poniedziałek, 29 marca 2010

KAROL TRZASKA 007

Agencja Detektywistyczna "O" mieści się w nowoczesnym, niedawno wybudowanym biurowcu blisko Śródmieścia. Dwa pokoje. Jeden służy do przyjmowania klientów, czy takich osób jak ja. Drugi to pokój logistyczny (komputer, kilka monitorów, dużo kabli, półki z sprzętem nieznanego mi przeznaczenia), w którym siedzi koordynator, jak mi go przedstawił szef agencji, pan Janek.
Sam szef nie przypominał mi żadnego detektywa, to znaczy takiego, który by mi się kojarzył z jakąś postacią z powieści lub filmów sensacyjnych, bo innych, prawdziwych detektywów nie znam. Czterdziestoparoletni, średniego wzrostu, nie całkiem łysy, w szarej marynarce. Ot, jeden z facetów z ulicy, który mógł być każdym. Wyróżniały go tylko oczy, bystre, ruchliwe, błyszczące.

Szef, pan Janek, zaczął ze mną rozmowę po angielsku (nie chodzi o język).
- Trzy dni temu był mróz - powiedział - a dzisiaj już szesnaście stopni ciepła.
- Nie wiadomo jak się ubrać - rzekłem też po angielsku.
- Jeszcze butów nie zmieniłem na letnie.
- Ja dzisiaj pierwszy raz po zimie nałożyłem półbuty.
Pomyślałem: obmacuje mnie, chce wiedzieć z kim ma do czynienia.

Później przeszedł do konkretów, co znaczyło, że z tego "macania" wyszedłem dobrze oceniony.
- Panie Karolu, osoby, dla których pracujemy, należą do zarabiających powyżej średniej krajowej.
- Myślę, że dużo dużo powyżej - poprawiłem.
- Zgadza się. Zajmujemy się poszukiwaniem zaginionych osób, śledzeniem małżonków, pod kątem czy zdradzają, i sprawami gospodarczymi, na przykład, jakich klientów ma taka i taka firma, od kogo kupuje, komu sprzedaje, po ile, rozumie pan.
- Rozumiem.
- Prowadził pan małą firmę, więc coś się w tym orientuje.
- Wie pan - byłem zaskoczony.
- Uczył pan też w liceum.
- Badał pan moją przeszłość?
- Nie był pan karany, ma dobrą opinię wśród sąsiadów, lubi kobiety.
- Nie znoszę, gdy mi ktoś zagląda do życiorysu i do łóżka - powiedziałem ze złością.
- Muszę o panu coś wiedzieć, nim zaproponuję pracę. Wiele z tego, o czym się pan u nas dowie, będzie pan musiał utrzymywać w tajemnicy. Praca u nas wymaga dyskrecji.
- To oczywiste - stwierdziłem.

Rozmawialiśmy ponad godzinę. Sucho, konkretnie. Moim minusem było to, że nie mam prawa jazdy (nie wymieniłem starego prawa jazdy na nowe, bo postanowiłem definitywnie zrezygnować z prowadzenia auta. Mam już taki stopień kurzej stopy, i brak refleksu, że stanowiłbym zagrożenie na szosie). Stanęło na tym, że dostanę doświadczonego partnera z autem, który, poza tym, nauczy mnie z korzystania z mikrofonów, specjalnych aparatów fotograficznych i co tam będzie trzeba.

Wymagana jest ode mnie dwudziestoczterogodzinna dyspozycyjność. Tylko za tę gotowość dostanę 600 zł miesięcznie. Poza tym 30 zł za godzinę pracy, ale nie mniej niż 90 zł dziennie, gdybym na przykład był potrzebny tylko na dwie godziny w ciągu dnia. Będę potrzebny na obiektach, jak się wyraził szef agencji, gdzie wymagany jest dobry wygląd.
- Co znaczy "dobry wygląd"? - zapytałem dla ścisłości.
- Odpowiedni, panie Karolu. Inny na wieczorne przyjęcie, inny na pobyt w górskim schronisku. To już sam pan rozważy. Za przejazdy, pobyty w hotelach, za wszelkie poniesione koszty płaci, oczywiście, agencja.
Dostałem "wypasiony" (to nie moje słowo) telefon komórkowy. Jakie ma funkcje, będę wtajemniczany po kolei, w zależności od rodzaju zlecenia. Tego telefonu się przestraszyłem.
- Czy przez ten telefon będę cały czas na podsłuchu? - zapytałem.
- Nie. Dopiero po naciśnięciu tego guzika (pokazał).
- I będziecie mogli mnie w każdej chwili zlokalizować za pomocą GPS, czy jakoś inaczej?
- Też dopiero po naciśnięciu guzika,tego z kolei (pokazał).
Nie bardzo wierzyłem, że jest tak, jak mówi. Pomyślałem, że przez ten telefon będę cały czas inwigilowany.
- Proszę się nie obawiać, panie Karolu. Będzie pan na podsłuchu i możliwy do zlokalizowania tylko podczas pracy. Dla pana bezpieczeństwa.
- Mam wierzyć, panie Janku, że tylko wtedy?
- Tak - potwierdził.
- A gdy wyjmę z telefonu baterie?
- Wówczas telefon nie działa i nie będziemy się mogli do pana dodzwonić.
- To mój numer stacjonarny - napisałem go na kartce leżącej na biurku. W domu będę wyjmował baterie z waszego telefonu.
- Zgoda - pan Janek po raz pierwszy uśmiechnął się. - Na dodatek może go pan trzymać w wannie z wodą. Jest wodoszczelny. - Po chwili dodał - Nie ufa pan nam nam. Ma pan do tego prawo. I nawet mi się to podoba.

Tak zostałem agentem? detektywem? szpiegiem? Mam czekać na wezwanie. Może to być za miesiąc, za tydzień, ale i jutro.

Ale czy to będzie tego rodzaju zajęcie, że mnie da satysfakcję i jednocześnie przyniesie korzyść innym? Jeśli chodzi o poszukiwanie osób zaginionych, to zgoda, jest i moja satysfakcja i korzyść dla innych. Lecz śledzenie niewiernych żon i mężów? Tutaj trochę gryzie mnie sumienie.

niedziela, 21 marca 2010

GO-GO

Spowolniło się moje życie. Przez tydzień po śmierci Marylki żyłem na zwiększonych obrotach. Załatwianie spraw pogrzebowych, goszczenie Kasi i jej męża, którzy przylecieli z Chicago, goszczenie Tomka z wnukami. Wielki ruch. Później oni odjechali jednego dnia. W pierwszej chwili poczułem ulgę, bo mogłem odpocząć, nie musiałem rozmawiać bez przerwy, szykować kolacji, ale po kilku godzinach zaczęła mi tak doskwierać samotność, że pojechałem do Ilony Małkowskiej. Ona zna samotność, wie jak to boli. Powiedziała, że mogę zostać u niej tak długo, jak zechcę. Tylko że ja, będąc u kogoś, źle się czuję. Przenocowałem u Ilony i wróciłem do domu. Położyłem się do łóżka i przez kilka dni leżałem, oglądając i słuchając w tv programy informacyjne i sportowe.

Ilona postanowiła wybić mnie z apatii i zaproponowała, abyśmy poszli do klubu go-go, gdzie przy rurkach tańczą młode i skąpo ubrane dziewczęta. Ilona wie, że widok młodych kobiet przyspiesza obieg krwi w moim organizmie, i że, w tym moim odrętwieniu, tylko taka propozycja sprawi, że wyjdę z domu.

O drugiej w nocy znaleźliśmy się w jednym z klubów go-go. Osiem ładnych i zgrabnych dziewcząt, które siedziały na długiej kanapie. Kelnerki i barmanka w strojach bikini. Elegancko, czysto, bezpiecznie (kilku wyglądających na kulturalnych ochroniarzy) i drogo. Dziewczęta i obsługa wydawali się być zaskoczeni, że przyszła do nich kobieta i to w wieku około emerytalnym. Pewnie, przynajmniej z początku, wzięli Ilonę za lesbijkę. O trzeciej ja i Ilona pozostaliśmy jedynymi gośćmi klubu. O czwartej siedzieliśmy wszyscy razem przy dwu złączonych stołach i gadaliśmy jak starzy znajomi. Naturalnie, musiałem zamawiać drogie alkohole (tancerki nie piły), ale miałem wokół siebie tyle młodych, pięknych ciał, że natychmiast poczułem się dużo lepiej. Dziewczęta, okazało się, w większości były studentami. Nie usłyszałem żadnej dwuznacznej propozycji, Ilona też nie.

Otrzymałem za to inną propozycję. Menadżer klubu, albo właściciel (nie usiłowałem dociekać), zapytał, czy nie chciałbym pracować w agencji detektywistycznej, bo właśnie jego znajomy, szef agencji detektywistycznej, poszukuje starszego mężczyzny, o dobrych manierach, potrafiącego zachowywać się jak u siebie w drogich lokalach i hotelach.
- Widzę, że pan to potrafi - stwierdził.
- To może i potrafię - odrzekłem - ale czy się nadaję na detektywa?
- Nadajesz się - wtrąciła Ilona. Masz zmysł obserwacji jak mało kto.

Jestem umówiony na jutro z szefem agencji detektywistycznej. Mamy porozmawiać. Przyznam, że zaintrygowała mnie propozycja pracy jako detektyw. "Karol Trzaska 007".

piątek, 19 marca 2010

HUNANITARNY KONIEC ŚWIATA

Taki przyszedł mi do głowy pomysł na koniec świata: pada śnieg tydzień, pada dwa tygodnie, pada nieprzerwanie miesiąc, pada dwa miesiące... Piękne puchowe płatki lecą z nieba i lecą. Ludzie nie nadążają z uprzątaniem śniegu. Drogi zasypane, tory zasypane, samoloty unieruchomione na lotniskach. Dopóki można, mieszkańcy miast ryją tunele na chodnikach, ale w końcu śniegu nie ma gdzie odgarniać. Ulice zasypane do pierwszego, drugiego piętra. W sklepach nie ma towaru. Do mieszkań nie dochodzi prąd, gaz, przestają działać radia i telefony. A śnieg dalej pada... Ludzie walczą o miejsca na najwyższych piętrach, zjadają się wzajemnie. Po kilku miesiącach opadów ziemia jest jedną wielką kulą śniegu.

Nie, to nie jest humanitarny koniec świata. Może piękny? Też nie. Tam, gdzie cierpienie, nic nie jest piękne. Już lepiej gdyby w ziemię uderzyła wielka planetoida i wywołała wielkie tsunami na oceanach, którego fale przetoczyłyby się przez wszystkie kontynenty. Nikt by nie ocalał. Jeszcze lepiej, gdyby z jakiegoś powodu siła przyciągania ziemi przemieniła się w siłę odpychającą ziemi. Wszyscy ulatujemy w przestworza. Na wysokości 8 - 10 kilometrów dusimy się z braku tlenu. Stosunkowo szybka śmierć, sprawiedliwa, bo wszyscy umierają na to samo, śmierć estetyczna. Ciekaw jestem, jak długo w kosmosie ulegałyby rozkładowi nasze ciała?

Na prawdziwie humanitarny koniec świata ludzie mogliby się umówić. Nie rodzimy dzieci. Starzy umierają, następnych pokoleń nie ma. Bez nas, bez naszych zmysłów, oczu, inteligencji, nie ma świata, choć faktycznie cała ta tzw. natura dalej pozostałaby. Trzeba byłoby zorganizować światowe referendum. Jeśli 60% ludzkości byłoby za takim końcem świata, rządy wszystkich krajów zostałyby zmuszone do wykonania woli większości Ziemian. A jeśli ktoś, mimo to, nie uległby presji większości i dalej rodził dzieci? Zawsze się znajdą "łamistrajki". Co z nimi wówczas zrobić?
Ciekawe, jaki byłby wynik takiego światowego referendum?

piątek, 12 marca 2010

NIE BĘDĘ JEŹDZIŁ DO KOBIERZYNA

Nie jeżdżę i nie będę już jeździł do Kobierzyna. Polubiłem ten szpital (przypominający miasteczko) z dużym parkiem. Cicho, czysto. Z rzadka widać kogoś na uliczkach czy w ogródkach. Za to nieruchome głowy w oknach, a w powietrzu wyczuwalna udręka. Od lat jeździłem do Kobierzyna przynajmniej raz w tygodniu. Będzie mi tego brakować.

Latem jeździłem tam częściej niż zimą. Marylka kochała słońce. Sama jednak nie mogła wychodzić z pawilonu do ogródka. Personelu było za mało, żeby ktoś tylko z Marylką wychodził na dwór. Więc w słoneczne dni przesiadywałem z nią na ławce z tyłu pawilonu. Marylka jak kocica wygrzewała się w słońcu, jakby brała prysznic, obracała się to twarzą do słońca, to plecami, jednym bokiem, drugim bokiem.

Gdy jeszcze była zdrowa marzyła o wyjeździe do ciepłych krajów. Ale wtedy było to niemożliwe. Pokazywałem jej moje zdjęcia robione w Egipcie. Już nie wiedziała co to jest.

Spopieliłem ciało Marylki. Tak jak chciała, bo bardzo się bała, że zostanie pochowana żywa i obudzi się w grobie, w trumnie, z ciężką ziemią nad sobą. Teraz, zamiast do Kobierzyna, będę często chodził na Salwator. Piękny cmentarz, z dala od ruchu ulicznego, w niektóre dni widok na szczyty Tatr.

Na ścianie, gdzie umieszczane są urny, zarezerwowałem miejsce na swoje prochy, tuż obok Marylki. Zapłacone, zaklepane.

wtorek, 23 lutego 2010

1%

Moja młoda znajoma jest na wózku inwalidzkim. Znam ją od lat, bardzo zdolna i żądna życia dziewczyna. Czeka na operację kręgosłupa. Można jej pomóc przekazując 1% podatku.
A oto dane do pita:
1. nazwa OPP: Fundacja Anny Dymnej "Mimo wszystko"
2. nr KRS: 00 00 17 44 86
3. cel szczegółowy: indywidualne hasło podopiecznego: Barbara Galica

*trzeba wpisać to wszystko, co pogrubioną czcionką.

Bardzo żałuję, ale sam nic więcej nie potrafię dla niej zrobić.

niedziela, 21 lutego 2010

PIĘKNA DWUDZIESTOPAROLETNIA

Oglądam olimpiadę w Vancouver. W końcu było się mistrzem Małopolski w skoku o tyczce i moje zainteresowanie sportem, już tylko jako kibic, nie zmalało. Nie mam głowy i ochoty pisać kolejnego odcinka bloga. Ale podczas reklam zajrzałem do niego i przeczytałem cudowny komentarz od pięknej dwudziestoparolatki. Pomyślałem z radością, że wreszcie komuś w czymś pomogłem, i nie tylko jednej osobie, w tym wypadku kobiecie, lecz także wielu mężczyznom nie wyłączając samego siebie.

Latem, w czasie upalnej pogody, dzieje się tak, że kobiety ubierają się w mini, żeby pokazać nogi, ubierają obcisłe i krótkie koszulki, żeby pokazać i uwydatnić piersi i płaskie brzuchy, malują twarze, żeby wzmocnić urodę, często chodzą w półprzeźroczystych sukienkach, aby pokazać bieliznę i te części ciała bez bielizny, a później złoszczą się, że faceci się na nich gapią. A co ci biedacy mają robić, gdy widzą coś tak uroczego?

Gdy się wyjdzie wysoko w góry, to nie ma nikogo kto by zamknął oczy i nie patrzył na piękny krajobraz, ani w muzeum, stojąc przed wspaniale namalowanym aktem, odwracał oczy od niego. Piękno przyciąga, piękno raduje, cieszy oko, trzeba się nim delektować. Delektować się nim powinny nawet same jego właścicielki (byle nie popaść w narcyzm), bo w przeciwieństwie do gór i obrazów ich uroda jest przemijająca. Moja kochana, zjawiskowa Marylka, nim zachorowała i wylądowała w szpitalu, uwielbiała gdy mężczyźni oglądali się za nią, a mnie serce rosło, że mam taki ósmy cud świata. Cieszyłem się, że inni też w niej widzą wspaniałe dzieło Boga.

To hipokryzja (obłuda, dwulicowość), kiedy ktoś odsłania piękne przymioty ciała, a następnie denerwuje się, że się je ogląda. Mężczyźni jak mogą skrywają swe spojrzenia, żeby nie uchodzić za podglądaczy (zwłaszcza gdy są w towarzystwie partnerek), ale im się to nie udaje. Budowa oczu mężczyzny jest tak skonstruowana, że aby coś dokładnie zobaczyć muszą jak latarka wpatrywać się w punkt, który chcą zaobserwować. Kobiety mogą patrzeć panoramicznie. Spoglądają na przykład w twarz, a widzą przy tym całą resztę (i udają Greczynkę).

Marylka sama zwracała mi uwagę: popatrz na nią jakie ma pośladki czy uda. Wiedziała, że widok czegoś ładnego sprawia mi przyjemność, o spojrzenia nie była zazdrosna. Patrzyłem i podziwiałem. Żaden obraz nawet najlepszego malarza nie odda piękna żywej kobiety w ruchu.

Piękna dwudziestoparolatko, uśmiechaj się do mężczyzn, którzy ci się przyglądają, a nie rób skwaszonej i zgorszonej miny, która mówi: co, pacanie, tak się wgapiasz we mnie. Za piętnaście lat będziesz tęsknić za tego rodzaju spojrzeniami. Mnie ileś tam dodatkowych kolejnych lat nie przeszkodzi, jak teraz będę się bezkarnie oglądał za młodymi. A gdy już zostanę zmuszony jeździć na wózku inwalidzkim, to zamontuję uprząż z przodu wózka i będę prosił dziewczęta, żeby mnie kawałek pociągnęły. Na pewno nie odmówią, a ja w tym czasie obejrzę sobie ich napięte pośladki i uda. Genialne, nie? Na wszystko można znaleźć sposób, jeśli ma się mądry łeb na karku i niespożytą potrzebę piękna.

Na koniec, poniekąd na marginesie tego co wyżej napisałem. Nie mogę się oprzeć zdumieniu, że piękne młode kobiety zaglądają do bloga o tytule EMERYT POLSKI. To ogień i woja. Nie wiem jak to wyjaśnić.
I już zupełnie na koniec miła dwudziestoparolatko, która po latach przejrzałaś. Jeżeli na koszulce wydrukowałabyś sobie napis EMERYT POLSKI, wiedziałbym że to ty i ulicą szedłbym za tobą kilometr albo i dalej, żeby ci się przyglądać. Jeśli byś to zrobiła i zobaczyła za sobą utrudzonego marszem starszego pana (ładniej to brzmi niż "dziadek"), może już słaniającego się ze zmęczenia, obdarz go promiennym spojrzeniem i (aż nie mam śmiałości tego napisać, ale odwaga mnie nie opuszcza) na chwilę unieś koszulkę lub spódnicę. Będę miał co w Niebie opowiadać, nawet anioły zazdrościć mi będą.

niedziela, 14 lutego 2010

LEGENDA O ARYSTOTELESIE

Ochłodziły się moje uczucia i zmysły. Nie tylko moje, Ilony Małkowskiej także. Powoli wracamy do naszej wcześniejszej relacji: przyjaciel - przyjaciółka. Coraz mniej czasu spędzamy w pozycjach równoległych do siebie i równoległych do ziemi jednocześnie i jest to takie bardziej dla zdrowia, że tak nazwę. Spokojnie, przewidywalnie, bez większego uniesienia, ale też miłe. Tylko że oboje zdajemy sobie sprawę, że ten rodzaj związku pomiędzy nami kończy się. Lecz to nam nie przeszkadza, częściej rozmawiamy, oglądamy telewizję, dwa razy poniosło nas nawet do teatru Bagatela na komedyjki. Nie rozstaniemy się mimo to.

Rzadko się zdarza, żeby kobieta i mężczyzna pozostawali w przyjaźni po schłodzeniu uczuć i rezygnacji z seksu. Nam się to chyba zdarzy. Oboje jesteśmy samotni, nie chcemy całkowitej separacji. Teraz nawet lepiej się dogadujemy, mniej tajemnic i niedopowiedzeń. Po prostu znamy się jak dwa łyse konie. (Znowu się muszę zastanowić: dlaczego jak dwa łyse konie? I co to w ogóle jest łysy koń? Stary? Bez grzywy? Ale nie widziałem konia bez grzywy. Dawniej nie roztrząsałem różnych powiedzeń). Czyli, że znamy się bardzo dobrze. Znamy się lepiej niż uprzednio.

Jeżeli chodzi o sam seks, to nam się po prostu już nie chce. Nie, że nie chce generalnie, tylko nie chce nam się siebie. Ta przygoda dobiega końca. Zauważyliśmy (mogę stwierdzić także w imieniu Ilony), że już nie jesteśmy młodzi i ładni, że nie mamy sprężystych, umięśnionych ciał, że zmarszczki na twarzy i szyi i lepiej żeby w pokoju było zgaszone światło. Samo piękno duszy, jak wiadomo, nie wystarcza. Dawniej mogłem długo "intelektualnie" rozmawiać z głupią gęsią, pod warunkiem, że była ładna. Piękno czyniło z niej mądrą, ciekawą, nawet szlachetną. Piękno to naturalne wywyższenie i nie ma się co zżymać na to, że ludzie są nim niesprawiedliwie obdzieleni. Wielu intelektualistów, artystów, prawdziwie mądrych ludzi zakochuje się w samym pięknie. Poeci przydają pięknu bez liku przymiotników o dobrym zabarwieniu. I to jest dobre, bo piękna kobieta i przystojny mężczyzna czynią świat wspanialszym o ten jeden aspekt (od łacińskiego "aspectus": spojrzenie, widok). Reszta to o dupę rozbić.

Gdy przyjdzie ciepła wiosna i kobiety porozbierają się, hormony znowu zaczną grać. Nic na to nie poradzę. Dziewczęta na ulicy będę widział nagie, jak je widzą najlepsze prześwietlacze rentgenowskie w bramkach na lotniskach. Będę sobie wyobrażał... Z nimi chętnie, nawet zaraz po wyjściu na Kilimandżaro (niedawno opowiadali mi znajomi, że to straszna mordęga).
Myślę, że jeśli to czyta dwudziestolatek, oburzy się: że też dziadkowi jeszcze się chce i ma czelność głosić to, zboczeniec! Nie dziwię się. Erotyka kojarzy się z młodością. Dwudziestolatek nie marzy o pójściu do łóżka z siedemdziesięcioletnią kobietą, a jeśli marzy, to wtedy jest to zboczenie. Przyjdzie dzień, że dwudziestolatek będzie miał siedemdziesiąt lat i zacznie ociekać śliną na widok młodej kobiety. Czy wówczas nazwie siebie zboczeńcem? Piękno jest ponadczasowe także pod tym względem.

Jest piękna legenda o Arystotelesie, którą niedawno przypomniał w Gazecie Wyborczej Adam Leszczyński. Trudno mi się oprzeć i nie przekazać jej dalej. Legenda ma związek z ponadczasowością piękna, w tym sensie, jak napisałem przed chwilą. Poza tym jest przestrogą dla starych pryków, którzy uważają, że obecne młode pokolenie jest zepsute, że młodzi myślą tylko o pieniądzach i seksie. Wszyscy o tym myślą.

Oto wspomniana legenda:
Wielki filozof Arystoteles, nauczyciel młodego króla Aleksandra Wielkiego, próbował skłonić go do porzucenia pięknej kochanki Filidy. Filozof uważał, że namiętność pochłania czas i energię króla, przez co ten zaniedbuje swoje obowiązki. Odbył z wychowankiem poważną rozmowę, w której apelował do jego rozsądku i poczucia odpowiedzialności. Aleksander wprawdzie niechętnie, ale w końcu dał się przekonać racjonalnym wywodom nauczyciela.
Wściekła Filida chciała się zemścić na filozofie i odzyskać względy Aleksandra. Uknuła więc prosty plan. Pewnego poranka, kiedy Arystoteles był pogrążony w lekturze poważnych ksiąg, przyszła w stroju niedbałym do ogrodu pod oknem jego pracowni. Zaczęła tańczyć i śpiewać. Stary filozof nie mógł powstrzymać pożądania. Zamknął nudne księgi, wybiegł do ogrody i wyznał Filidzie, czego pragnie (niektóre wersje opowieści opisują z upokajarzącymi detalami niezdarne zaloty brodatego mędrca.

Filida postawiła warunek: spełni życzenie, ale tylko wtedy, kiedy Arystoteles założy siodło, zacznie chodzić na czworaka i udawać konia, a ona przejedzie się na jego grzbiecie po ogrodzie. Kiedy dziewczyna dosiadła już filozofa, zaśpiewała pieśń na cześć miłości. Wtajemniczony w plan król Aleksander, który patrzył na tę scenę z ukrycia, wyskoczył zgorszony. "Mistrzu, jak to możliwe?" - zapytał czerwonego jak burak filozofa.
Zgodnie z legendą Arystoteles - jak na mędrca i wychowawcę przystało - usiłował wybrnąć z tej kompromitującej wpadki, wygłaszając umoralniający wykład. Jeżeli mądry, siwowłosy filozof, stary i doświadczony, nie potrafi oprzeć się sile miłości, tym bardziej Aleksander, młody i porywczy, powinien się mieć na baczności. Aleksander wysłuchał mistrza i wybaczył mu, ale przywrócił Filidę do łask.