Nie mogę o tym nie napisać. Dawno nic mnie tak nie rozbawiło, jak to.
Plantami wracałem z Kleparza. Na chwilę usiadłem na ocienionej ławce, żeby odpocząć, bo dźwigałem kilka kilogramów różnych warzyw. Po drugiej stronie alejki, kilkadziesiąt metrów w prawo ode mnie, dwóch robotników malowało ławki na zielono. Robili to na chybcika, byle jak, i po zamalowaniu osłaniali ławki dwoma biało-czerwonymi paskami, żeby ostrzec przed siadaniem na nich. Nie przyglądałem się robotnikom. Moje spojrzenie podążało za co bardziej ładnymi pośladkami i nogami przechodzących kobiet. Z powrotem zwróciłem uwagę na malarzy, gdy skończyli malować czwartą z rzędu ławkę, stojącą niemal naprzeciwko tej, na której siedziałem. Osłonili ją dwoma paskami, zabrali kubły z farbą i poszli sobie. Minutę po ich odejściu dwóch, tak na oko, osiemnastolatków, zdjęło z ławki ostrzegające paski i, nim zdążyłem zareagować, uciekli. Patrzyłem za tymi gówniarzami, gdy na ławce naprzeciwko usiadł około czterdziestoletni mężczyzna, w jasnych spodniach i koszulce polo. Aż mnie ciarki przeszły, gdy wczułem się w jego sytuację. Byłem pewien, że natychmiast się poderwie, przerażony i wściekły, że usiadł na świeżo pomalowanym. Ale on nie. Wygodnie się rozsiadł, oparł się, po czym wyjął telefon i zaczął spokojnie rozmawiać. Pomyślałem, że teraz już się nie odlepi od ławki. Ale znowu niespodzianka. Czterdziestolatek wstał i na jego ubraniu nie było choćby plamki zielonej farby. Kiedy odszedł, do ławki podeszli ci dwaj gówniarze. Musieli z dala obserwować ławkę i czterdziestolatka. Byli, podobnie jak ja, zdumieni, że farba nie odbiła się na ubraniu mężczyzny. Jeden z nich palcem dotknął ławki w miejscu, gdzie siedział czterdziestolatek, i stwierdził rozczarowany:
- Kurwa, sucha.
I obaj usiedli na tej ławce i, ledwie to zrobili, jeden z nich momentalnie krzyknął:
- Kurwa!
I jak poparzony zerwał się z ławki. Jego ubranie, z tyłu, poznaczone było zielonymi pasami.
Malarze pomalowali pół ławki. Albo zabrakło im farby, albo uznali, że druga połowa ławki jest w dobrym stanie i nie trzeba malować
Powiedziałem do chłopaka:
- Ładnie ci z zielonymi paskami na dupie i plecach.
- Kurewska ławka - odrzekł.
Piękne wydarzenie. Moja Marylka, gdyby żyła i siedziała wówczas obok mnie, śmiała by się z tego do nocy.
sobota, 21 sierpnia 2010
poniedziałek, 2 sierpnia 2010
TRZEBA SIĘ OŻYWIĆ
Miron z żoną i Maćkiem pojechali na jeziora mazurskie. Wyczarterowali na dwa tygodnie łódź żaglową. Tego im zazdroszczę. Kiedyś, w młodości, też pływałem łodzią po Mazurach. Tylko te komary... Minęło pół wieku, a ja nie zapomniałem o nich. Może teraz jest ich mniej?
Ilona Małkowska już tak często mnie nie odwiedza. Kilka tygodni temu zatkał się jej spływ wody pod wanną. Wezwała hydraulika i zakochała się w nim. Nie pytałem o szczegóły, ale, zdaje się, jest dwa razy młodszy od niej. Życzę Ilonce, żeby ta jej nowa miłość trwała jak najdłużej. Młode jest piękne, bez względu ma płeć.
Czasami zajrzy do mnie R.S. na partię szachów. Ostatnio zawziął się na pisanie, niedługo wyjdzie jego nowa powieść, następna we wrześniu. Wtedy pewnie przerzuci się na coś innego, picie, liczenie nietoperzy, może jazda na rolkach zamiast na rowerze, ruletka i poker w kasynie, wędkarstwo, albo coś zupełnie nowego przyjdzie mu do głowy.
Moi rówieśnicy pomarli albo umierają, albo już zrezygnowali z życia towarzyskiego.
Nigdy nie miałem problemów z tym, że jestem samotny. Zawsze byłem czymś zajęty i, w związku z tym, obracałem się pośród ludzi. Ostatnio z nikim nie spotykam się często i wyobraziłem sobie, że taki stan niespotykania się z nikim, trwa pół roku, rok, i przeraziło mnie to. W moim wieku łatwo popaść w samotność. Już się nie jest tak atrakcyjnym facetem jak dawniej. Wygląd, zainteresowania, pieniądze, to wszystko jest na linii opadającej. Może, jeśli napiszę powieść o Chrystusie, znowu zacznę się liczyć? To ważna motywacja do pisania. Szkoda, że sama motywacja nie wystarcza, żeby stworzyć coś dobrego, wartościowego.
Trzeba się ożywić. Zobaczę w internecie, jakie są nowe trendy w damskiej bieliźnie.
Ilona Małkowska już tak często mnie nie odwiedza. Kilka tygodni temu zatkał się jej spływ wody pod wanną. Wezwała hydraulika i zakochała się w nim. Nie pytałem o szczegóły, ale, zdaje się, jest dwa razy młodszy od niej. Życzę Ilonce, żeby ta jej nowa miłość trwała jak najdłużej. Młode jest piękne, bez względu ma płeć.
Czasami zajrzy do mnie R.S. na partię szachów. Ostatnio zawziął się na pisanie, niedługo wyjdzie jego nowa powieść, następna we wrześniu. Wtedy pewnie przerzuci się na coś innego, picie, liczenie nietoperzy, może jazda na rolkach zamiast na rowerze, ruletka i poker w kasynie, wędkarstwo, albo coś zupełnie nowego przyjdzie mu do głowy.
Moi rówieśnicy pomarli albo umierają, albo już zrezygnowali z życia towarzyskiego.
Nigdy nie miałem problemów z tym, że jestem samotny. Zawsze byłem czymś zajęty i, w związku z tym, obracałem się pośród ludzi. Ostatnio z nikim nie spotykam się często i wyobraziłem sobie, że taki stan niespotykania się z nikim, trwa pół roku, rok, i przeraziło mnie to. W moim wieku łatwo popaść w samotność. Już się nie jest tak atrakcyjnym facetem jak dawniej. Wygląd, zainteresowania, pieniądze, to wszystko jest na linii opadającej. Może, jeśli napiszę powieść o Chrystusie, znowu zacznę się liczyć? To ważna motywacja do pisania. Szkoda, że sama motywacja nie wystarcza, żeby stworzyć coś dobrego, wartościowego.
Trzeba się ożywić. Zobaczę w internecie, jakie są nowe trendy w damskiej bieliźnie.
niedziela, 25 lipca 2010
TERAPIA PAULINY P.
Znowu byłem u R.S., znajomego pisarza. Zaprosił mnie na kilka partii szachów. Gdy graliśmy, zapytał:
- Dalej pan myśli o książce o Chrystusie?
- Nie tylko myślę, ale i próbuję ją napisać.
- Jako, powiedzmy, doświadczony pisarz, dam panu radę. Niech pan w czasie pisania za dużo nie myśli, nie roztrząsa, czy bohater ma postąpić tak czy inaczej, tylko automatycznie zapisuje słowa, które podchodzą panu pod pióro czy na klawiaturę. Zastanawianie się w czasie pisania doprowadzi do tego, że będzie pan pisał książkę przez wiele lat albo nigdy jej nie ukończy, bo jest nieskończona ilość wyborów zachowań dla bohatera, nieskończona ilość sytuacji, w jakich się może znaleźć, nieskończona ilość ludzi z którymi może się spotkać... Pisać co przyjdzie do głowy, a dokładniej, to to, co pierwsze przyjdzie do głowy. Później, kiedy będzie pan poprawiał książkę, bo bez tego się nie obejdzie, zrobi pan zmiany jakie zechce.
Postaram się trzymać rady R.S. Bo rzeczywiście, więcej czasu niż samo pisanie zajmuje mi zastanawianie się, wybieranie, czy będzie lepiej tak czy tak.
Nie pisałbym dzisiaj o R.S., gdybym w czasie tej ostatniej wizyty nie zobaczył u niego książki, o której napisanie nigdy bym go nie podejrzewał. I to już jest drugie wydanie tej pozycji (pierwsze było w Wydawnictwie Literackim, teraz w wydawnictwie Skrzat). To tzw. babska literatura. Trzy kobiety i jeden facet. Ale nie ma tam żadnych seksualnych "trójkątów", czy w tej sytuacji "czworokątów", choć erotyki też nie brakuje. Małżeństwo i dwie przyjaciółki żony. Żona jest "autorką" książki-dziennika i, zdumiewające, jak R.S. potrafił wcielić się w kobietę. Nigdy nie podejrzewałem go o tak dobrą znajomość kobiet i ich osobistych problemów. Czyta się to tak, jak reportaż z życia współczesnej kobiety (właściwie trzech kobiet), która jest żoną pisarza. Wysmakowany humor, wciągająca akcja, tak, że mnie, wrogowi tych wszystkich "babskich" opowieści, czytało się tę książkę jak sensacyjną.
Zaskoczyło mnie poczucie humoru R.S., bo on wygląda i zachowuje się jak ktoś, kto śmieje się dopiero wtedy, kiedy ktoś wpadnie do studni.
W pierwszej chwili, przeglądając TERAPIĘ PAULINY P. (taki ma tytuł"), źle sobie pomyślałem o Ryszardzie Sadaju (pozwolił mi wymienić swoje nazwisko w tym blogu). Miałem go za "poważnego" autora historycznych, galicyjskich powieści i współczesnych powieści, z których jedna ("Ławka pod kasztanem") wygrała w 2000 r. zorganizowany przez wydawnictwo Znak konkurs na najlepszą powieść, a kolejna została uznana za "krakowską książkę miesiąca". A tu nagle jak Grochola zachciało mu się pisać, tak myślałem.
Nie miałem racji, źle o nim myśląc. Napisał książkę, jaką i ja chciałbym napisać. Prawdziwa, dowcipna i nawet romantyczna. Teraz nie dziwią mnie pochwały internautów na ostatniej stronie okładki. Może zmienię też zdanie co do "babskich" powieści, chociaż akurat ta, co jest ciekawostką, została napisana przez faceta. Może dlatego jest taka dobra i wciągająca.
- Dalej pan myśli o książce o Chrystusie?
- Nie tylko myślę, ale i próbuję ją napisać.
- Jako, powiedzmy, doświadczony pisarz, dam panu radę. Niech pan w czasie pisania za dużo nie myśli, nie roztrząsa, czy bohater ma postąpić tak czy inaczej, tylko automatycznie zapisuje słowa, które podchodzą panu pod pióro czy na klawiaturę. Zastanawianie się w czasie pisania doprowadzi do tego, że będzie pan pisał książkę przez wiele lat albo nigdy jej nie ukończy, bo jest nieskończona ilość wyborów zachowań dla bohatera, nieskończona ilość sytuacji, w jakich się może znaleźć, nieskończona ilość ludzi z którymi może się spotkać... Pisać co przyjdzie do głowy, a dokładniej, to to, co pierwsze przyjdzie do głowy. Później, kiedy będzie pan poprawiał książkę, bo bez tego się nie obejdzie, zrobi pan zmiany jakie zechce.
Postaram się trzymać rady R.S. Bo rzeczywiście, więcej czasu niż samo pisanie zajmuje mi zastanawianie się, wybieranie, czy będzie lepiej tak czy tak.
Nie pisałbym dzisiaj o R.S., gdybym w czasie tej ostatniej wizyty nie zobaczył u niego książki, o której napisanie nigdy bym go nie podejrzewał. I to już jest drugie wydanie tej pozycji (pierwsze było w Wydawnictwie Literackim, teraz w wydawnictwie Skrzat). To tzw. babska literatura. Trzy kobiety i jeden facet. Ale nie ma tam żadnych seksualnych "trójkątów", czy w tej sytuacji "czworokątów", choć erotyki też nie brakuje. Małżeństwo i dwie przyjaciółki żony. Żona jest "autorką" książki-dziennika i, zdumiewające, jak R.S. potrafił wcielić się w kobietę. Nigdy nie podejrzewałem go o tak dobrą znajomość kobiet i ich osobistych problemów. Czyta się to tak, jak reportaż z życia współczesnej kobiety (właściwie trzech kobiet), która jest żoną pisarza. Wysmakowany humor, wciągająca akcja, tak, że mnie, wrogowi tych wszystkich "babskich" opowieści, czytało się tę książkę jak sensacyjną.
Zaskoczyło mnie poczucie humoru R.S., bo on wygląda i zachowuje się jak ktoś, kto śmieje się dopiero wtedy, kiedy ktoś wpadnie do studni.
W pierwszej chwili, przeglądając TERAPIĘ PAULINY P. (taki ma tytuł"), źle sobie pomyślałem o Ryszardzie Sadaju (pozwolił mi wymienić swoje nazwisko w tym blogu). Miałem go za "poważnego" autora historycznych, galicyjskich powieści i współczesnych powieści, z których jedna ("Ławka pod kasztanem") wygrała w 2000 r. zorganizowany przez wydawnictwo Znak konkurs na najlepszą powieść, a kolejna została uznana za "krakowską książkę miesiąca". A tu nagle jak Grochola zachciało mu się pisać, tak myślałem.
Nie miałem racji, źle o nim myśląc. Napisał książkę, jaką i ja chciałbym napisać. Prawdziwa, dowcipna i nawet romantyczna. Teraz nie dziwią mnie pochwały internautów na ostatniej stronie okładki. Może zmienię też zdanie co do "babskich" powieści, chociaż akurat ta, co jest ciekawostką, została napisana przez faceta. Może dlatego jest taka dobra i wciągająca.
poniedziałek, 19 lipca 2010
R.S. POCIESZA MNIE.
Od śmierci Marylki zmieniłem się. Sam to zauważam i zauważają inni. Postarzałem się, nic mi się nie chce i właściwie niczego już nie oczekuję od życia. Myślałem, że pomysł, aby napisać książkę, przyda mi werwy, wyrwie mnie z odrętwienia, nada jakiś cel końcówce mojego życia. Ale, zdaje się, zrealizowanie tego pomysłu jest ponad miarę moich możliwości.
Odwiedziłem R.S., mojego znajomego pisarza. On powiedział:
- W pana wieku pisze się raczej wspomnienia. Nad pierwszą powieścią zazwyczaj pracuje się kilka lat i jest to, wbrew temu co niektórzy myślą, bardzo męczące zajęcie. Ale w twórczości nie ma żadnych żelaznych reguł, można zadebiutować mając osiemnaście lat i osiemdziesiąt.
- Czyli co, mam przestać myśleć o pisaniu powieści?
- Ależ skąd, panie Karolu. Za panem przemawia, że wybrał pan Chrystusa za bohatera swojej powieści. To zaskakujące. Nie słyszałem, żeby ostatnio ktoś napisał o Chrystusie. I to jeszcze o Chrystusie w czasach nam współczesnych. Już sam ten pomysł jest intrygujący. I skoro taki pomysł przyszedł panu do głowy to, kto wie, może nie na darmo. Niech pan pisze.
Więc piszę. Ale wciąż nie wyszedłem poza kilka zdań, które mi zostały z kilkunastu zapisanych stron.
Odwiedziłem R.S., mojego znajomego pisarza. On powiedział:
- W pana wieku pisze się raczej wspomnienia. Nad pierwszą powieścią zazwyczaj pracuje się kilka lat i jest to, wbrew temu co niektórzy myślą, bardzo męczące zajęcie. Ale w twórczości nie ma żadnych żelaznych reguł, można zadebiutować mając osiemnaście lat i osiemdziesiąt.
- Czyli co, mam przestać myśleć o pisaniu powieści?
- Ależ skąd, panie Karolu. Za panem przemawia, że wybrał pan Chrystusa za bohatera swojej powieści. To zaskakujące. Nie słyszałem, żeby ostatnio ktoś napisał o Chrystusie. I to jeszcze o Chrystusie w czasach nam współczesnych. Już sam ten pomysł jest intrygujący. I skoro taki pomysł przyszedł panu do głowy to, kto wie, może nie na darmo. Niech pan pisze.
Więc piszę. Ale wciąż nie wyszedłem poza kilka zdań, które mi zostały z kilkunastu zapisanych stron.
wtorek, 6 lipca 2010
DWA NIEDOSZŁE ROZWODY
Siedziałem na ławce na cmentarzu salwatorskim obok ściany, gdzie jest wmurowana urna z prochami Marylki. Przypomniało się mi, że Marylka dwa razy chciała się ze mną rozwodzić, bo dochodziła do wniosku, że nie kocham jej tak na zabój jak ona mnie.
Zbliżał się dzień pierwszego procesu rozwodowego, za ugodą, bez podziału majątku, dzieci dorosłe. Adwokaci powiedzieli, że proces potrwa godzinę i ja i Marylka będziemy stanu wolnego, czyli rozwiedzionymi. Wiadomo, sytuacja napięta, bo tego rodzaju sprawy w sądzie nigdy nie należą do przyjemnych. Tym bardziej, że ja wcale nie chciałem rozwodu, tylko Marylka. Ale uznałem, że skoro jej na tym zależy, nie będę przeciwko. Chociaż byłem.
W te dni przed wizytą w sądzie byliśmy wobec siebie grzeczni i dobrzy jak mało kiedy. Nie będzie przesady, jeśli napiszę, że jedno dla drugiego w ogień by wskoczyło. Tylko że z tej grzeczności i dobroci zrobiło się tak, że na dzień przed rozprawą rozwodową poszliśmy do łóżka i było przyjemnie jak..., no, jak zawsze. Nasi adwokaci przy każdej okazji przypominali nam, abyśmy nie ulegli tego rodzaju słabości, bo sąd uzna, że małżeństwo nie uległo rozpadowi.
Jeszcze przed wyjściem z łóżka zaproponowałem Marylce:
- To może jednak nie rozwiedziemy się.
- Nie - zdecydowanie rzekła Marylka. - Przez jedną chwilą słabości nie będziemy zmieniać naszych planów. Tylko nie zdradź w sądzie, że to zrobiliśmy.
Już nie chciałem mówić, że to nie był nasz plan, tylko jej.
Poszliśmy do Sądu. Sędzina, ostrzegając mnie wcześniej, że za mówienie nieprawdy grozi mi... (już nie pamiętam co), zapytała:
- Czy w ostatnim czasie doszło pomiędzy panem a żoną do zbliżenia seksualnego?
Minutę milczałem, bijąc się z myślą: kłamać, czy jednak mówić prawdę?
Wreszcie rzekłem: tak.
Mój adwokat pociągnął mnie za rękę tak mocno, że mało nie wyrwał z ramienia, aż krzyknąłem do niego: "Niech mnie pan przynajmniej w sądzie nie molestuje!". Bo muszę przyznać, że mój adwokat jakoś nie polubił Marylki. Uważał, że ona manipuluje moim życiem i moimi uczuciami. Był zdecydowanie za tym, żeby sprawa zakończyła się rozwodem. Poza tym był to miły facet.
Sędzina po moim okrzyku zapytała:
- Czy mecenas X molestuje pana poza budynkiem sądowym?
- Nie, skądże - odrzekłem.
- To proszę nie rzucać nieprawdziwych oskarżeń - napomniała mnie.
- Przepraszam, Wysoki Sądzie, wyrwało mi się takie nieprawdziwe stwierdzenie.
Sędzina jeszcze raz zapytała:
- Czy w ostatnim czasie pomiędzy panem a żoną doszło do zbliżenia seksualnego?
- Tak - powtórzyłem, bo już nie mogłem inaczej.
- Kiedy to było? - dociekała.
- Stosunkowo dawno.
- Proszę dokładniej określić czas.
- Wczoraj.
- Wczoraj? - zaskoczyło sędzinę. Przecież to całkiem niedawno.
- Ale to było jeszcze przed południem - tłumaczyłem.
Sędzina nie wzięła pod uwagę tej różnicy w czasie.
Z rozwodu nici. Musieliśmy zapłacić adwokatom i koszta procesu rozwodowego.
Po kilku latach Marylka znowu naparła na mnie, że jest niedobrą żoną, że zasługuję na lepszą kobietę niż ona, bo przysparza mi tylko zgryzot i tak dalej, że powinienem w życiu zaznać więcej szczęścia niż dotąd.
Wcale tak nie uważałem, a co do szczęścia, to właśnie życie bez Marylki byłoby dla mniej największym nieszczęściem. Lecz kochałem Marylkę i myślałem, że skoro tak bardzo nie chce żyć ze mną, widocznie nie odpowiadam jej jako mąż i muszę się z tym pogodzić.
Żeby znowu nie stało się tak, jak przedtem, dwa miesiące przed procesem rozwodowym Marylka wyjechała do kuzynki w Zakopanem.
Proces. Znowu bez orzekania o winie i bez podziału majątku. Żeby mi było łatwiej kłamać (no bo jednak dwa razy pojechałem do Zakopanego), przed pójściem do sądu wypiłem kilka kieliszków wódki.
Sędzina zadała sakramentalne pytanie:
- Czy w ostatnim czasie pomiędzy panem a żoną doszło do zbliżenia seksualnego?
- Nigdy do czegoś takiego nie doszło - odpowiedziałem. - Moje małżeństwo nie zostało skonsumowane.
Tym razem to nie ja milczałem minutę, tylko Wysoki Sąd zaniemówił na dłuższą chwilę, nim wreszcie sędzina rzekła:
- Przecież państwo macie dwójkę dzieci.
- Mamy, lecz jakim sposobem, nie mam pojęcia.
Wtedy Marylka nie wytrzymała i krzyknęła:
- To są moje i Karola dzieci! Kocham go!
Znowu musieliśmy zapłacić adwokatom i pokryć koszta procesu. Już więcej nie rozwodziliśmy się. Kochana Marylka.
Zbliżał się dzień pierwszego procesu rozwodowego, za ugodą, bez podziału majątku, dzieci dorosłe. Adwokaci powiedzieli, że proces potrwa godzinę i ja i Marylka będziemy stanu wolnego, czyli rozwiedzionymi. Wiadomo, sytuacja napięta, bo tego rodzaju sprawy w sądzie nigdy nie należą do przyjemnych. Tym bardziej, że ja wcale nie chciałem rozwodu, tylko Marylka. Ale uznałem, że skoro jej na tym zależy, nie będę przeciwko. Chociaż byłem.
W te dni przed wizytą w sądzie byliśmy wobec siebie grzeczni i dobrzy jak mało kiedy. Nie będzie przesady, jeśli napiszę, że jedno dla drugiego w ogień by wskoczyło. Tylko że z tej grzeczności i dobroci zrobiło się tak, że na dzień przed rozprawą rozwodową poszliśmy do łóżka i było przyjemnie jak..., no, jak zawsze. Nasi adwokaci przy każdej okazji przypominali nam, abyśmy nie ulegli tego rodzaju słabości, bo sąd uzna, że małżeństwo nie uległo rozpadowi.
Jeszcze przed wyjściem z łóżka zaproponowałem Marylce:
- To może jednak nie rozwiedziemy się.
- Nie - zdecydowanie rzekła Marylka. - Przez jedną chwilą słabości nie będziemy zmieniać naszych planów. Tylko nie zdradź w sądzie, że to zrobiliśmy.
Już nie chciałem mówić, że to nie był nasz plan, tylko jej.
Poszliśmy do Sądu. Sędzina, ostrzegając mnie wcześniej, że za mówienie nieprawdy grozi mi... (już nie pamiętam co), zapytała:
- Czy w ostatnim czasie doszło pomiędzy panem a żoną do zbliżenia seksualnego?
Minutę milczałem, bijąc się z myślą: kłamać, czy jednak mówić prawdę?
Wreszcie rzekłem: tak.
Mój adwokat pociągnął mnie za rękę tak mocno, że mało nie wyrwał z ramienia, aż krzyknąłem do niego: "Niech mnie pan przynajmniej w sądzie nie molestuje!". Bo muszę przyznać, że mój adwokat jakoś nie polubił Marylki. Uważał, że ona manipuluje moim życiem i moimi uczuciami. Był zdecydowanie za tym, żeby sprawa zakończyła się rozwodem. Poza tym był to miły facet.
Sędzina po moim okrzyku zapytała:
- Czy mecenas X molestuje pana poza budynkiem sądowym?
- Nie, skądże - odrzekłem.
- To proszę nie rzucać nieprawdziwych oskarżeń - napomniała mnie.
- Przepraszam, Wysoki Sądzie, wyrwało mi się takie nieprawdziwe stwierdzenie.
Sędzina jeszcze raz zapytała:
- Czy w ostatnim czasie pomiędzy panem a żoną doszło do zbliżenia seksualnego?
- Tak - powtórzyłem, bo już nie mogłem inaczej.
- Kiedy to było? - dociekała.
- Stosunkowo dawno.
- Proszę dokładniej określić czas.
- Wczoraj.
- Wczoraj? - zaskoczyło sędzinę. Przecież to całkiem niedawno.
- Ale to było jeszcze przed południem - tłumaczyłem.
Sędzina nie wzięła pod uwagę tej różnicy w czasie.
Z rozwodu nici. Musieliśmy zapłacić adwokatom i koszta procesu rozwodowego.
Po kilku latach Marylka znowu naparła na mnie, że jest niedobrą żoną, że zasługuję na lepszą kobietę niż ona, bo przysparza mi tylko zgryzot i tak dalej, że powinienem w życiu zaznać więcej szczęścia niż dotąd.
Wcale tak nie uważałem, a co do szczęścia, to właśnie życie bez Marylki byłoby dla mniej największym nieszczęściem. Lecz kochałem Marylkę i myślałem, że skoro tak bardzo nie chce żyć ze mną, widocznie nie odpowiadam jej jako mąż i muszę się z tym pogodzić.
Żeby znowu nie stało się tak, jak przedtem, dwa miesiące przed procesem rozwodowym Marylka wyjechała do kuzynki w Zakopanem.
Proces. Znowu bez orzekania o winie i bez podziału majątku. Żeby mi było łatwiej kłamać (no bo jednak dwa razy pojechałem do Zakopanego), przed pójściem do sądu wypiłem kilka kieliszków wódki.
Sędzina zadała sakramentalne pytanie:
- Czy w ostatnim czasie pomiędzy panem a żoną doszło do zbliżenia seksualnego?
- Nigdy do czegoś takiego nie doszło - odpowiedziałem. - Moje małżeństwo nie zostało skonsumowane.
Tym razem to nie ja milczałem minutę, tylko Wysoki Sąd zaniemówił na dłuższą chwilę, nim wreszcie sędzina rzekła:
- Przecież państwo macie dwójkę dzieci.
- Mamy, lecz jakim sposobem, nie mam pojęcia.
Wtedy Marylka nie wytrzymała i krzyknęła:
- To są moje i Karola dzieci! Kocham go!
Znowu musieliśmy zapłacić adwokatom i pokryć koszta procesu. Już więcej nie rozwodziliśmy się. Kochana Marylka.
piątek, 2 lipca 2010
CHRYSTUS - BAT NA KLER
Siedzę po kilka godzin nad zeszytem i męczę się z "moim" Chrystusem. Nie może być, że powodowany tylko ciekawością pojawił się na tym świecie. Wprawdzie to nie ma być "poważna" powieść, lecz pewien rodzaj zabawy, to mimo wszystko Chrystus powinien mieć jakąś misję do spełnienia. Ale nie, żeby zwykłym ludziom ukazywać ich grzechy, przywary, czy napominać ich aby mądrzej i roztropniej żyli. Przeciętny zjadacz chleba zawsze będzie miał jakieś grzechy na sumieniu. Chrystus doskonale o tym wie.
Zastanawiam się, czy nie zrobić tak, aby celem pobytu Chrystusa w Krakowie było "zdyscyplinowanie" sług kościoła, proboszczów, kapłanów, zakonników, sióstr zakonnych, bo Bóg wymaga od nich chyba więcej niż od zwykłych śmiertelników. Słudzy Pana, namaszczeni różnymi funkcjami, zamiast dawać przykład jak godziwie żyć, w ukryciu grzeszą na potęgę. Pedofilia, nieślubne dzieci, uwielbienie wygodnego życia, uważanie (mimo to!) siebie za lepszych od innych, alkohol, hazard, finansowe przekręty. Tylko niech ktoś nie myśli, w związku z powyższym, że jestem wrogiem Kościoła.
Zachowanie się księży powoduje coraz mniejsze uczestnictwo katolików w mszach, coraz mniej powołań do zakonów, malejąca liczba seminarzystów, a przecież prawdziwych katolików, wierzących w Jezusa Chrystusa, wcale nie ubywa. Oni tylko nie chcą mieć do czynienia z takimi sługami Kościoła. Już samo pójście do Kościoła stanowi teraz problem, bo człowiek nie jest pewien, czy w konfesjonale nie siedzi większy grzesznik od spowiadającego się. To nie jest wygodna i sprzyjająca sytuacja do otwarcia się przed Bogiem. Ja to robię tak, jak to czynią protestanci. Spowiadam się bezpośrednio przed Bogiem. Nie mam z tego powodu niespokojnego sumienia, raczej większy komfort spowiedzi.
Ale, wracając do mojego Chrystusa, to coraz bardziej się przekonuję (przynajmniej w tej chwili), że On, jako pewien rodzaj bata na kler (nie wiem jeszcze, jakby to technicznie i etycznie wyglądało) to dobry pomysł i alibi dla nieoczekiwanego zjawienia się Chrystusa. Jest tylko problem, że nie bardzo się orientuję, co na naprawdę dzieje się za murami kościołów, klasztorów, seminariów, a nie chciałbym popaść w przesadną groteskę, żeby z kolei nie urazić uczciwych księży.
Pragnąłbym poznać kogoś, kto mógłby mi opowiedzieć o "świętych" grzesznikach w kościele. Tylko kto się na to odważy? Gwarantuję, że nie będzie to wulgarna powieść, tylko taka bardziej prześmiewcza, bo w gruncie rzeczy i "mój" Chrystus do końca nie wiadomo, czy jest (będzie) prawdziwym Jezusem Chrystusem?
Zastanawiam się, czy nie zrobić tak, aby celem pobytu Chrystusa w Krakowie było "zdyscyplinowanie" sług kościoła, proboszczów, kapłanów, zakonników, sióstr zakonnych, bo Bóg wymaga od nich chyba więcej niż od zwykłych śmiertelników. Słudzy Pana, namaszczeni różnymi funkcjami, zamiast dawać przykład jak godziwie żyć, w ukryciu grzeszą na potęgę. Pedofilia, nieślubne dzieci, uwielbienie wygodnego życia, uważanie (mimo to!) siebie za lepszych od innych, alkohol, hazard, finansowe przekręty. Tylko niech ktoś nie myśli, w związku z powyższym, że jestem wrogiem Kościoła.
Zachowanie się księży powoduje coraz mniejsze uczestnictwo katolików w mszach, coraz mniej powołań do zakonów, malejąca liczba seminarzystów, a przecież prawdziwych katolików, wierzących w Jezusa Chrystusa, wcale nie ubywa. Oni tylko nie chcą mieć do czynienia z takimi sługami Kościoła. Już samo pójście do Kościoła stanowi teraz problem, bo człowiek nie jest pewien, czy w konfesjonale nie siedzi większy grzesznik od spowiadającego się. To nie jest wygodna i sprzyjająca sytuacja do otwarcia się przed Bogiem. Ja to robię tak, jak to czynią protestanci. Spowiadam się bezpośrednio przed Bogiem. Nie mam z tego powodu niespokojnego sumienia, raczej większy komfort spowiedzi.
Ale, wracając do mojego Chrystusa, to coraz bardziej się przekonuję (przynajmniej w tej chwili), że On, jako pewien rodzaj bata na kler (nie wiem jeszcze, jakby to technicznie i etycznie wyglądało) to dobry pomysł i alibi dla nieoczekiwanego zjawienia się Chrystusa. Jest tylko problem, że nie bardzo się orientuję, co na naprawdę dzieje się za murami kościołów, klasztorów, seminariów, a nie chciałbym popaść w przesadną groteskę, żeby z kolei nie urazić uczciwych księży.
Pragnąłbym poznać kogoś, kto mógłby mi opowiedzieć o "świętych" grzesznikach w kościele. Tylko kto się na to odważy? Gwarantuję, że nie będzie to wulgarna powieść, tylko taka bardziej prześmiewcza, bo w gruncie rzeczy i "mój" Chrystus do końca nie wiadomo, czy jest (będzie) prawdziwym Jezusem Chrystusem?
czwartek, 24 czerwca 2010
INNE OBLICZE
Zrobiłem porządek na biurku. Usunąłem z niego wszystkie szpargały, jakieś karteczki z niepotrzebnymi zapiskami i telefonami, stare nożyczki, klej, śrubokręt, zepsuty budzik i zegarek bez baterii, przeczytane książki, kalendarze z poprzednich lat... Zebrał się tego cały kosz. Następnie umeblowałem biurko w lampkę nocną, czterystostronicowy zeszyt, pióro, czarny atrament i Pismo Święte małego formatu.
Postanowiłem wreszcie zabrać się na poważnie do pisania książki o Jezusie Chrystusie, który niespodziewanie pojawił się w Krakowie. Jeszcze nikt nie wie, że to jest Chrystus, sam przyszły autor-narrator ma co do tego wątpliwości.
Dlaczego książka o Chrystusie? Sam nie wiem. Ale znam tę postać. Pismo Święte to moja ulubiona lektura od lat, nigdy mi się znudziło czytanie jej. Czytelnicy mojego blogu są tym pewnie zaskoczeni, bo życie emeryta polskiego jakoś nie dostarczało dowodu, że jestem wiernym i stałym czytelnikiem Starego i Nowego Testamentu. Tym bardziej, że moje postępowanie i przemyślenia nie miało nic wspólnego, że się tak górnolotnie wyrażę, ze świętością. Nawet nie jestem dobrym katolikiem, którym stałem się gdzieś w pięćdziesiątym roku życia. Do kościoła na mszę częściej nie chodzę niż chodzę. Ale gdy jestem na mszy zawsze przystępuję do komunii, wcześniej spowiadam się tylko Bogu. Ostatnio codziennie oddaję się pod opiekę mojego Anioła Stróża, nie zaszkodzi. Wiem, że mojego Stróża muszę ogromnie denerwować swoim postępowaniem. Ale też zdaję sobie sprawę, że Bóg nie stworzył mnie na świętego czy męczennika i trzeba się z tym pogodzić.
Długo trwało nim uwierzyłem w historyczność Jezusa i Jego boskie pochodzenie, czyli w to, że był jednocześnie człowiekiem i Bogiem. Jego życie było tak niesamowicie niewiarygodne, że nikt nie potrafiłby i nie odważyłby się tego opisać, żeby nie wyjść na idiotę lub grafomana. Ewangelie to są opowieści nie z tego świata. Nie da się ich podrobić, nawet nie da się podrobić ich stylu, narracji (wielu daremnie próbowało). A mimo to są tak napisane, z jakąś wewnętrzną wiarą i przekonaniem, że można czytać je jak reportaż. Poza tym zafrapowała mnie mądrość Chrystusa i Jego poczucie humoru, poza tym to, że nie odwołuje się ciągle do Boga Ojca jako ostatecznej wyroczni, chociaż oczywiści także to czyni, trudno, żeby inaczej.
Tacy ludzie, jeśli nie są Bogami, nie istnieją na świecie. Jest tylko jeden. Nie pisałem na blogu o mojej fascynacji Chrystusem, bo to, co głęboko w duszy, zostawiam dla samego siebie. "Studiuję" Chrystusa, lecz nie na takiej zasadzie, jak to czynią niektórzy księża, którzy lubują się w czytaniu książek o Jezusie Chrystusie, rozmyślaniu o nim, stawianiu go za przykład innym, zapominając, że Chrystus ukazał się nie po to, aby studiować Jego życie i nauki jak jakiegoś wielkiego myśliciela, ale aby w miarę możliwości naśladować Jego życie. Piszą o nim książki, traktaty, cytują Jego słowa w kazaniach, nauczają w Jego imieniu, a sami zachowują się jak... tu mi niestety przychodzą na myśl brzydkie słowa.
Porywać się z motyką na słońce? Pewnie to się do mnie odnosi. Mimo wszystko spróbuję.
Mój Chrystus, w przeciwieństwie do Chrystusa z Palestyny, gdzie przeżył dzieciństwo, terminował u ojca jako prawdopodobnie cieśla, uczęszczał do synagogi, nie zna współczesnego świata, nie wszystko rozumie co się na nim dzieje, a do zrozumienia nie chce angażować swej boskiej wiedzy. Minęło dwa tysiące lat, odkąd tutaj był, wiele rzeczy jest mu całkowicie nieznanych. Jestem ciekaw Jego reakcji jako człowieka i reakcji ludzi na jego nauki i zachowanie. Nie mam żadnego opracowanego z góry klucza, jak to wszystko będzie wyglądać, nastawiam sie raczej na "żywioł", intuicje, znajomość ludzi i samego siebie.
Najwyżej (to mi teraz wpadło do głowy) pójdę do znajomego pisarza R.S., zdradzę mu mój projekt i zasięgną porady (której, jak go znam, na pewno mi nie udzieli). W każdym razie na pewno mnie nie wyśmieje i nie odstręczy od pisania. Może tylko przerazi go mój zamysł.
Nabrałem atramentu do pióra. Wypiłem kilka herbat, kaw. Zapisałem i skreśliłem
kilkanaście zdań. Nabazgrałem kilka nic nie znaczących rysunków. Minęło sześć godzin i nic. Cierpliwości, mówię sobie. Trzeba czekać aż się duża otworzy, jeśli otworzy.
Postanowiłem wreszcie zabrać się na poważnie do pisania książki o Jezusie Chrystusie, który niespodziewanie pojawił się w Krakowie. Jeszcze nikt nie wie, że to jest Chrystus, sam przyszły autor-narrator ma co do tego wątpliwości.
Dlaczego książka o Chrystusie? Sam nie wiem. Ale znam tę postać. Pismo Święte to moja ulubiona lektura od lat, nigdy mi się znudziło czytanie jej. Czytelnicy mojego blogu są tym pewnie zaskoczeni, bo życie emeryta polskiego jakoś nie dostarczało dowodu, że jestem wiernym i stałym czytelnikiem Starego i Nowego Testamentu. Tym bardziej, że moje postępowanie i przemyślenia nie miało nic wspólnego, że się tak górnolotnie wyrażę, ze świętością. Nawet nie jestem dobrym katolikiem, którym stałem się gdzieś w pięćdziesiątym roku życia. Do kościoła na mszę częściej nie chodzę niż chodzę. Ale gdy jestem na mszy zawsze przystępuję do komunii, wcześniej spowiadam się tylko Bogu. Ostatnio codziennie oddaję się pod opiekę mojego Anioła Stróża, nie zaszkodzi. Wiem, że mojego Stróża muszę ogromnie denerwować swoim postępowaniem. Ale też zdaję sobie sprawę, że Bóg nie stworzył mnie na świętego czy męczennika i trzeba się z tym pogodzić.
Długo trwało nim uwierzyłem w historyczność Jezusa i Jego boskie pochodzenie, czyli w to, że był jednocześnie człowiekiem i Bogiem. Jego życie było tak niesamowicie niewiarygodne, że nikt nie potrafiłby i nie odważyłby się tego opisać, żeby nie wyjść na idiotę lub grafomana. Ewangelie to są opowieści nie z tego świata. Nie da się ich podrobić, nawet nie da się podrobić ich stylu, narracji (wielu daremnie próbowało). A mimo to są tak napisane, z jakąś wewnętrzną wiarą i przekonaniem, że można czytać je jak reportaż. Poza tym zafrapowała mnie mądrość Chrystusa i Jego poczucie humoru, poza tym to, że nie odwołuje się ciągle do Boga Ojca jako ostatecznej wyroczni, chociaż oczywiści także to czyni, trudno, żeby inaczej.
Tacy ludzie, jeśli nie są Bogami, nie istnieją na świecie. Jest tylko jeden. Nie pisałem na blogu o mojej fascynacji Chrystusem, bo to, co głęboko w duszy, zostawiam dla samego siebie. "Studiuję" Chrystusa, lecz nie na takiej zasadzie, jak to czynią niektórzy księża, którzy lubują się w czytaniu książek o Jezusie Chrystusie, rozmyślaniu o nim, stawianiu go za przykład innym, zapominając, że Chrystus ukazał się nie po to, aby studiować Jego życie i nauki jak jakiegoś wielkiego myśliciela, ale aby w miarę możliwości naśladować Jego życie. Piszą o nim książki, traktaty, cytują Jego słowa w kazaniach, nauczają w Jego imieniu, a sami zachowują się jak... tu mi niestety przychodzą na myśl brzydkie słowa.
Porywać się z motyką na słońce? Pewnie to się do mnie odnosi. Mimo wszystko spróbuję.
Mój Chrystus, w przeciwieństwie do Chrystusa z Palestyny, gdzie przeżył dzieciństwo, terminował u ojca jako prawdopodobnie cieśla, uczęszczał do synagogi, nie zna współczesnego świata, nie wszystko rozumie co się na nim dzieje, a do zrozumienia nie chce angażować swej boskiej wiedzy. Minęło dwa tysiące lat, odkąd tutaj był, wiele rzeczy jest mu całkowicie nieznanych. Jestem ciekaw Jego reakcji jako człowieka i reakcji ludzi na jego nauki i zachowanie. Nie mam żadnego opracowanego z góry klucza, jak to wszystko będzie wyglądać, nastawiam sie raczej na "żywioł", intuicje, znajomość ludzi i samego siebie.
Najwyżej (to mi teraz wpadło do głowy) pójdę do znajomego pisarza R.S., zdradzę mu mój projekt i zasięgną porady (której, jak go znam, na pewno mi nie udzieli). W każdym razie na pewno mnie nie wyśmieje i nie odstręczy od pisania. Może tylko przerazi go mój zamysł.
Nabrałem atramentu do pióra. Wypiłem kilka herbat, kaw. Zapisałem i skreśliłem
kilkanaście zdań. Nabazgrałem kilka nic nie znaczących rysunków. Minęło sześć godzin i nic. Cierpliwości, mówię sobie. Trzeba czekać aż się duża otworzy, jeśli otworzy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)