siłom witalnym, to ta cała wycieczka byłaby na nic.

W Stanach, naturalnie, też bym się rozglądał za babami, bo taka już moja wredna natura. Ale w Nowym Jorku to strach poznać kobietę i myśleć o tych przyjemnościach, bo może się okazać, że ta kobieta to tranwestyta. A przecież nie będę sprawdzał między nogami, czy ona tam nie ma męskiego przyrodzenia. Może być jeszcze gorzej. Na przykład zakocha się we mnie prawdziwa kobieta, młoda, piękna, inteligentna, sławna, bogata, i na stałe usidli mnie gdzieś w Los Angeles. I tam umrę z dala od Ojczyzny.
To już wolę mój cmentarz na Salwatorze, gdzie są prochy kochanej Marylki. Będziemy obok siebie urna w urnę.

Mimo wszystko, ta Ameryka kusi mnie.

środa, 9 lutego 2011

URODZONY W ZŁYM CZASIE

Starość może być piękna, pod warunkiem, że się o niej nie zapomina i nie nadużywa trunków. Ja nadużyłem i zapomniałem, że jestem stary. Po wypiciu kilku lampek ( moja kochana Marylka, nieboszczka, nazywała je lampionami) wina, uskrzydlony wyszedłem z kamienicy i zaraz leżałem na chodniku jak ptak z przetrąconym skrzydłem. Nie będę zwalał winy na oblodzony chodnik, bo powinienem tuptać, stawiać małe kroczki, opierać się o kamienicę, albo zacząć chodzić z laską, a nie spieszyć się jak młodzieniec na spotkanie z ukochaną. Tym bardziej, że nigdzie się nie spieszyłem.

A tak naprawdę, to czy starość może być piękna gdzie indziej niż w filmie amerykańskim?

Leżę z ręką w gipsie i z obolałą zwichniętą stopą, też w gipsie. Lekarz powiedział:
- To jest tylko niegroźne pęknięcie kości nadgarstka, ale w pana wieku każdy taki uraz to już poważna sprawa.
- Niech mi pan nie wypomina mojego wieku - rzekłem ze złością, bo w pokoju zabiegowym była młoda pielęgniarka i ja znowu zapomniałem o tym, że jestem stary, i zaczęło mi się w głowie coś roić.

Codziennie przychodzi Maciek, żeby zagrać z dziadkiem w szachy. Wczoraj zrobiło się mi żal Maćka, bo uzmysłowiłem sobie, że on jest z tego przejściowego pokolenia cywilizowanego świata, które nie może liczyć na jakieś wielkie przygody. Na przykład wyjść na szczyt góry, na którym jeszcze nie stanęła ludzka noga. Za moich młodych lat Czomolungma była dziewiczą górą, a dzisiaj droga na jej szczyt jest zaśmiecona puszkami po coca coli i workami foliowymi. W dżunglach Ameryki Południowej jeszcze nie tak dawno były miejsca, na których nie spoczęło ludzkie oko, a dzisiaj te miejsca są wykarczowane i rośnie tam koka. Za moich młodych lat o wyprawach na księżyc to nawet nie pisali autorzy fantastyczno-naukowych książek, taką wydawało się to mrzonką. A, zobaczycie, za trzydzieści lat księżyc będzie tak obesrany, jak dzisiaj lasy i górki w pobliżu większych miast. Za moich lat Afryka była rajem dla milionów zwierząt, z którymi tubylcy żyli w mniejszej lub większej zgodzie. Dzisiaj Murzyni strzelają do zwierząt z kałasznikowów, choć częściej strzelają do samych siebie, i raju już dla nikogo nie ma w Afryce. Maciek nawet nie może pojechać do Afryki na safari, bo prawdziwych safari też już nie ma. W Kenii wypuszczają z klatki (tak, żeby myśliwy tego nie widział) dzikiego zwierza naszprycowanego środkami nasennymi, no i dalej wiadomo.

Maćka nic ciekawego nie czeka w tego rodzaju dziedzinie przygód. Wszystko jest odkryte, wszystko jest zdobyte, wszystko jest sfilmowane. Śmieszą mnie organizowane tu i tam kursy przeżycia w trudnych warunkach naturalnych, w dżungli czy pustynnym pustkowiu. Dla kogoś, kto ma telefon komórkowy, GPS i śmigłowiec na wezwanie, nie ma trudnych warunków naturalnych. Trzeba organizować kursy przeżycia w wielkich miastach, bo to teraz najgroźniejsze dżungle z dzikimi zwierzętami.

Moi prawnukowie będą przeżywać przygody w innych dziedzinach, a nawet w innych wymiarach. Kosmos, gdzie duże odległości i zjawiska są w miarę przewidywalne. Świat kwantów, gdzie wszystko jest mikro i zjawiska są nieprzewidywalne. To, co dzisiaj nazywamy parapsychologią, gdzie można odbywać bezcielesne podróże. Medycyna i biologia, dzięki którym stworzymy idealnego człowieka (Super Rambo?) i odtworzymy dinozaury.

Maciek już się nie załapie na te przygody. Na jedne przygody urodził się za późno, na drugie za wcześnie. Chyba że niedługo pierdykną bomby atomowe i Maciek, jeśli przeżyje, zacznie od nowa budować cywilizację ziemską.

Tak mi było żal Maćka, że urodził się w niedobrym czasie, że dałem mu wygrać w szachy. Ale on mnie przejrzał.
- Oszukuje dziadek - powiedział rozżalony. - Specjalnie postawił wieżę tutaj, żebym ją zbił.

Gdy wyzdrowieję, zaproponuję Maćkowi wyścigi na rolkach. Wówczas na pewno wygra ze mną, bez oszukiwania z mojej strony. Chociaż, jeśli miesiąc wcześniej zacznę trenować?

środa, 26 stycznia 2011

SŁAWA I BOGACTWO

Miałem dzisiaj przepisać ostateczny początek powieści o Chrystusie, ale ogarnęły mnie marzenia o sławie i bogactwie, jakie mnie czekają po napisaniu tej książki. Tym razem skupiłem się bardziej na bogactwie, bo sławę już jakiś czas temu przerobiłem. I ze sławą dobrze mi było, nie przewróciło się mi w głowie. Dalej rozpoznawałem tych, których znałem wcześniej. Nie jestem niedopierzonym młodzikiem, który nie potrafi godnie przyjąć światowej sławy. Ja potrafiłem. Tylko musiałem uważać na zaloty kobiet, bo to nie wiadomo, czy urzekła je moja inteligencja, wdzięk, uroda, czy raczej sława, dzięki której można występować w telewizji, bywać na warszawskich salonach itp. No, bez obawy, nie jestem idiotą. Na mężczyznę w moim wieku nie patrzy się pod kątem urody czy inteligencji, tylko sprawdza się portfel, czy gruby. Nie dałem zrobić z siebie jelenia.

Co do pieniędzy. Po sprzedaniu w Polsce kilkuset tysięcy egzemplarzy powieści, po przetłumaczeniu jej na angielski, hiszpański i kilka innych języków, po sprzedaniu praw do filmu, po sprzedaniu mojego nazwiska i mojej twarzy do celów reklamowych, po pobraniu zaliczek od wydawców i producentów filmowych za następną, jeszcze nie napisaną powieść (w tym wypadku postąpiłem trochę perfidnie, zważywszy na to, ile mam lat), więc po sprzedaniu tego wszystkiego wyszło mi, że zarobiłem 12 milionów złotych.

Teraz wydatki. W pierwszym rzędzie pomnik myszy, wielkości już nie krowy, ale słonia afrykańskiego. Przy pomniku wystawię Centrum Pamięci Myszy, z żywymi eksponatami. W Centrum będzie się także mieścić schronisko dla stworzeń, które przeżyły eksperymenty medyczne. Kinga, gdy zobaczy to dzieło, będzie sobie pluć w brodę, że tak szybko skreśliła mnie jako interesującego człowieka.

Naturalnie o siebie i innych też zadbam. Kupię w centrum Krakowa dużą kamienicę. Na najwyższym piętrze będzie moje mieszkanie. Poniżej otworzę kluby dla alkoholików, narkomanów, seksoholików i zakupoholików. W tych klubach wszystko będzie za darmo i będzie obowiązywał parytet 35% kobiet. Jeśli nie znajdzie się tyle kobiet, to moi współpracownicy dobiorą z kobiet nieuzależnionych. Na parterze kamienicy urządzę salę podobną do sejmowej sali posiedzeń w Warszawie i udostępnię ją politykom, którzy wypadli z wielkiej polityki z powodu korupcji, głupoty, czy popełnienia innych przestępstw. Tylko że politycy będą musieli płacić za wejście do mojej sali sejmowej.

Do diabła! Herbata mi się skończyła, a emerytura dopiero pojutrze wpłynie na moje konto. Na szczęście mam dwie butelki wina Sophia.

Jakoś tak niemal duszkiem, jak przystało na sławnego i bogatego, wypiłem butelkę wina, i odechciało się mi dalej pisać. Szkoda, bo nie zdążyłem wspomnieć o jeszcze jednym projekcie, chyba najwspanialszym, choć bardzo kosztownym.

sobota, 22 stycznia 2011

BUDOWA POMNIKA MYSZY ODDALA SIĘ

Nikogo nie mogę namówić, żeby wraz ze mną podjął się budowy największego na świecie pomnika myszy. Nie przemawia do nich, że w dziejach nowoczesnej medycyny miliony myszy zginęło, cierpiąc przy tym, podczas testowania na nich różnego rodzaju lekarstw, które później służyły ludziom. Tak szybki postęp nauk medycznych, jaki nastąpił w ostatnich kilkudziesięciu latach, czyli za mojego życia, zawdzięczamy właśnie stworzeniom, od muszek owocowych poczynając a kończąc na szympansach. Mysz na pomniku byłaby symboliczną przedstawicielką tych wszystkich udręczonych stworzeń, które, wyrażając się pompatycznie, oddały swe życia dla poprawy zdrowia ludzkości.
Gdy mówię o mojej idei, tym pomniku, w odpowiedzi słyszę, że myszy to szkodniki, bo zjadają zboże, i dlaczego szkodnikom stawiać pomnik? Jedna ze znajomych powiedziała, że w jej letnim domku myszy przez zimę tak nasmrodziły swoimi odchodami, że musiała pomalować ściany i podłogi wymieniać na nowe, więc ona nie dołoży ręki ani pieniędzy do pomnika myszy. Inna znajoma boi się myszy i na myśl, że miałaby oglądać mysz wielkości krowy, dostaje nerwowych drgawek.

Nikt się nie przejmuje smutnym losem doświadczalnych zwierząt. A gdy jeszcze się dowiadują, że taki pomnik musi kosztować około dwóch milionów złotych, od razu stwierdzają, że te pieniądze lepiej przeznaczyć na jakiś charytatywny cel.

W tej sytuacji muszę na razie odłożyć budowę pomnika myszy. Powinienem z tym pomysłem dotrzeć do młodych ludzi, co dla człowieka w moim wieku nie jest łatwe. Młodzi myślą, że ja już nie zdążę zrealizować żadnego większego zamierzenia.

W budowie pomnika jestem zależny od innych. To jest za duże przedsięwzięcie jak na jedną osobę, choćby nawet tą osobą był były mistrz Małopolski w skoku o tyczce, były profesor historii w liceum, była "złota rączka" z własną firmą remontową, obecny miły i inteligentny starszy pan - to wszystko w jednym.
Ale jeśli idzie o pisanie powieści, to tutaj wiele, jeśli nie wszystko, zależy ode mnie. I w ostatnim czasie skupiłem się na pisaniu. Mam nowy początek powieści o Chrystusie we współczesnym Krakowie. Mam nadzieję, że to jest ostateczny początek. Nie mogę wiecznie tylko zaczynać powieść, trzeba ruszyć dalej.
Za kilka dni napiszę tutaj ów początek.

środa, 12 stycznia 2011

DZIEWIĘĆ DNI I NIE MA KINGI

Znajomość z Kingą nie trwała długo. Dziewięć dni. Z jej obietnic, że odda mi duszę, ciało i majątek, spełniło się tylko jedno: ciało. Wspominam je z przyjemnością. Może to jest, a raczej było, ostatnie piękne ciało w moim życiu? W hospicjum, jeśli uda się mi tam dostać przed przejściem na drugą stronę, będę miał co wspominać.
Kinga z godziny na godzinę zerwała ze mną znajomość, gdy tylko się dowiedziała, że tak naprawdę to nie buduję największego na świecie pomnika myszy, a dopiero zamierzam go wybudować. Zaś co do pisania przeze mnie powieści o Chrystusie we współczesnym Krakowie, to uznała, że to jest coś w rodzaju idee fixe, prześladująca mnie mrzonka, której nigdy nie zrealizuję.
Rozczarowałem ją. Nie byłem wielkim, jeszcze nie odkrytym twórcą, za jakiego mnie uznała podczas naszego pierwszego spotkania. Kiedy doszła do tego wniosku, od razu ujrzała mnie całkowicie innym. Przede wszystkim, że mam dwa razy więcej lat niż ona. A to, że puszczam bąki, już nie było lekceważeniem przeze mnie reguł mieszczańskiego życia, tej całej dulszczyzny (to słowo Kingi), tylko znaczyło, że jestem stary, śmierdzący cap. Moje mieszkanie, z meblami z czasów PRL-u, uznała za nędzne, brudne i, co najgorsze, urządzone bez żadnego zamysłu artystycznego.
Jak mogła być taka ślepa? - na pewno tak siebie zapytała. Gdy wychodziła z mojego mieszkania, to na twarzy miała wyraz obrzydzenia. W drzwiach powiedziała:
- Gdy mnie spotkasz na ulicy, udawaj, że mnie nie znasz. Bo ja od tej chwili ciebie nie znam. Jesteś oszustem.
Zdaje się, że miała ochotę plunąć na mnie.

piątek, 24 grudnia 2010

W DOMU NA SALWATORZE

Kinga mieszka sama w dużym, przedwojennym domu na Salwatorze. Antyki, stare obrazy, dużo bibelotów, parkiet poukładany we wzory. Wnętrze robi wrażenie, mimo że jest, ale ze smakiem, zabałaganione. Widać i czuć bogactwo, na które pracowało kilka pokoleń. Bogactwo w dobrym guście. W przeciwieństwie do polskich nuworyszy, którzy wzbogacili się w ostatnich dwudziestu latach. U nuworysza czuć pieniądze, a nie bogactwo. Ma wszystko to, co najdroższe, a mieszkanie umeblowane jak z żurnala, nie widać osobowości właściciela.

Byłem pod wrażeniem domu Kingi. Gdy przemyła i opatrzyła mi rany, usiedliśmy w fotelach przy niskim, tureckim stole (tak Kinga nazwała) i zaczęliśmy rozmawiać.
- Co pan robi? - zapytała Kinga. - Tak w ogóle.
Widok starego piękna i starych pieniędzy onieśmielał mnie. Dotąd wydawało się mi, że jestem na nie odporny. A tu, z moją emeryturką, z dwupokojowym mieszkaniem i meblami z czasów PRL-u, poczułem się malutki. Do tego sama Kinga, ładna, elegancka, szczupła, wiotka. A ja jeszcze byłem w swetrze z rozprutym szwem pod pachą, bo wybierając się na sanki nie myślałem, że będę musiał zdjąć kurtkę. Koniecznie chciałem wyjść w oczach Kingi na kogoś choć trochę nietuzinkowego, aby nie czuła się rozczarowana, że uratowała życie jakiemuś prostakowi i, co gorsze, jeszcze zaprosiła do do swego rajskiego domu.
Odpowiedziałem:
- Buduję największy na świecie pomnik myszy i piszę książkę o Jezusie Chrystusie.
Kinga z wrażenia aż wstała z fotela. Wyglądała na zachwyconą tym, co usłyszała.
- Największy na świecie pomnik myszy? - patrzyła na mnie jak na zmartwychwstałego Thorvaldsena.
- Tak - potwierdziłem.
- I książka o Jezusie Chrystusie? - teraz, dla odmiany, jakby widziała we mnie św. Łukasza, tego od Ewangelii.
- Tak. Już mam kilka początków tej powieści.
- To cudowne. Jeszcze nigdy nie czytałam powieści z kilkoma początkami.
Nie wiedziałem: żartuje, czy mówi serio?
- Mam kilka wersji początków - wyjaśniłem. - Później, oczywiście, wybiorę jeden z nich.
- Kochany, jesteś wielki - nagle przeszła na "ty". - Mysz i Chrystus. Będziesz sławny. Od razu to poczułam, jak tylko zobaczyłam twoje stopy wystające z tamtej dziury koło fortu.
Zacząłem skłaniać się ku temu, że jednak żarty sobie stroi.
- Boże, jak ja bym chciała być z tobą i widzieć, jak realizujesz te wielkie projekty. Powiedz, że ty też chcesz tego, a wszystko zrobię dla ciebie. Oddam ci ciało i duszę.
To już ewidentnie był teatr. Więc żeby nie wyjść na zrobionego w bambuko, postanowiłem też grać.
- Kłamiesz, że wszystko zrobisz dla mnie - powiedziałem.
- Przysięgam. Ciało, dusza, majątek. Jutro pójdziemy do notariusza i wszystko przepiszę na ciebie.
- Dobrze. Ale tymczasem ciało. Rozbierz się.
Byłem gotowy na wybuch jej śmiechu, z tego, że taką sobie nietypową urządziliśmy zabawę. Ale Kinga zaczęła szybko zdejmować ubrania, aż została naga, tylko z biżuterią na rękach i szyi.
Czyżby to wszystko było serio? Albo żart do kwadratu?
Patrzyła na mnie z wyczekiwaniem i tak, jakbym teraz był Thorvaldsenem i św. Łukaszem w jednej osobie. Rzadko dopada mnie ogłupienie. Tym razem dopadło. Siedziałem wbity w fotel i patrzyłem na ładne nagie ciało z dziewczęcymi piersiami. Ona czekała. Czy to był żart, czy serio, to teraz inicjatywa należała do mnie. Ostatecznie akt miłosny też może być w tonacji serio lub żartobliwej. Nie byłem pewien, czy nie wybiegam za daleko w myślach.
To, że kobieta stoi przede mną naga, wcale nie musi oznaczać tego, o czym w takiej sytuacji myśli prawie każdy mężczyzna. A ja należę do prawie każdych. Może ona, poprzez nagość, chce tylko pokazać, że jest niewinna jak Ewa zanim zerwała jabłko. Przypomniały mi się słowa R.S., też przecież artysty, że pisarze mają we krwi szczerość i czystość myśli. A jeśli to prawda?
- Powiedz, że tego chcesz - Kinga ponagliła.

Domofon...

Kinga przyszła. Po raz trzeci próbuję i nie mogę opowiedzieć do końca, jak przebiegały nasze pierwsze godziny po poznaniu się. I zawsze wtedy Kinga. Nie jestem przesądny, ale może to jakiś znak, żeby o tym nie pisać?

środa, 22 grudnia 2010

W STUDZIENCE KANALIZACYJNEJ

Skoro już zdradziłem, że poznałem Kingę i że jesteśmy razem od kilku dni, wypadałoby powiedzieć o niej coś więcej. Rozumiem, że w pierwszym rzędzie rodzi się zaciekawienie (w moim przypadku tak by było) ile ma lat. No bo, w końcu, emeryt, więc ciekawe jak wiekową kobitkę sobie przygruchał (przepraszam za to gruchanie, ale nic lepszego nie przyszło mi do głowy). Kinga nie jest stara, bo dwadzieścia osiem lat młodsza ode mnie. Urodziła się już po ostatniej wojnie światowej. Normalnie, gdybym się z nią znalazł gdzieś w większym towarzystwie, nie widziałbym w niej partnerki do czułej, erotycznej przyjaźni. Do niedawna moją uwagę, spojrzenia, chuć, przyciągały dwudziestolatki. Do niedawna, bo ostatnio częściej niż dwudziestolatkom przyglądam się szesnastolatkom. Boję się, że jeśli pożyję jeszcze kilkanaście lat, to będę zaglądał do wózków dziecięcych. Zaś co do Kingi, to po pierwszych godzinach znajomości zaczynałem odnosić wrażenie, że urodziła się nie po ostatniej wojnie, tylko po stanie wojennym ogłoszonym przez generała Jaruzelskiego. Głównie dlatego, że jest bardzo a bardzo bezpretensjonalna. Artystka. Maluje obrazy, kwiaty przede wszystkim. Namalowane przez nią kwiaty są piękniejsze i bardziej żywe niż prawdziwe kwiaty, jeżeli to możliwe.
Chociaż (teraz się nad tym zastanawiam) może to nie jest bezpretensjonalność, tylko egzaltacja. Nie wiem. A właściwie dlaczego się nad tym zastanawiam? Wiem jedno: Kinga prawdopodobnie uratowała mi życie.

Zjeżdżałem na sankach po wąskich schodach, które zaczynały się u podnóża fortu, od strony gdzie jest hotel i radio RMF. Po tych samych schodach jeździłem z moją Marylką. Ona uwielbiała, gdy sankami trzęsło, aż piszczała z zadowolenia. Chciałem sobie przypomnieć tamte chwile z Marylką. Jadę, jadę, nawet nie bardzo trzęsie, bo dużo śniegu, i w pewnym momencie stop! Przód sanek wbił się w nawiany śnieg, ja poleciałem głową do przodu, prosto do niezabezpieczonej przykrywą studzienki kanalizacyjnej. Uderzyłem w coś twarzą i zawisłem na udach. Byłem w szoku, niepotrzebnie wyprostowałem nogi i wpadłem głębiej, ale jeszcze zdążyłem wyciągnąć ręce przed siebie. Gdyby nie to, uderzyłbym głową w gruz zalegający na dnie studzienki.
Studzienka była wąska. Nie mogłem zmienić pozycji na głową do góry i wyjść. Czułem, że moje stopy wystają na zewnątrz studzienki i w związku z tym liczyłem, że ktoś będzie tędy przechodził i pomoże mi się wydostać. Tylko że ten ktoś mógłby iść dopiero za dwie godziny, a wtedy krew pewnie by mi się już uszami i oczami wylewała.
Miałem szczęście. Już po kilkunastu minutach poczułem dotyk ludzkiej ręki na łydce i usłyszałem kobiecy głos:
- Halo, jest tam ktoś?
Mimo mojej sytuacji pomyślałem, że na pomoc od takiej idiotki nie mogę liczyć. Ale myliłem się.
- Jestem - odrzekłem.
- Co pan tam robi? Dlaczego pan nie wychodzi?
- Nie mogę. Niech mnie pani wyciągnie.
- Jak?
- Za nogi.
Próbowała. Jednak osiemdziesiąt kilogramów to było dla niej za wiele.
- Niech pan zaczeka! - krzyknęła.
Pomyślałem, że pobiegła do fortu aby zawołać ludzi. To byłoby najrozsądniejsze rozwiązanie. Ale ona znalazła lepszy sposób. Po kilku długich minutach usłyszałem ten sam głos:
- Wsadzę pan kij.
- Gdzie? - przestraszyłem się.
- Wkładam. Proszę uważać.
Mimo woli zacisnąłem uda. Po chwili dostrzegłem drąg grubości ramienia przesuwający się obok mojej twarzy. To był naprawdę genialny pomysł, sam bym na to nie wpadł. Przeprosiłem w myśli kobietę, że podejrzewałem ją o debilizm.
Na drągu, wspartym o dno studzienki, zacząłem się wspinać w kierunku nieba. Tu mi się przydały wieloletnie treningi, gdy skakałem o tyczce. Kiedy byłem na zewnątrz na wysokości brzucha, kobieta objęła rękami moje uda i ciągnęła do góry.
Byłem uratowany.
- Pan krwawi! - krzyknęła, gdy stanąłem przed nią. - Wezwę pogotowie - wyjęła telefon.
- Nie trzeba - powstrzymałem ją, bo nie czułem żadnego prawie bólu, oprócz pieczenia na twarzy i dłoniach.
- W takim razie pójdziemy do mnie. Mieszkam niedaleko. Obmyję panu twarz i zdezynfekuję.
- Gdzie moje sanki?

Domofon...

To Kinga. Znowu nie dokończę. Zrobię to jutro.

wtorek, 21 grudnia 2010

POCZĄTEK WYPRAWY NA SANKI

Tydzień temu, kiedy spadło dużo śniegu, przypomniałem sobie, że ileś tam lat świetlnych do tyłu, jeździłem na sankach z moją kochaną Marylką i dziećmi. Chodziliśmy na wzgórze Kopca Kościuszki, gdzie był jeden dziki tor saneczkowy i kilka ostrych stoków, z których zjeżdżało się krótko, ale szybko. Szybkość i połączone z tym niebezpieczeństwo, bo można było wpaść na drzewa lub wbić się w kopę twardego śniegu, ekscytowały nas.
I gdy spadł śnieg naszła mnie ogromna ochota, żeby pojeździć na sankach. Zadzwoniłem do R.S. i zaproponowałem, żeby poszedł ze mną na sanki. Zapalił się do tego. Gotów był natychmiast ruszyć się z domu i w dodatku sam jeszcze wyszedł z nową inicjatywą, że weźmie na rozgrzewkę butelkę wódki.
- A gdy ją wypijemy - dodał - to po drodze wstąpimy do baru na piwo, później przysiądziemy w restauracji na Kopcu na małego drinka...
- Na Kopcu już od lat nie ma restauracji - przerwałem mu.
- To żaden problem, panie Karolu. Zadzwonimy i taksówkarz przywiezie nam na Kopiec butelkę.
- Panie Ryszardzie, chce pan pić czy jeździć na sankach?
- Jedno i drugie. Śnieg, sanki, gorzałka. Będzie pięknie.
- Wolałbym, żeby pan wybrał tylko jedną z tych możliwości.
- No dobra - rzekł, już bez entuzjazmu. - Wezmę dwie butelki wódki i pójdziemy na spacer. Wie pan, akurat mam ogromną potrzebę ruchu.
Już sobie wyobrażałem te jego ruchy. Kilka razy je widziałem. Do taksówki na ulicy nie mogłem go z mieszkania doprowadzić, takie wspaniałe wykonywał ruchy. Podziękowałem R.S., ale obiecałem, że po sankach wpadnę do niego i zagramy w szachy. Kłamałem. Pijany R.S. do gry w szachy też się nie nadawał. Szachrował wtedy jak małe dziecko. Na przykład gdy poszedłem do ustępu, to po powrocie zastawałem figury na szachownicy tak poprzestawiane, że jemy wystarczyłyby dwa ruchy i dałby mi mata. Jeszcze się obrażał, kiedy pokazywałem, że tej wieży czy królowej nie było w tym miejscu. Mówił: co pan, panie Karolu, myśli, że oszukuję? I stwierdzał autorytatywnie: pisarze nie oszukują, szczerość i czystość myśli mają we krwi. Kochany R.S., ale za dużo pije. Kiedyś mu to wytknąłem, a on mi, że życie jest tak koszmarne i tyle w nim cierpienia, że nie jest w stanie nie upijać się. Co do koszmaru i cierpienia, zgoda. Ale pić przez miesiąc lub dwa? Cóż, pozostaje mi tylko stwierdzić, że niektórzy już tak mają i pogodzić się z tym.

Byłem skazany na własne towarzystwo. Inni znajomi jeszcze mniej niż R.S. nadawali się do zjeżdżania na sankach. Jedni wyjście do kiosku po gazetę przeżywali jak safari. Drudzy sikali co dziesięć minut, a nie ma nic bardziej ohydnego niż bielutki, świeżutki śnieg poznaczony moczem na żółto.
Wyjąłem z pawlacza sanki i poszedłem sam. Stary człowiek ma prawo do odrobiny szaleństwa. Do diabła, domofon...

Nie do diabła. Bardzo dobrze, że domofon. To Kinga. Poznałem ją właśnie tamtego śnieżnego dnia na Kopcu. Pomogła mi się wydostać z nieosłoniętej studzienki kanalizacyjnej, do której wpadłem, gdy wywróciłem się na sankach. Później wzięła mnie do domu, żeby opatrzyć mi rany na policzku i rękach. Wyszedłem od niej po trzech dniach. Nie chciałem uprzedzać faktów, tylko opisać po kolei jak było, ale w tej sytuacji, gdy Kinga przyszła...
Jak było, napiszę jutro.

sobota, 11 grudnia 2010

OSTATNIO NAPISANY POCZĄTEK POWIEŚCI O CHRYSTUSIE

Miotam się pomiędzy realizacją budowy największego w Polsce, pewnie i na świecie, pomnika myszy, a zamysłem, żeby napisać powieść o Chrystusie we współczesnym Krakowie. Pierwsze wydaje się mi łatwiejsze. Trzeba skrzyknąć grupę osób, utworzyć Towarzystwo Budowy Pomnika Myszy, wybrać miejsce pod pomnik i ogłosić konkurs na projekt pomnika, następnie wypromować w mediach ideę budowy tego pomnika i, oczywiście, poszukać sponsorów z pieniędzmi. Jestem przekonany, że w ciągu trzech lat wielka mysz stanęłaby na jakimś miejskim placu lub na wzniesieniu poza miastem (do uzgodnienia). Trzeba się tylko energicznie zabrać za realizację tego pomysłu.
I z tym jest problem. Energię, żeby skrzyknąć ludzi i zainicjować budowę pomnika myszy (następnie prace przekazałbym młodszym), jeszcze bym z siebie wykrzesił. Tylko mam przeciwnika tego pomysłu. Jest nim mocno siedząca mi w głowie książka o Chrystusie. Pisać powieść i zajmować się pomnikiem nie jest możliwe. Wiem, z mojej znajomości z R.S., ile czasu, wysiłku, nerwów (setki godzin siedzenia na dupie, jak mawia R.S.) wymaga praca nad książką. Nie da się pisać i dodatkowo zajmować czymś innym.

Czytelnicy tego bloga wiedzą, że od dawna nęci mnie napisanie powieści o Jezusie Chrystusie, który z dnia na dzień pojawił się w Krakowie. Pewnie mierzę siły na zamiary. Jeśli, no to co? Poza tym przyjemnie jest sobie marzyć, że tę książkę już napisałem i: ogromne uznanie czytelników i krytyków, sława, młode redaktorki zabiegające o wywiady, paparazzi podpatrujący moje życie prywatne, wpierw Nagroda Nike, później Nobel, nieśmiertelność!

Już kilka razy, a nawet kilkanaście, zaczynałem tę powieść. Ostatni początek napisałem wczoraj. Przepisuję go z zeszytu:

"Po raz pierwszy zauważono go na Plantach. Jedni mówili, że to było pod koniec kwietnia, inni, że z początkiem maja. W każdym razie co do jednego była zgoda: kasztany jeszcze nie zakwitły. Tyle dowiedział się starszy posterunkowy Wojciech Farba, jeśli chodzi o moment pojawienia się tego człowieka w Krakowie.
Niektórzy widzieli go raz, niektórzy kilka razy, jak samotnie przemierzał Planty, które biegły dokoła Starego Miasta, centrum Krakowa. Pierwsze, na co przypadkowi obserwatorzy zwracali uwagę, to to, że na stopach miał sandały i był bez skarpet. O tej porze roku nikt jeszcze nie chodził w sandałach, a co dopiero w sandałach i bez skarpet.
W Krakowie można napotkać wielu dziwaków, czy osób psychicznie pokręconych, którzy ubierali się w sposób przyciągający uwagę. Jeden z nich, dobrze znany krakusom mieszkającym w centrum miasta, jeździł na rowerze, ubrany w bermudy jak na plażę, do pierwszych większych śniegów. Po zachowaniu tych ludzi, wyglądzie, mimice, można się było łatwo domyślić, że mają niepoukładane w głowach jak trzeba. Na przykład mężczyzna w bermudach zawsze się uśmiechał i patrzył w oczy ludziom idącym z naprzeciwka, tak, że niektórzy bezwiednie odpowiadali uśmiechem, myśląc, że to jakiś znajomy, którego jednak nie potrafią sobie przypomnieć.
Ale mężczyzna w sandałach i bez skarpet nie należał do tego rodzaju ludzi, których można podejrzewać o jakieś skrzywienie psychiczne. Jeśli sandały na gołych stopach w pierwszej chwili coś niepokojącego lub złego sugerowały, to obejrzenie całej postaci i twarzy eliminowały niedobre wyobrażenie.
Mężczyzna był wysoki, ale nie aż tak, aby przychodziło na myśl, że gra w koszykówkę. Miał długie do ramion jasne włosy. Był ubrany w długi do pół łydki jasny prochowiec zapinany na rząd guzików. Na ramieniu, przewieszony przez piersi i plecy, trzymał chlebak z grubego, zielonego płótna, jaki dawniej nosili harcerze. Wyglądał na około trzydzieści lat i był podobny do Jezusa Chrystusa z obrazów w kościołach i polskich domach. Na podobieństwo mężczyzny do Chrystusa wszyscy zwrócili uwagę.
Sam starszy posterunkowy Farba dostrzegł go po raz pierwszy w dniach, kiedy na Plantach już kwitły kasztany, i też pomyślał o nim, że jest podobny do Jezusa. W domu rodzinnym Farby, w Ruszczy, wisiały dwa obrazy z Chrystusem: Chrystus z gorejącym sercem i Chrystus w czasie ostatniej wieczerzy. Mężczyzna w sandałach i bez skarpet zupełnie przypominał Chrystusa z tamtych obrazów."

Podczas przepisywania powyższego tekstu pomyślałem, że jednak będę musiał zrobić inny początek. Wczoraj mi się podobał, dzisiaj już nie. Albo wziąć się za pomnik myszy. Że też nie mam nikogo, kto by mógł mi coś poradzić. R.S. odpada, nie tylko dlatego, że ma teraz dni picia. Jakiś czas temu powiedziałem mu, że się przymierzam do powieści o Chrystusie, a on odparł ze śmiechem: "to chyba będzie pańska autobiografia, panie Karolu". Sukinkot, ale go lubię.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

KARMIONY KARPIAMI

Leżę od kilku dni. To nie choroba, ale zwyczajne niechcenie wszystkiego. Coraz częściej mnie to dopada. Nawet jeść mi się nie chce, to znaczy nie chce mi się wykonywać tych wszystkich czynności związanych z jedzeniem, od krojenia chleba po gryzienie. "Gorące kubki", tym się ostatnio żywię.

Ktoś musiał powiadomić moich znajomych (podejrzewam, że syn, ten nieślubny), że jestem chory i nie wychodzę z domu, bo od wczoraj mam serię gości, z Iloną Małkowską na czele. Każdy z nich, jak tylko wszedł, od razu narzekał, że śnieg. że mróz, że w ogóle zima jest! Tak, jakby się urodzili w Egipcie.

Piętnaście, dwadzieścia centymetrów śniegu i dziesięć, czy nawet kilkanaście stopni mrozu, to wcale nie jest ciężka zima. Pamiętam zimę z dzieciństwa, gdy mieszkałem na wsi pod Sandomierzem u dziadków. Dwór był zasypany śniegiem po górne framugi okna. Po wsi, od domu do domu, chodziło się tunelami o śnieżnych brzegach wysokich niekiedy na kilka metrów. Dziadek i chłopi nie robili z tego wielkiej tragedii. A nawet, jeśli chodziło o jedzenie, ciężka zima miała swoje dobre strony. Chłopi już jesienią przygotowywali się do zimy. Opał, wiadomo, to podstawa. Oni poza tym budowali blisko wsi paśniki dla dzikich zwierząt. Sarny i dziki przyzwyczajały się, że w tym i tym miejscu zawsze mogą coś znaleźć do jedzenia. Dziadek dawał ze spichrza siano i kolby kukurydzy. I takiej zimy, jak opisałem, chłopi szli do paśników i znajdowali zamarznięte zwierzęta. Nigdy nie najedli się tyle dziczyzny co podczas ostrej zimy. I to legalnie, bo zbieranie zamarzniętych zwierząt to nie było kłusownictwo. A wiosną, kiedy zelżał mróz i zeszły śniegi, chłopi szli do stawów hodowlanych, które były zamarznięte do dna. Granatami (było to w czasie wojny) kruszyli lód i wydobywali z niego karpie. Od tamtego czasu jakoś nie przepadam za karpiami. Babka dwa razy dziennie karmiła mnie nimi.

niedziela, 21 listopada 2010

GRZECHÓW W KRATKĘ C.D.

Jeszcze kilka zdań o książce - wywiadzie "Grzechy w kratę".
Odpowiedzi o. Śliwińskiego w sprawie grzechów mających związek ze sferą seksu, utwierdzają moją opinię, że w tej dziedzinie Kościół ma tak namieszane, że sam nie wie jak z tego wyjść.
Na przykład antykoncepcja. Za papieża Pawła VI (zmarł w 1978 r.) rada świeckich i biskupów zdecydowała, że należy katolikom zezwolić na stosowanie prezerwatyw. Jednak Paweł VI, przy wsparciu ówczesnego kardynała Wojtyły, zdecydował inaczej. Poza tym potwierdził, że masturbacja to grzech ciężki.
Tymczasem prezerwatywy to nieodłączny element stosunków seksualnych większości katolików. I nawet się z tego nie spowiadają, bo sumienie im mówi, że nie robią nic złego. A masturbacja? Aż nie chce się powtarzać. Jest związana z rozwojem psychofizycznym człowieka. Pewnym zachowaniom nie można się oprzeć, tak jak nie można powstrzymać wyrastania włosów na łonie.

Niedługo prezerwatywy zostaną dopuszczone przez Kościół i nadejdzie taki moment, że to, co dzisiaj jest ciężkim grzechem, jutro (dosłownie) już nim nie będzie. Właśnie dopiero co Benedykt XVI powiedział, że w pewnych wypadkach używanie prezerwatyw jest dopuszczalne.

Gdzieś między wierszami wyczuwam, że o. Śliwiński nie zawsze się zgadza z oficjalną nauką kościoła. Ale musi ją głosić. Moje wyczucie jest ponadto podparte niektórymi odpowiedziami o. Śliwińskiego. Na pytanie: "Czy przyznanie się do zdrady małżeńskiej może być częścią pokuty?". O. Śliwiński bardzo roztropnie odpowiada:
- Takiej decyzji nie można za nikogo podejmować. Zastanówmy się, czy w takiej sytuacji przyznanie się coś poprawi czy może zniszczy? Czy nie lepiej, żeby ktoś moralnie odrzucił tę sytuację zdrady, wrócił i rozpoczął życie, w którym poprzez czynione dobro będzie przynajmniej próbował wynagrodzić zło?
Tyle o tej ciekawej książce.

Teraz mam na głowie R.S. Przyszedł do mnie pijany jak dzika świnia. Przyniósł mi swą nową powieść BAR NA KOŃCU ŚWIATŁA. Napisał dla mnie dedykację, która jest zupełnie nieczytelna, i chciał pożyczyć stówkę, żeby się dopić. Ale na szczęście (dla niego, nie dla mnie) usnął w fotelu i w tej chwili śpi jak świstak (mam na myśli, że chrapie, świszcząc). Jak znam R.S. to będzie pił nie wiadomo jak długo. Już raz miał osiem lat przerwy w pisaniu (nie napisał wówczas ani jednego zdania), bo cały ten czas był pijany. Mam nadzieję, że przed swoją śmiercią jeszcze zobaczę R.S. trzeźwego. O, otworzył oczy, patrzy na mnie jakby mnie pierwszy raz w życiu widział. Już rozpoznał, bo rzekł:
- Panie Karolu, potrzebuję setkę.
Nie dam, to będzie miał do mnie pretensje i mamrotał przez godzinę. Dam, to padnie gdzieś na ulicy.

środa, 17 listopada 2010

KATECHETKA PYTA: "CO POWINIEN ZROBIĆ KTOŚ, KTO NARUSZYŁ JEDNO Z DZIESIĘCIU PRZYKAZAŃ?" kTÓREŚ Z DZIECI ODPOWIADA: "ZOSTAŁO MU JESZCZE DZIEWIĘĆ".

Największy na świecie pomnik myszy.

Ale z napisania powieści o Chrystusie we współczesnym Krakowie jeszcze nie rezygnuję. W związku z tym czytam ostatnio wiele książek tzw. religijnych. W większości nic one nie wnoszą do mojego zamierzenia, nie dają żadnego bodźca, nie podsuwają żadnego rozwiązania. Tylko jedna z nich bardzo mnie zaciekawiła. Jest to rozmowa o spowiedzi z o. Piotrem Jordanem Śliwińskim z klasztoru Kapucynów w Krakowie (to klasztor blisko kamienicy, w której mieszkam). Z o. Śliwińskim rozmawiają dwie kobiety: Elżbieta Kot i Dominika Kozłowska. Tytuł książki: "Grzechy w kratkę" (Znak 2008).
Zrobiły na mnie wrażenie celne i odważne pytania pań. Odpowiedzi o. Śliwińskiego również, choć wyczułem trochę dziegciu w tym wspaniałym, w ogólności, miodzie.

Czytam, czytam skupiony, a wszystko są to dla mnie nowe sprawy, aż dochodzę do pytania:
- Czyli zło, o którym dowiaduje się Ojciec w konfesjonale, a które mógłby powstrzymać, musi pozostać ukryte?
Odpowiedź:
- Tak, są nawet omawiane takie kazusy, w których rozważa się sytuację, że do konfesjonału przychodzi człowiek, mówiąc, że za chwilę ma zamiar popełnić morderstwo. Mogę przeciwdziałać temu zamiarowi, próbując podczas spowiedzi odwieść tego człowieka od popełnienia tego czynu. Nie mogę jednak po zakończeniu spowiedzi pójść i uprzedzić potencjalnej ofiary.
Tu aż się prosi o kilka linijek wykrzykników.

To, że spowiednik nie może uprzedzić potencjalnej ofiary o grożącej jej śmierci, ma związek z wymogiem dochowania tajemnicy spowiedzi (za ujawnienie tajemnicy spowiedzi grozi ekskomunika). W takim razie ja pytam, co jest ważniejsze, czy co bardziej święte: życie człowieka (może ojca kilkorga dzieci), czy tajemnica spowiedzi?
Jak w tej sytuacji wygląda sumienie tego spowiednika, czy nie jest ono wypaczone? Tym bardziej mnie to zastanawia, że sam o. Śliwiński wiele rozprawia o sumieniu, przedkładając jego wyższość nad prawa kodeksowe, nad dogmaty, nawet nad polecenie papieża.
Cytuję z książki: "Sumienie jest najtajniejszym środkiem i sanktuarium człowieka, gdzie przebywa on sam z Bogiem, którego głos w jego wnętrzu pobrzmiewa. Przez sumienie dziwnym sposobem staje się wiadome to prawo, które wypełnia się miłowaniem Boga i bliźniego." (II Sobór Watykański).

Coś mi tu bardzo, bardzo nie gra. Niechby mnie ekskomunikowano, a pobiegłbym do człowieka i ostrzegł, że grozi mu śmierć. Ale nie jestem cenionym spowiednikiem, który doskonale zna doktryny wiary i prawa rządzące spowiedzią, więc pewnie uczyniłbym źle z kościelnego punktu widzenia. Nie, to tylko taka moja retoryka, bo jestem pewien, że uczyniłbym dobrze, tak, jakby Bóg pragnął.
Nie chcę być wulgarny, ale przy tej opisanej sytuacji ciśnie mi się słowo: paranoja.

Tytuł tego wpisu do bloga wziąłem z wyżej wymienionej książki. Wydał mi się bardzo zabawny. Ale po tym, co napisałem, już mi się taki nie wydaje.

Ciąg dalszy o książce może nastąpi, bo znalazłem tam jeszcze parę denerwujących mnie rzeczy. Ale generalnie jest to dobra książka, warta przeczytania.

poniedziałek, 15 listopada 2010

TRZEBA BYĆ MAKSYMALNIE UWAŻNYM

Zadzwoniłem do Maćka (mojego piętnastoletniego, nieślubnego wnuka, jeśli ktoś nie pamięta), żeby przyszedł i naprawił komputer, bo nie działa. Nie dało się go nawet uruchomić.
Okazało się, że komputer jest sprawny. Wtyczka była wyjęta z gniazdka. Nie pamiętam, abym ją wyjmował. Cóż, takie rzeczy będą mi się coraz częściej przytrafiać. Na starość trzeba być maksymalnie uważny. Odkąd jakiś czas temu wpadłem na rowerze pod auto (złamana ręka i potrzaskane żebra), miewam dni, że panicznie boję się przechodzić przez ulicę. Nie ma różnicy, czy to na pasach dla pieszych, czy poza nimi, czy to na światłach, czy bez. Boję się i już. Patrzę w lewo, patrzę w prawo, znowu w lewo, żadne auto nie jest blisko, ale wyobraźnia podpowiada mi, że zza zakrętu wyjeżdża przestępca uciekający przed policją...

Wspominam o ulicy i autach, bo akurat dzisiaj miałem momenty strachu przed przejściem na drugą stronę ulicy. Nie mogłem zejść z chodnika, jakaś psychiczna moc nie dała mi postąpić kroku do przodu. Ludzie szli tam, i stamtąd, a ja stałem przy krawężniku jak kretyn. Zdawałem sobie sprawę, że stoję jak kretyn, więc dla zmyłki zacząłem udawać, że czekam na kogoś kto ma podjechać autem. To miało wytłumaczyć moje nerwowe wypatrywanie na lewo i prawo. Aż wreszcie powiedziałem sobie:"durny Karolku, teraz!". I zrobiłem krok na ulicę i wjechał na mnie rowerzysta.
Nie jechał szybko. Lekko potrącił mnie kołem, tylko zabrudził spodnie. Student chyba, przepraszał mnie kilka razy. Byłem roztrzęsiony. Zawróciłem do domu.

W domu, w akwarium, leżała łapami do góry moja biała mysz o czerwonych oczach. Zdechła.
Żeby się uspokoić, chciałem włączyć internet i pooglądać coś zabawnego na You Tube, a tu komputer nie działa.

czwartek, 11 listopada 2010

POMNIK TEN WIDZĘ OGROMNIEJSZY

Pani Anna-Grażyna, w komentarzu poniżej, uzmysłowiła mi moją małość, brak wyobraźni, a nawet przyziemność. Ale szybko przestawiłem się na wyższe loty i od razu zostałem zainspirowany najwyższym na świecie pomnikiem Jezusa Chrystusa w Świebodzinie.
Tylko zawczasu muszę wyznać, że podoba się mi pomnik Chrystusa w Świebodzinie. Nie dlatego, że przedstawiający Chrystusa, ani, że piękny pod względem rzeźbiarskim (nazbyt przypomina pomnik w Rio de Janeiro), tylko dlatego, że jest największy na świecie. To fascynuje. I nie dziwię się, że mieszkańcy Świebodzina i okolic cieszą się z sąsiedztwa ogromnego Chrystusa. Też bym się cieszył. Pomnik przyciągnie turystów. Poza tym, choć sam pomnik, miejsce na którym stoi i wizje realizatorów nie mają głębokich powiązań z religią, przyciągnie też pielgrzymów. Zawsze znajdą się tacy, którzy uważają, że modlitwa pod "wielkim" Chrystusem przynosi większe zyski niż modlitwa pod krucyfiksem na ścianie pokoju.

Niewykluczone, że za dziesięć lat pomnik Chrystusa w Świebodzinie zostanie okrzyknięty cudownym, bo ktoś dozna pod nim uzdrowienia, albo, co zapewne stanie się jeszcze wcześniej, blisko tego pomnika ukaże się Matka Boska. Wówczas w pobliżu zbuduje się kościół, schroniska dla biednych pielgrzymów, hotele dla bogatych, bary, restauracje. Wytwórcy i sprzedawcy dewocjonalii będą tam mogli zarabiać równie dobrze jak na Jasnej Górze. Życzę tego okolicznym mieszkańcom, interes to interes.

Wracam do inspiracji z poduszczenia pani Anny-Grażyny. Otóż dlaczego moja mysz, jako przedstawicielka milionów myszy cierpiących w eksperymentach medycznych, miałaby być tylko wielkości żubra? Kurde, jaki małostkowy zrobiłem się na starość. Myślałem, że kiedy to będzie mysz jak żubr, to cho cho cho, wielkie nieba. Miałem siebie za kogoś w rodzaju śmiałego wizjonera, który ten pomnik myszy zobaczył ogromny.
Zmieniam plan. Chcę wybudować pomnik myszy jeszcze większy niż pomnik Chrystusa w Świebodzinie. Znajdę gdzieś niewielkie wzniesienie otoczone łąkami, nieużytkami, i tam!