poniedziałek, 15 listopada 2010

TRZEBA BYĆ MAKSYMALNIE UWAŻNYM

Zadzwoniłem do Maćka (mojego piętnastoletniego, nieślubnego wnuka, jeśli ktoś nie pamięta), żeby przyszedł i naprawił komputer, bo nie działa. Nie dało się go nawet uruchomić.
Okazało się, że komputer jest sprawny. Wtyczka była wyjęta z gniazdka. Nie pamiętam, abym ją wyjmował. Cóż, takie rzeczy będą mi się coraz częściej przytrafiać. Na starość trzeba być maksymalnie uważny. Odkąd jakiś czas temu wpadłem na rowerze pod auto (złamana ręka i potrzaskane żebra), miewam dni, że panicznie boję się przechodzić przez ulicę. Nie ma różnicy, czy to na pasach dla pieszych, czy poza nimi, czy to na światłach, czy bez. Boję się i już. Patrzę w lewo, patrzę w prawo, znowu w lewo, żadne auto nie jest blisko, ale wyobraźnia podpowiada mi, że zza zakrętu wyjeżdża przestępca uciekający przed policją...

Wspominam o ulicy i autach, bo akurat dzisiaj miałem momenty strachu przed przejściem na drugą stronę ulicy. Nie mogłem zejść z chodnika, jakaś psychiczna moc nie dała mi postąpić kroku do przodu. Ludzie szli tam, i stamtąd, a ja stałem przy krawężniku jak kretyn. Zdawałem sobie sprawę, że stoję jak kretyn, więc dla zmyłki zacząłem udawać, że czekam na kogoś kto ma podjechać autem. To miało wytłumaczyć moje nerwowe wypatrywanie na lewo i prawo. Aż wreszcie powiedziałem sobie:"durny Karolku, teraz!". I zrobiłem krok na ulicę i wjechał na mnie rowerzysta.
Nie jechał szybko. Lekko potrącił mnie kołem, tylko zabrudził spodnie. Student chyba, przepraszał mnie kilka razy. Byłem roztrzęsiony. Zawróciłem do domu.

W domu, w akwarium, leżała łapami do góry moja biała mysz o czerwonych oczach. Zdechła.
Żeby się uspokoić, chciałem włączyć internet i pooglądać coś zabawnego na You Tube, a tu komputer nie działa.

czwartek, 11 listopada 2010

POMNIK TEN WIDZĘ OGROMNIEJSZY

Pani Anna-Grażyna, w komentarzu poniżej, uzmysłowiła mi moją małość, brak wyobraźni, a nawet przyziemność. Ale szybko przestawiłem się na wyższe loty i od razu zostałem zainspirowany najwyższym na świecie pomnikiem Jezusa Chrystusa w Świebodzinie.
Tylko zawczasu muszę wyznać, że podoba się mi pomnik Chrystusa w Świebodzinie. Nie dlatego, że przedstawiający Chrystusa, ani, że piękny pod względem rzeźbiarskim (nazbyt przypomina pomnik w Rio de Janeiro), tylko dlatego, że jest największy na świecie. To fascynuje. I nie dziwię się, że mieszkańcy Świebodzina i okolic cieszą się z sąsiedztwa ogromnego Chrystusa. Też bym się cieszył. Pomnik przyciągnie turystów. Poza tym, choć sam pomnik, miejsce na którym stoi i wizje realizatorów nie mają głębokich powiązań z religią, przyciągnie też pielgrzymów. Zawsze znajdą się tacy, którzy uważają, że modlitwa pod "wielkim" Chrystusem przynosi większe zyski niż modlitwa pod krucyfiksem na ścianie pokoju.

Niewykluczone, że za dziesięć lat pomnik Chrystusa w Świebodzinie zostanie okrzyknięty cudownym, bo ktoś dozna pod nim uzdrowienia, albo, co zapewne stanie się jeszcze wcześniej, blisko tego pomnika ukaże się Matka Boska. Wówczas w pobliżu zbuduje się kościół, schroniska dla biednych pielgrzymów, hotele dla bogatych, bary, restauracje. Wytwórcy i sprzedawcy dewocjonalii będą tam mogli zarabiać równie dobrze jak na Jasnej Górze. Życzę tego okolicznym mieszkańcom, interes to interes.

Wracam do inspiracji z poduszczenia pani Anny-Grażyny. Otóż dlaczego moja mysz, jako przedstawicielka milionów myszy cierpiących w eksperymentach medycznych, miałaby być tylko wielkości żubra? Kurde, jaki małostkowy zrobiłem się na starość. Myślałem, że kiedy to będzie mysz jak żubr, to cho cho cho, wielkie nieba. Miałem siebie za kogoś w rodzaju śmiałego wizjonera, który ten pomnik myszy zobaczył ogromny.
Zmieniam plan. Chcę wybudować pomnik myszy jeszcze większy niż pomnik Chrystusa w Świebodzinie. Znajdę gdzieś niewielkie wzniesienie otoczone łąkami, nieużytkami, i tam!

sobota, 6 listopada 2010

POMNIK TEN WIDZĘ OGROMNY

Pomnik myszy musi być ogromny. Mysz wielkości żubra. Najlepszym twórcą takiego pomnika byłby Marian Konieczny. Jest specjalistą od monumentalnych rzeźb. W Warszawie stoi pomnik Nike jego autorstwa. W Lublinie pomnik Marii Skłodowskiej Curie. W Krakowie wielopostaciowa rzeźba poświęcona Wyspiańskiemu. W Nowej Hucie pomnik Lenina, ale jego już go nie ma. Lenin jaki był, wiadomo, bezduszny idealista, który uważał, że terror to najlepsze narzędzie do zaprowadzania nowego ustroju państwowego. Pomnik Lenina w Nowej Hucie podobał się mi. Sądzę, że przedstawiał prawdziwego Lenina (że władze komunistyczne nie połapały się w tym?), który po trupach zmierza do celu.
Tylko że Marian Konieczny to już wiekowy gość, jak i ja. Czy podjąłby się pracy nad wielką myszą? A jeśli, to ile pieniędzy by sobie zażyczył? Porozmawiam z R.S. Może on ma jakieś dojście do Mariana Koniecznego.
R.S. spodobał się mój pomysł, aby wystawić pomnik myszy. Ale, wyczułem, nie wierzy abym ten pomysł zrealizował. To, że R.S. nie wierzy, nie ma większego znaczenia. Ważne, czy ja sam w to wierzę. A czy ja wierzę?

piątek, 29 października 2010

PRL I WOJNA

Pani Anna S. chciałaby, żebym powspominał swoją PRL-owską przeszłość. No nie wiem. To może być zgubne dla mojej reputacji (w pewnych kręgach). Bo jeśli przyznam, że mi się podobało życie w socjalizmie, powiedzą, że jestem postkomuch. A tu nic z tego. Nie wstąpiłem do PZPR, choć partyjni towarzysze namawiali, obiecując stanowisko dyrektora liceum. Później nie wstąpiłem do "Solidarności", przez co z kolei nie dostałem żadnej posady w krakowskim kuratorium, o co zabiegałem.
Moja natura wzdraga się przed przystępowaniem do masowych ruchów. Podobnie jak wzdraga się przed uczestnictwem w masowych imprezach, typu mecz piłkarski czy koncert na krakowskim Rynku. Nie znoszę, a właściwie to boję się tłumu. Chyba że ów tłum stanowiłyby młode, piękne, roznegliżowane kobiety. Nawet nie chodzę do kina, w którym leci jakiś głośny, oskarowy film. Siedzieć w fotelu ściśnięty pomiędzy dwoma osobnikami, którzy na dodatek trącają mnie łokciami? Nigdy. Chyba że tych dwóch osobników byłoby młodymi, pięknymi, roznegliżowanymi kobietami.

Co do życia w PRL-u? Dobrze mi było. Pensja nauczycielska, plus korepetycje, wystarczały mi na życie. Później, gdy stałem się tzw. prywatną inicjatywą, było mi jeszcze lepiej pod względem materialnym. Codziennie wpływała mi do kieszeni żywa gotówka. Co kilka miesięcy odwiedzał mnie urzędnik z wydziału handlu, żeby mi wlepić domiar za nadmierne wzbogacenie się (taki był zwyczaj w PRL-u). Częstowałem urzędnika wódką, moja kochana Marylka bawiła go rozmową i pozwalała mu patrzeć na siebie, więc te domiary były niewysokie.

Nasz polski socjalizm, jako ustrój, był niewydolny ekonomicznie, poza tym obrósł w wiele głupot, które ogromnie doskwierały ludziom w codziennym życiu. Musiał zniknąć tak źle realizowany system. W Szwecji nie zniknął i tamtejsi obywatele pragną dalej tak żyć. W Polsce socjalizm ze względu na złe doświadczenia wydaje się być na zawsze wyklęty. Ale socjalizm to przyszłość dla świata, bo ideą tego ustroju jest sprawiedliwy podział bogactwa. Nie powinno być tak, jak jest, że 20% ludzi na świecie jest właścicielami 90% dóbr materialnych w różnej postaci. Jak długo da się mieszkać w domu ze złotymi klamkami, jeśli ten dom stoi w sąsiedztwie slumsów?

PRL wspominam dobrze. Ale też dobrze wspominam wojnę. Ktoś może powiedzieć, że moja rodzina była Volksdeutsch-ami, ale nie była. W czasie wojny, jako młody chłopak, mieszkałem na sandomierskiej wsi u dziadka, który tam administrował kolejny podupadły majątek. Niemców widziałem tylko raz. Dwóch niemieckich żołnierzy przyjechało do wsi motorem z przyczepą. Przyszli do dworu do dziadka i kazali mu oddać auto. Ktoś doniósł, że dziadek ukrywa w stodole DKW (przedwojenne auto osobowe). Dla tych Niemców to był pechowy dzień, delikatnie mówiąc. Akurat we dworze byli partyzanci, którymi dowodził syn dziadka, a mój wuj, i oni zastrzelili Niemców i zakopali ich w lesie, razem z motorem, żeby całkowicie zatrzeć ślady. Tylko tych Niemców widziałem w czasie wojny.

Czasy Franciszka Józefa I w Galicji też wspo... Pardon, to tak dla zmyłki. Mimo wszystko nie jestem Matuzalemem.

Nic nie poradzę, że mi się podobało to, co nie powinno było podobać. R.S., dużo młodszy ode mnie, napisał autobiograficzną książkę pt. "Telefon do Stalina", w której jest o chłopaku dorastającym w PRL-u. Odnoszę wrażenie, że młodemu R.S. też podobał się socjalizm. Mimo że dorosły R.S. nie miał lekkiego życia ani w socjalizmie, ani nie ma w kapitalizmie.

poniedziałek, 25 października 2010

POMNIK MYSZY

Kundel wreszcie znalazł stworzenie, którego się tak bardzo nie boi. Do białej myszy o czerwonych oczach potrafi blisko podejść, kiedy ta jest ustawiona bokiem do niego. Ale gdy mysz odwróci się do Kundla głową, i postawi przy tym uszy, Kundel chowa ogon pod siebie i odchodzi.
Myślę, że to wielkie szczęście dla Kundla mieć takiego pana jak ja. Jestem wyrozumiały, nie gniewam się na niego, że jest tchórzem. U kogo innego taki pies nie miałby łatwego życia.
Mysz też ma szczęście. Prawdopodobnie uniknęła doświadczalnych badań medycznych, które zazwyczaj są bolesne. Ustawiłem akwarium tak, że mysz może z niego wychodzić i wchodzić kiedy chce. Je i śpi w akwarium, a resztę czasu spędza na łażeniu po mieszkaniu i rozsiewaniu czarnych bobków, które cierpliwie zmiatam do szufelki.

Ewidentnie pomogłem w życiu przynajmniej dwóm stworzeniom. Na pewno będę miał to zaliczone na plus na Sądzie Ostatecznym. Kiedyś rozmawiałem z zakonnikiem z klasztoru ojców Pijarów i on powiedział, że niektórym wystarczy że raz z czułością pogłaskali psa, i dostaną się do nieba.
Myszy też dostaną się do nieba za to, że dzięki nim ludzie otrzymują coraz to nowe lekarstwa. Do dwudziestego wieku wszelkie badania, które rozwinęły nauki medyczne, były przeprowadzane na ludziach. Między innymi badania mózgu, o czym czytałem w "Stuleciu chirurgów". Nie przekażę tych opisów, bo niektórym trudno byłoby dojść do siebie. Teraz ludzi zastąpiły myszy, króliki, szczury, psy, małpy. Znam osobę pracującą w jednej z placówek naukowych, która zajmuje się testowaniem nowych lekarstw. Ta placówka zamawia rocznie tysiące myszy ze specjalnych hodowli. Żadna z nich nie umiera ze starości, czyli po dwóch latach życia.

Mam potrzebę, żeby na koniec dokonać czegoś ważnego. Myślałem, że to będzie opowieść o Chrystusie, który z jakiegoś powodu pojawił się w obecnych czasach w Krakowie. Z powodu, dajmy na to, żeby poinformować Boga-Ojca o faktach. R.S., gdy mu powiedziałem o tym pretekście pojawienia się Chrystusa, wyśmiał mnie i powiedział:
- Nie sądzi pan, panie Karolu, że Bóg zna fakty.
- Z pewnością zna - odrzekłem - lecz nie zna tej wersji faktów.
Odpowiedziałem tak machinalnie, a R.S. zareagował na to okrzykiem:
- Genialne!
W takich głupich powiedzeniach zawsze byłem dobry. Natomiast powieść o Chrystusie urwała mi się po kilku pierwszych zdaniach. Ambicji więcej niż talentu. Nigdy tej książki nie napiszę. Kiedyś się mówiło: porywać się z motyką na słońce. Bez sensu to powiedzenie, bo co ma motyka do słońca, ale wiadomo o co chodzi.

Z tą moją potrzebą, aby dokonać czegoś ważnego, muszę jednak coś zrobić, póki jeszcze chodzę o własnych siłach i jako tako logicznie myślę. Biała mysz o czerwonych oczach coś mi podsunęła: wybudować pomnik myszy jako przedstawicielki wszystkich zwierząt, które dla dobra ludzi są królikami doświadczalnymi. Sądzę, że taką ideę poparłoby wielu moich pobratymców.
Muszę się nad tym zastanowić, bo to gładko się pisze, ale za takim pomysłem moc roboty i to nie dla jednej osoby. Nowe media, jak internet, a w nim blogi, Facebook i inne portale społecznościowe, na pewno ułatwiłyby zorganizowanie się grupy ludzi dla budowy pomnika myszy.

Pomnik myszy przetrwałby kilkaset lat, a z nim może i moje nazwisko jako inicjatora budowy tego pomnika. Ja, Karol Trzaska, nie całkiem umarłbym.

sobota, 23 października 2010

NIC W CZŁOWIEKU NIE ULEGA UŚPIENIU, CHOĆBY BYŁ NIE WIEM JAK STARY

Na ulicy Szewskiej podchodzi do mnie starsza kobieta, dokładniej to bardzo starsza kobieta, a jeszcze dokładniej to staruszka, i uśmiecha się do mnie i mówi z zapytaniem:
- Karol?
- Na imię mam Karol - odpowiadam zaskoczony.
Nie znam tej kobiety.
- Nie poznajesz mnie - stwierdza, jakby ubawiona.
- Proszę wybaczyć...
- Halina Wydra.
- Halina? - przyglądam się jej uważnie i coś mi majaczy, że to rzeczywiście może być
Halina Wydra, ale żeby aż tak się zmieniła?
Kiedyś, jeszcze za wczesnego Gierka, w PRL-u, uczyliśmy w tym samym liceum. Ona była polonistką. Raz, podczas studniówki, zamknęliśmy się w klasie... Miała piękne i słodkie piersi (nie mam pojęcia, dlaczego słodkie, ale tak to zapamiętałem). I jeszcze pamiętam, że wówczas, gdy zamknęliśmy się w klasie, z szafy spadła wypchana sowa.
- Pamiętasz sowę? - zapytała.
Tak, to bez wątpienia była Halina. Wtedy, w klasie, Halina zaczęła nieoczekiwanie krzyczeć. Myślałem, że tak reaguje na orgazm, ale ona krzyczała ze strachu, bo sowa spadła jej na ramię.
- Pamiętam - zaśmiałem się.
Byłem spięty. Jakoś nie do końca mogłem przyjąć do wiadomości, że ta stojąca przede mną starsza kobieta (i jak wyżej), jest tą Haliną z liceum. Może chora? Ma raka i już liczy dni do śmierci?
- Karolu, doskonale się trzymasz - stwierdziła. - Urodziliśmy się w tym samym roku, ale ty wyglądasz na niespełna siedemdziesiąt lat.
O Boże...
To nie choroba. To starość. Niemożliwe jednak, abym ja też wyglądał tak staro.

Wracając do domu oglądałem siebie w szybach wystawowych. Nie widziałem tam staruszka, ani nawet siedemdziesięciolatka. Góra pięćdziesiąt parę lat. Ta Wydra! Też mi pociecha: Nie wyglądam nawet na siedemdziesiąt lat!

Wyobrażam sobie: mam sto dziesięć lat (dlaczego nie?) i spotykam dawno nie widzianą koleżankę i ona mówi z zachwytem:
- Karolu, doskonale się trzymasz. Nikt by ci nie dał więcej niż sto lat.

Dobra, niech mam sto dziesięć lat, ale nie wyobrażam sobie, żeby i wówczas nie podobały mi się kobiety i nie miałbym ochoty przytulać do nich swojego nagiego ciała. Philip Roth (amerykański pisarz, który pięknie świntuszy w swoich powieściach) napisał, że nic w człowieku nie ulega uśpieniu, choćby był nie wiem jak stary.
Potwierdzam.

piątek, 22 października 2010

ŻEBY TYLKO NIE ZOSTAĆ SODOMITĄ

Obrastam w zwierzęta. Od dwóch lat hoduję w kącie kuchni, za lodówką, pająka krzyżaka. Przesadzę, jeśli napiszę, że jest wielkości dłoni dorosłego mężczyzny. Więc piszę, że jest trochę mniejszy od mojej dłoni. Krzyż na grzbiecie ma aksamitny, błyszczący. Nogi (odnóża?) ma owłosione do połowy wysokości - jak podkolanówki. Latem wrzucam mu na pajęczynę martwe muchy zebrane z parapetu okna, a zimą drobiny surowego, zmielonego mięsa.

Niedawno zabrałem z podwórza Kundla. Wczoraj przybyła mi biała mysz o czerwonych oczach.
Szedłem z Kundlem przez Błonia, po trawie, z dala od ludzi i psów, bo Kundel boi się wszystkiego, co się rusza. Trochę mnie to denerwuje. Z początku myślałem, że dzięki Kundlowi poznam jakąś kobietę, jedną z tych, które także chodzą z psami na spacery. No, wiecie, pieski zaczynają się bawić, gonić jedno drugie, a w tym czasie ich właściciele rozmawiają z sobą. Czasami z takich spotkań może się zrodzić bliższa znajomość. Właściciel zaprosi właścicielkę na kawę do Okrąglaka w Parku Jordana, później do domu... Tylko że Kundel chyba wryłby się w kretowisko, gdyby blisko podszedł jakiś pies i zaczął go trącać nosem dla zabawy. Ale wczoraj, wyobraźcie sobie, Kundel po raz pierwszy, odkąd go mam, nie przestraszył się innego żywego stworzenia. Odszedł ode mnie na dwa metry, co mu się dotąd nie zdarzyło (idąc, ociera się o moje nogi) i zaczął się czemuś w trawie z uwagą przypatrywać. Podszedłem do Kundla i tuż pod jego pyskiem zobaczyłem białą mysz.

Białe myszy nie żyją na wolności. Musiał ją ktoś zgubić albo uciekła z laboratoryjnej hodowli. Obok Parku Jordana jest Wydział Biologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Mogła stamtąd się wykraść. Jeśli tak, to ma szczęście - bezwiednie pomyślałem - bo uniknie doświadczeń na sobie. Myszy (obok szczurów, królików, psów) to najczęściej wykorzystywane zwierzęta w doświadczeniach, zwłaszcza medycznych. Ale, z drugiej strony, taka mysz hodowlana nie przeżyje doby w naturalnych warunkach, jeszcze o tej zimnej porze roku. Nie potrafi znaleźć jedzenia, nie potrafi wydrążyć nory.

Zabrałem mysz i przyniosłem do domu. Nie uciekała, nie wyrywała się, najwidoczniej jest przyzwyczajona do ludzkiej dłoni. Włożyłem ją do akwarium (bez wody, dla dokładności), którego dno wyłożyłem liśćmi zebranymi z podwórza.

I tak, zamiast kobiet, których mi brakuje, mam w domu trzy innego rodzaju stworzenia. Żebym tylko nie został sodomitą.