poniedziałek, 26 października 2009

CÓRKA WYPRAWIA MNIE DO EGIPTU

Nie znoszę podróży. Cywilizowany człowiek, za jakiego się uważam, zna mniej więcej cały świat. Chodzi mi o to, że na przykład wyprawa do Paryża, aby obejrzeć wieżę Eiffel'a, zupełnie nie ma sensu. Wszyscy wiemy jak ta wieża wygląda.

Rzadko wyjeżdżam z Krakowa. W młodości, co prawda, dużo podróżowałem po Polsce, autostopem i normalnie, czyli pociągami i autobusami. Za granicę też jeździłem, najczęściej oczywiście do krajów Układu Warszawskiego, ale byłem i w RFN (młodzi pewnie nie wiedzą co to za kraj. Niemcy Zachodnie). Wówczas to był rzeczywiście wyjazd za prawdziwą granicę, strzeżoną przez uzbrojonych żołnierzy, ze szlabanami, z kolczatkami, z rewizjami i tak dalej. A wcześniej (już zapomniałem o tym) wielomiesięczne i nawet wieloletnie oczekiwanie na paszport. Później, w RFN, to był naprawdę inny świat, na o wiele wyższym poziomie pod każdym względem. Na mnie zrobiło wrażenie, że piwa można się było napić w każdym miejscu i o każdej porze, i to dowolnie jakiego, nawet polskiego, gdy w Krakowie podawano je w "Hawełce"dopiero od godziny 13-tej, wyłącznie Okocim, i musowo trzeba było zamawiać ze śledziem lub jajkiem w majonezie. O 16-tej piwo się kończyło.
Aa, dobra, ćmoje boje, wspominki starucha.

W każdym razie nie znoszę podróży. Myślałem, że już do końca tego życia nigdzie się dalej nie ruszę, a tu córka się postawiła i, wyobraźcie sobie, ekspediuje mnie do Egiptu.
Siedzę sobie bezpiecznie i wygodnie w domu. Przypominam sobie tyłek Marty K. podczas mycia.
Dzwonek domofonu.
- Słucham.
Kobiecy głos:
- Jestem z biura turystycznego... (lepiej na razie nie zdradzę nazwy).
- To pomyłka. Nie spodziewam się nikogo z waszego biura.
- Mam dla pana bilet lotniczy na wycieczkę do Egiptu.
Domyśliłem się. Katarzyna niejako przymusiła mnie do wyjazdu do ciepłego kraju. Bo skoro już mam bilet lotniczy i opłacony hotel (pięciogwiazdkowy, jak się okazało) i wszystko inne, all inclusive, co mi pozostaje? Tydzień w Egipcie wytrzymam. Ciekawe, czy zobaczę tam polskie bociany?
Odlot za trzy dni.
Muszę kupić aparat cyfrowy. Zamieszczę tutaj kilka zdjęć z Egiptu. Trochę jestem podniecony tą wyprawą. Jakoś nigdy nie przytrafiło się mi być w Afryce, a to przecież kolebka cywilizacji, tam się wszystko zaczęło, stamtąd my wszyscy.
Spokojnie, Karolku, bo w dniu odlotu możesz dostać takiego rozwolnienia, że do ustępu nie zdążysz, a co dopiero na lotnisko.

Jak powiedzieć Marylce, że będę leciał samolotem? Ona chorobliwie boi się samolotów. Raz, za naszych dobrych lat, mieliśmy z Krakowa lecieć samolotem do Gdańska, stamtąd na wczasy w Kołobrzegu. Byliśmy już na płycie lotniska, przed schodami do samolotu, i Marylka, spanikowana, uciekła. Nie mogła uwierzyć, że taka wielka maszyna z żelaza, w dodatku z wieloma ludźmi i bagażami, może się unosić w powietrzu jak ptak.
- Karol - powtarzała później w domu - to jest wielkie oszustwo. Nic tak ciężkiego i wielkiego nie może latać.
Przyznałem jej rację, no bo, ostatecznie, auta są dużo mniejsze, a przecież nie latają.
Wczasy w Kołobrzegu przepadły. Pojechaliśmy na tydzień do Myślenic, na Zarabie. Pięknie było. Nawet to było piękne, że Marylka codziennie rano szła nad Rabę i przeganiała wędkarzy, perswadując:
- Kochany panie, gdyby pan w restauracji jadł kotleta, który w środku miałby ostry haczyk, spodobałoby się to panu?

poniedziałek, 19 października 2009

WYGRAŁEM TURNIEJ SZACHOWY

Nim wziąłem udział w turnieju szachowym, byłem przerażony. Ale nie z powodu szachów.

Od lat rozwiązuję krzyżówkę "Jolka" w Dużym Formacie Gazety Wyborczej. Raz mi idzie lepiej i po kilku godzinach krzyżówka jest rozwiązana, raz gorzej, dwa dni muszę nad nią siedzieć. W ubiegły czwartek zaczęły się dla mnie ciężkie dni. Siedziałem nad "Jolką" do niedzieli i nic. Zaledwie dziesięć haseł wpisałem w kratki. Głowa mi pękała z wysiłku.
Wiadomo, człowiek nie głupieje pod względem intelektualnym z tygodnia na tydzień. A jeśli tak się dzieje (a tak właśnie się działo), to znaczy, że jakaś choroba. A w tym wypadku jakaś choroba to oczywiście Alzheimer. W wyobraźni już widziałem swój mózg w stanie galaretowatym, a w uszach, zdawało się mi, słyszę chlupotanie tej coraz bardziej rozwodnionej galarety uwięzionej w mojej czaszce. Wyjąłem z szuflady tabletki nasenne (wciąż jednak mam ich za mało, znowu muszę pójść do mojej doktor po receptę), żeby je mieć na widoku i nie zapomnieć o nich.

Zaalarmowałem Marcjana, żeby natychmiast przyszedł, i powiedziałem mu o gwałtownie postępującej amnezji, nie zdradzając jednak szczegółów, czyli, że chodzi konkretnie o niemożność rozwiązania "Jolki".
- Lepiej przyjdź od razu -dodałem - bo jutro mogę cię już nie rozpoznać.
- Niech ojciec nie przesadza - roześmiał się Marcjan. - Czyta ojciec książki i zapamiętuje ich treść, nie mieszają się mu dni tygodnia, rozpoznaje polityków, pamięta daty historyczne, rozwiązuje krzyżówki... - (tu się pomylił!). - No i dobrze gra w szachy - zakończył.
- Już nie gram - odrzekłem. - Nie mam z kim. Moi partnerzy od szachów poumierali albo zapomnieli jak się gra w szachy. Kilka lat jak nie otworzyłem szachownicy. Może też już nie potrafię.

Marcjan nie potraktował poważnie mojego strachu przed Alzheimerem, ale wieczorem zatelefonował i oznajmił, że zapisał mnie do turnieju szachowego, który organizuje jedna z większych galerii handlowych w Krakowie. Miałem się tam zgłosić w piątek o jedenastej.
- Jeżeli ojciec zajmie miejsce powyżej dziesiątego w kategorii senior - rzekł - wtedy postaram się, żeby ojcu szybko zrobiono badania na obecność Alzheimera.
Zgodziłem się.

Dzień przed turniejem szachowym, w czwartek, kupiłem Duży Format z "Jolką", a tam czarno na białym było napisane nad krzyżówką, że w ubiegłym tygodniu wydrukowano niewłaściwy diagram "Jolki" i bardzo przepraszają. Mało mnie szlag nie trafił, że się wyrażę. To ja byłem bliski łyknięcia garści tabletek usypiających, a oni spokojnie, po tygodniu, informują... Dla redakcji to mało znacząca pomyłka, a dla mnie, i pewnie innych jolkowiczów, to była wielce denerwująca sprawa.
Teraz nigdy nie będę miał pewności, czy to ja jestem w słabej kondycji intelektualnej, czy znowu coś źle wydrukowano.

Natychmiast zabrałem się do rozwiązywania nowej "jolki". Rekord: dwie godziny i dziesięć minut i krzyżówka rozwiązana. Poczułem się zdecydowanie lepiej i z powrotem schowałem tabletki do szuflady.

W piątek, mimo to, poszedłem na turniej szachowy do Galerii. W kategorii senior były tylko trzy zgłoszenia, trzech mężczyzn w moim mniej więcej wieku. Każdy miał grać z każdym, czyli po dwa mecze. Wygrałem o wiele szybciej niż rozwiązałem ostatnią "Jolkę".
Pierwszemu z zawodników co rusz myliły się szachy z warcabami i sędzia go zdyskwalifikował. Drugi z zawodników usnął przy stoliku pod koniec rozgrywki, w której i tak byłem blisko dania mu mata.
Otrzymałem nagrodę: buty do wspinaczki wysokogórskiej. Podarowałem je Maćkowi, bardzo się ucieszył.

W sumie, dobrze. No bo na dodatek Marcie K. umyłem większą powierzchnię ciała niż zazwyczaj, a Ilona Małkowska zaczęła przychodzić z butelką czerwonego wina. Żebym z kolei nie popadł w alkoholizm.

piątek, 16 października 2009

MARTA K. Z PCK - 2

Marta K. od razu spostrzegła, że w zlewie nie ma brudnych naczyń.
- Panie Karolu, po co się pan męczył? Przecież umyłabym te gary, od tego tu jestem.
- Pani Ilona umyła.
- To ta, co ją poprzednim razem spotkałam? - zapytała Marta.
- Tak.
- A to franca! Niech pan na nią uważa. Ona chce się dobrać do pana.
- W jakim sensie?
- Jak to w jakim? To jasne. Wpierw fiku miku, później wprowadzi się do pana, mieszkanie przepisze na siebie, następnie wyjmie pieniądze z pana konta, a na koniec pana otruje.
- Przesadza pani.
- Źle jej z oczu patrzy
- Ona nie potrzebuje mieszkania i pieniędzy. Ma jedno i drugie. Poza tym do dobra dziewczyna.
- Taka z niej dziewczyna, jak ze mnie nastolatka.
Marta po raz pierwszy nie umyła u mnie głowy i nie kąpała się. Solennie odkurzyła mieszkanie, wyniosła wszystkie butelki, zrobiła zakupy (tylko jedna butelka czerwonego wina).
- Następnym razem wytrzepię dywan - zapowiedziała, wychodząc.
Prawdę mówiąc, to wolałbym, żeby Marta kąpała się niż trzepała dywan. Jestem zły na Małkowską. Sama się nie wykąpie i drugiej w tym przeszkadza. To przypomina zachowanie psa ogrodnika. Ale, z drugiej strony, wygląda na to, że dwie kobiety starają się o mnie. Pochlebia mi to, bo (stary to zaraz musi liczyć lata!) one dwie mają razem niewiele lat mniej niż ja jeden.

czwartek, 8 października 2009

MARTA K. Z PCK

Zadzwoniła do mnie pracownica PCK i zapytała, czy jestem zadowolony z pracy pani Marty K. Powiedziałem, że tak. Zełgałem, lecz nie całkiem.
Marta K. była już kilka razy u mnie, ale ani raz nie umyła naczyń, nie wyniosła śmieci, nie wyniosła butelek, ani raz nie odkurzyła mieszkania. Muszę jednak przyznać, że ochoczo wyruszała do sklepu po zakupy. Zaraz po wejściu do mieszkania, pytała:
- Panie Karolu, co trzeba kupić, bo za dwadzieścia minut leci "Na dobre i złe" i chciałabym zdążyć obejrzeć od początku.
Zaglądam do lodówki, mówię, że żółty ser, jakąś wędlinę, pomidory i coś tam jeszcze, na co akurat mam ochotę. Daję Marcie pieniądze.
- Wino pan jeszcze ma? - dopytuje, jakby to był artykuł najpierwszej potrzeby.
Ostatnio nie mam, więc mówię, żeby kupiła butelkę półsłodkiej Sophii. W sklepie 8,50 zł.
Marta wraca zdyszana jeszcze nim rozpoczął się serial i powiada, że zdążyła kupić tylko wino, na wszelki wypadek dwie butelki, bo do kasy z jedzeniem była długa kolejka i nie zdążyłaby na "Na dobre i złe", a ona jeszcze nie opuściła ani jednego odcinka.
- Kupię później - kończyła, podając mi otwieracz do korków.
Ale później to musiała umyć głowę, jeśli jej pozwolę (to było pierwszego dnia), albo wykąpać się, jeśli nie mam nic przeciwko temu.
Pozwalałem i nie miałem, bo kiedy się kąpała, wołała mnie, żebym jej umył plecy. W moim wieku przyjemnie jest myć plecy trzydziestopięcioletniej kobiety, zahaczając trochę o pośladki i mając nadzieję, że lada dzień będę mył całą Martę, z przodu i tyłu. Cóż, każdy ma jakieś słabości.
W ciągu dwu godzin pobytu Marty opróżnialiśmy dwie butelki wina.
- Upił mnie pan, panie Karolu. Już nie mam siły na żadne sprzątanie, proszę mi wierzyć.
- Wierzę, pani Marto - odpowiadałem, bo co, mnie też szumiało w głowie i nie tylko.
- Z pana jest zbereźnik, panie Karolu - mówiła, patrząc na moje krocze.
Od razu, pierwszego dnia, dostrzegła przypadłość, której się nabawiłem przed laty, kiedy poraził mnie prąd podczas zawieszania żyrandola. Ona myśli, że to jest wyłącznie reakcja na jej obecność i wykorzystuje to. Przecież nie jestem całkiem głupi. Właściwie to wykorzystujemy się wzajemnie. Marta też nie jest głupia.
Wychodząc użala się, że nie ma pieniędzy na tramwaj i musi kawał drogi pokonać piechotą. Więc daję jej piątkę na bilet.

Dzisiaj, gdy Marta wychodziła, przyszła Ilona Małkowska. Obrzuciły się spojrzeniami i od razu znielubiły. Wyraźnie było to widać, a właściwie "czuć". Marta w drzwiach cmoknęła mnie w policzek.
- Do widzenia, panie Karolu. Najlepiej jak sie pan zaraz położy spać - powiedziała, czyniąc aluzję do wypitego wina, a tak naprawdę była to uwaga przeznaczona dla Małkowskiej, że jestem w niedyspozycji i lepiej, żeby Ilona zaraz wyszła.
Małkowska była zaskoczona.
- Karol, co to za kobieta? - zapytała i spojrzała na mnie uważnie, jakby odkrywając, że w gruncie rzeczy nie muszę być facetem, który służy tylko do użalania się na innych facetów.
Zdaje się, że Ilona, po tylu latach znajomości, po raz pierwszy dostrzegła we mnie mężczyznę. Przesadzę, jeśli napiszę, że atrakcyjnego (mężczyźni w moim wieku nie są atrakcyjni), ale, przynajmniej, jeszcze do rzeczy i z którym nie wstyd pokazać się na ulicy. Też spojrzała na moje krocze.
- Cho, cho - pokręciła głową.
- To jest kobieta z PCK - wyjaśniłem. - Pomaga mi. Wiesz, sprzątanie, zakupy. Niech ci, Ilonko, nic innego nie przychodzi do głowy.
- Sprzątanie, zakupy - rzekła Małkowska ironicznie, spoglądając na rekordowo wysoki stos brudnych naczyń w zlewozmywaku i na dwie puste butelki na stole. - Przecież ona jest młodsza ode mnie - nagle sobie to uświadomiła. - I od Marylki.
- Marylka nalega, żebym sobie znalazł jakąś kobietę.
- Wiem. Ona jest święta.
- Ja nie jestem - bezradnie rozłożyłem ręce.
- Widzę - znowu jej spojrzenie w krocze, po czym, stojąc do mnie przodem, ręką odrzuciła włosy do tyłu.
Kiedyś czytałem książkę o mowie ciała i pamiętam, co oznacza taki odruch u kobiety.
- Co ten mokry ręcznik robi na fotelu? - zapytała z naganą.
- Marta się kąpała.
- To ona, zamiast tu sprzątać, jeszcze bardziej bałagani. Musisz o tym powiadomić PCK, niech przyślą kogoś innego.
- Chcesz pozbawić tę kobietę środków do życia? Ona u mnie zarabia. Marne grosze zresztą.
- A kto jej płaci? Chyba nie ty?
- PCK.
- Muszę tu chociaż umyć gary - rzekła Małkowska. - Przecież za chwilę spadną na podłogę.
I wzięła i umyła je. Ja w tym czasie usnąłem. Zmorzyło mnie wino.

środa, 30 września 2009

ŻEBRACY W KRAKOWIE

W centrum Krakowa trudno przejść ulicą, żeby nie widzieć żebraka z puszką na pieniądze lub nie być nagabywany o pieniądze. Znam tych żebrzących z widzenia. Jeśli mam jakieś drobne, daję im. Nie martwię się, że oni, zamiast na jedzenie, jak zapewniają, przeznaczą wyproszone pieniądze na alkohol. Jedzenie to oni mogą dostać u braci Albertynów, sióstr Sercanek, sióstr Felicjanek i jeszcze w kilku innych miejscach. Tylko że zupa i chleb nie dadzą im chwili zapomnienia o swoim losie. Przecież statusu bezdomnych i bezrobotnych nie wybrali świadomie. Wpakował ich w to jakiś nałóg albo pech, albo lekkomyślność, albo po prostu niemożność poradzenia sobie z życiem. Wypicie piwa czy wina to dla nich jedyna dostępna przyjemność.

Na Plantach, przy murze klasztornym Reformatów, od wielu miesięcy okupuje ławki jedna i ta sama grupa bezdomnych. Z jednym z nich rozmawiałem kiedyś. Klasyczny przypadek wpadania w bezdomność. Przed laty powodziło się mu dobrze. Mieszkał wtedy w Rzeszowie. Pracował, kupił auto, regularnie płacił czynsz, ot, zwykłe życie przeciętnego Polaka. Aż stracił pracę i zaczęło się spadanie. Z początku miał nadzieję, że znalezienie nowej pracy jest tylko kwestią czasu i zadłużył się w jakiejś podejrzanej, z czego wówczas nie zdawał sobie sprawy, instytucji finansowej. Wpierw stracił auto, później obrazy, które mu zostały po rodzinie pochodzącej ze Lwowa (jeden obraz namalowany był przez Jerzego Kossaka), następnie srebrne i złote precjoza, a dług mu rósł w tempie 100% miesięcznie. Stał się niewypłacalny, grożono mu pobiciem, i uciekł z Rzeszowa do Krakowa. Znalazł się na ławce na Plantach, a z tego miejsca trudno się wyrwać. Człowiek staje się coraz bardziej zaniedbany, śmierdzi, nabiera wyraźnych cech bezdomności i biedy. Takiego nikt nie weźmie do pracy.

Piszę o bezdomnych, bo właśnie dzisiaj miałem do czynienia z tą grupą z Plant.
- Panie, poratuje nas pan kilkoma złotymi? - zagadnął mnie jeden z nich.
- Na co? - zapytałem i włożyłem rękę do kieszeni, jakby po pieniądze.
- Na dżem do chleba.
- Ee - udałem rozczarowanie i wyjąłem rękę z kieszeni. - Myślałem, że na alkohol.
- Bo na alkohol! Kłamałem, że na dżem.
- Na piwo to bym dał - powiedziałem. - Ale wy mnie oszukacie i później, zamiast piwa, nakupicie sobie dżemu.
- Jak Boga kocham! Kupimy piwo! - zapewniał gość z ławki.
Pozostali gwałtownie zaczęli go wspierać:
- Przysięgamy, że na piwo.
- Nie oszukamy pana, co do grosza wydamy na piwo.
- No. nie wiem - wahałem się.
- Dżemem, szanowny panie, to my już sramy.
Więc dałem im dziesiątkę.
- Stary, jesteś porządny człowiek.
Gdy to usłyszałem, natychmiast pożałowałem, że im dałem pieniądze. Ja do nich z sercem, a oni do mnie "stary".

niedziela, 27 września 2009

W MIARĘ DOBRZE

Tomkowi powiedziałem, że mi rower ukradli. Wcale się tym nie przejął. Raczej odwrotnie, ucieszył się. Powiedział:
- To dobrze, ojciec. Wolę, żeby ci ukradli rower, niż miałbyś się na nim zabić. Wcześniej nie wziąłem pod uwagę takiej możliwości.
Stary pierdziel. Kupię rower za własne pieniądze i pościgamy się. Zobaczymy, kto się zabije.

Ilona Małkowska wyleczyła się z miłości do literata. Przyszła do niego pod nieobecność żony, a swojej przyjaciółki, i oświadczyła bez ogródek:
- Zakochałam się w tobie. Musisz wybrać pomiędzy mną a Z. (to żona pisarza).
- Jesteś pewna, że mnie kochasz? - on zapytał.
- Jestem pewna, jak tego, że żyję - ona.
- To zdejmuj majtki i kładź się -on.
Była zdumiona. Takiej chamskiej odzywki nie spodziewała się usłyszeć. Myślała, że to będzie bardziej romantycznie, że, poza romantycznością, on jeszcze będzie się wahał, czy ona, czy Z. Oczekiwała dramatycznych chwil. Lecz, mimo to, tak była ucieszona, że w pierwszym odruchu zdjęła majtki. A on:
- Jesteś nieogolona.
Ta odzywka Ilonę zupełnie otrzeźwiła i w jednej sekundzie wyleczyła z miłości do niego.

No cóż, krucha to musiała być miłość. A facet, ten pisarz, jest na pewno dobrym psychologiem. Domyślił się, że ma z nimfomanką do czynienia.

Jasio Cz. przylatuje za kilka dni z Ameryki, żeby umierać w Polsce. Znając jego fantazję, no i to, że nie jest biedny, trochę się obawiam jego umierania. On umiera, bo musi, a ja mogę umrzeć z nadmiaru jego swawoli, jeżeli będę w nich uczestniczył.

Byłem u mojej kochanej Marylki. Zastałem ją w dobrym, a nawet bardzo dobrym stanie psychicznym.
- Karolku - powiedziała (nie po raz pierwszy) - znajdź sobie wreszcie jakąś babę na żonę.
- Marylko, ty jesteś moją żoną i zawsze nią będziesz.
Poprzytulaliśmy się, popłakali. Nie chce mi się tego powtarzać, ale świat nie jest ani dobry, ani sprawiedliwy, ani rozsądny. Ja i Maryla zasłużyliśmy sobie na inne życie.

piątek, 25 września 2009

MIAŁEM ROWER

Kiedy ostatni raz jeździłem na rowerze? W dzieciństwie, czyli w innej epoce, w innym wieku. Pamiętam, że z mojego pierwszego roweru dla dorosłych co chwila spadał łańcuch i co jakiś czas wypadały szprychy z koła. A kiedy przebiłem dętkę, to była robota na kilka godzin i w dodatku bardzo kosztowna. Nie opłacało się, jak dzisiaj, kupić nową dętkę za sześć złotych (powiedział mi Maciek, że tyle kosztuje), tylko trzeba było łatać na gorąco. Było takie specjalne urządzenie do łatania, które trzeba było kupić.
Mniejsza z tym.

Dużo spaceruję, więc wiem gdzie są ścieżki rowerowe. Zawierzyłem powiedzeniu, że pływania i jazdy rowerem się nie nie zapomina. Co do jazdy rowerem, sprawdziło się. Jak jest z pływaniem, jeszcze nie wiem. Wsiadłem na rower i jechałem, jakbym jeździł nieprzerwanie od dziecka. Wybrałem trasę nad Wisłą, wzdłuż bulwarów do tamy koło Łęgu. Jechałem szybko (na liczniku miałem 17 km/h), ale i tak wszyscy mnie wyprzedzali, nawet kobiety. Co prawda mogłem sobie naoglądać pośladków (znacie już tę moją słabość), lecz było stresujące dla mnie, że jestem najpowolniejszym rowerzystą. W końcu kiedyś byłem mistrzem Małopolski w skoku o tyczce, a tu taki dziadyga! No dobrze, tłumaczyłem sobie, musisz potrenować, jesteś po raz pierwszy na rowerze od kilkudziesięciu lat, na ten raz możesz im odpuścić.
Do tamy i z powrotem pod "Jubilat", później do klasztoru Norbertanek, następnie wokół Błoń, razem 16 kilometrów w dwie godziny. Pewnie to nie był jakikolwiek rekord, lecz, przypominam, to pierwszy raz od wielu lat na rowerze. Następnego dnia, postanowiłem sobie, muszę poprawić czas o piętnaście minut.

Niestety, nie dano mi sznasy pobić rekordu trasy. Następnego dnia bolały mnie łydki i pośladki. Mimo to nie nie zrezygnowałem z jazdy, tylko wpierw podjechałem do punktu Toto Lotka na Dolnych Młynów, żeby kupić kupon "Dużego Lotka" i wygrać 18 000 000 zł. Rower zostawiłem pod sklepem, zagrałem w Totka, a gdy wyszedłem na ulicę, roweru już nie było.

Zamierzałem zgłosić kradzież na policji, ale znowu nie chciałem aby "mój" dzielnicowy pomyślał, że jestem starym głupkiem. Bo, dopóki co, traktuje mnie serio. Tylko nie wiem co Tomek sobie o mnie pomyśli. Ten rower chyba kosztował z półtora tysiąca złotych.