poniedziałek, 19 lipca 2010

R.S. POCIESZA MNIE.

Od śmierci Marylki zmieniłem się. Sam to zauważam i zauważają inni. Postarzałem się, nic mi się nie chce i właściwie niczego już nie oczekuję od życia. Myślałem, że pomysł, aby napisać książkę, przyda mi werwy, wyrwie mnie z odrętwienia, nada jakiś cel końcówce mojego życia. Ale, zdaje się, zrealizowanie tego pomysłu jest ponad miarę moich możliwości.

Odwiedziłem R.S., mojego znajomego pisarza. On powiedział:
- W pana wieku pisze się raczej wspomnienia. Nad pierwszą powieścią zazwyczaj pracuje się kilka lat i jest to, wbrew temu co niektórzy myślą, bardzo męczące zajęcie. Ale w twórczości nie ma żadnych żelaznych reguł, można zadebiutować mając osiemnaście lat i osiemdziesiąt.
- Czyli co, mam przestać myśleć o pisaniu powieści?
- Ależ skąd, panie Karolu. Za panem przemawia, że wybrał pan Chrystusa za bohatera swojej powieści. To zaskakujące. Nie słyszałem, żeby ostatnio ktoś napisał o Chrystusie. I to jeszcze o Chrystusie w czasach nam współczesnych. Już sam ten pomysł jest intrygujący. I skoro taki pomysł przyszedł panu do głowy to, kto wie, może nie na darmo. Niech pan pisze.

Więc piszę. Ale wciąż nie wyszedłem poza kilka zdań, które mi zostały z kilkunastu zapisanych stron.

wtorek, 6 lipca 2010

DWA NIEDOSZŁE ROZWODY

Siedziałem na ławce na cmentarzu salwatorskim obok ściany, gdzie jest wmurowana urna z prochami Marylki. Przypomniało się mi, że Marylka dwa razy chciała się ze mną rozwodzić, bo dochodziła do wniosku, że nie kocham jej tak na zabój jak ona mnie.

Zbliżał się dzień pierwszego procesu rozwodowego, za ugodą, bez podziału majątku, dzieci dorosłe. Adwokaci powiedzieli, że proces potrwa godzinę i ja i Marylka będziemy stanu wolnego, czyli rozwiedzionymi. Wiadomo, sytuacja napięta, bo tego rodzaju sprawy w sądzie nigdy nie należą do przyjemnych. Tym bardziej, że ja wcale nie chciałem rozwodu, tylko Marylka. Ale uznałem, że skoro jej na tym zależy, nie będę przeciwko. Chociaż byłem.

W te dni przed wizytą w sądzie byliśmy wobec siebie grzeczni i dobrzy jak mało kiedy. Nie będzie przesady, jeśli napiszę, że jedno dla drugiego w ogień by wskoczyło. Tylko że z tej grzeczności i dobroci zrobiło się tak, że na dzień przed rozprawą rozwodową poszliśmy do łóżka i było przyjemnie jak..., no, jak zawsze. Nasi adwokaci przy każdej okazji przypominali nam, abyśmy nie ulegli tego rodzaju słabości, bo sąd uzna, że małżeństwo nie uległo rozpadowi.
Jeszcze przed wyjściem z łóżka zaproponowałem Marylce:
- To może jednak nie rozwiedziemy się.
- Nie - zdecydowanie rzekła Marylka. - Przez jedną chwilą słabości nie będziemy zmieniać naszych planów. Tylko nie zdradź w sądzie, że to zrobiliśmy.
Już nie chciałem mówić, że to nie był nasz plan, tylko jej.

Poszliśmy do Sądu. Sędzina, ostrzegając mnie wcześniej, że za mówienie nieprawdy grozi mi... (już nie pamiętam co), zapytała:
- Czy w ostatnim czasie doszło pomiędzy panem a żoną do zbliżenia seksualnego?
Minutę milczałem, bijąc się z myślą: kłamać, czy jednak mówić prawdę?
Wreszcie rzekłem: tak.
Mój adwokat pociągnął mnie za rękę tak mocno, że mało nie wyrwał z ramienia, aż krzyknąłem do niego: "Niech mnie pan przynajmniej w sądzie nie molestuje!". Bo muszę przyznać, że mój adwokat jakoś nie polubił Marylki. Uważał, że ona manipuluje moim życiem i moimi uczuciami. Był zdecydowanie za tym, żeby sprawa zakończyła się rozwodem. Poza tym był to miły facet.
Sędzina po moim okrzyku zapytała:
- Czy mecenas X molestuje pana poza budynkiem sądowym?
- Nie, skądże - odrzekłem.
- To proszę nie rzucać nieprawdziwych oskarżeń - napomniała mnie.
- Przepraszam, Wysoki Sądzie, wyrwało mi się takie nieprawdziwe stwierdzenie.
Sędzina jeszcze raz zapytała:
- Czy w ostatnim czasie pomiędzy panem a żoną doszło do zbliżenia seksualnego?
- Tak - powtórzyłem, bo już nie mogłem inaczej.
- Kiedy to było? - dociekała.
- Stosunkowo dawno.
- Proszę dokładniej określić czas.
- Wczoraj.
- Wczoraj? - zaskoczyło sędzinę. Przecież to całkiem niedawno.
- Ale to było jeszcze przed południem - tłumaczyłem.
Sędzina nie wzięła pod uwagę tej różnicy w czasie.
Z rozwodu nici. Musieliśmy zapłacić adwokatom i koszta procesu rozwodowego.

Po kilku latach Marylka znowu naparła na mnie, że jest niedobrą żoną, że zasługuję na lepszą kobietę niż ona, bo przysparza mi tylko zgryzot i tak dalej, że powinienem w życiu zaznać więcej szczęścia niż dotąd.
Wcale tak nie uważałem, a co do szczęścia, to właśnie życie bez Marylki byłoby dla mniej największym nieszczęściem. Lecz kochałem Marylkę i myślałem, że skoro tak bardzo nie chce żyć ze mną, widocznie nie odpowiadam jej jako mąż i muszę się z tym pogodzić.

Żeby znowu nie stało się tak, jak przedtem, dwa miesiące przed procesem rozwodowym Marylka wyjechała do kuzynki w Zakopanem.

Proces. Znowu bez orzekania o winie i bez podziału majątku. Żeby mi było łatwiej kłamać (no bo jednak dwa razy pojechałem do Zakopanego), przed pójściem do sądu wypiłem kilka kieliszków wódki.
Sędzina zadała sakramentalne pytanie:
- Czy w ostatnim czasie pomiędzy panem a żoną doszło do zbliżenia seksualnego?
- Nigdy do czegoś takiego nie doszło - odpowiedziałem. - Moje małżeństwo nie zostało skonsumowane.
Tym razem to nie ja milczałem minutę, tylko Wysoki Sąd zaniemówił na dłuższą chwilę, nim wreszcie sędzina rzekła:
- Przecież państwo macie dwójkę dzieci.
- Mamy, lecz jakim sposobem, nie mam pojęcia.
Wtedy Marylka nie wytrzymała i krzyknęła:
- To są moje i Karola dzieci! Kocham go!
Znowu musieliśmy zapłacić adwokatom i pokryć koszta procesu. Już więcej nie rozwodziliśmy się. Kochana Marylka.

piątek, 2 lipca 2010

CHRYSTUS - BAT NA KLER

Siedzę po kilka godzin nad zeszytem i męczę się z "moim" Chrystusem. Nie może być, że powodowany tylko ciekawością pojawił się na tym świecie. Wprawdzie to nie ma być "poważna" powieść, lecz pewien rodzaj zabawy, to mimo wszystko Chrystus powinien mieć jakąś misję do spełnienia. Ale nie, żeby zwykłym ludziom ukazywać ich grzechy, przywary, czy napominać ich aby mądrzej i roztropniej żyli. Przeciętny zjadacz chleba zawsze będzie miał jakieś grzechy na sumieniu. Chrystus doskonale o tym wie.

Zastanawiam się, czy nie zrobić tak, aby celem pobytu Chrystusa w Krakowie było "zdyscyplinowanie" sług kościoła, proboszczów, kapłanów, zakonników, sióstr zakonnych, bo Bóg wymaga od nich chyba więcej niż od zwykłych śmiertelników. Słudzy Pana, namaszczeni różnymi funkcjami, zamiast dawać przykład jak godziwie żyć, w ukryciu grzeszą na potęgę. Pedofilia, nieślubne dzieci, uwielbienie wygodnego życia, uważanie (mimo to!) siebie za lepszych od innych, alkohol, hazard, finansowe przekręty. Tylko niech ktoś nie myśli, w związku z powyższym, że jestem wrogiem Kościoła.

Zachowanie się księży powoduje coraz mniejsze uczestnictwo katolików w mszach, coraz mniej powołań do zakonów, malejąca liczba seminarzystów, a przecież prawdziwych katolików, wierzących w Jezusa Chrystusa, wcale nie ubywa. Oni tylko nie chcą mieć do czynienia z takimi sługami Kościoła. Już samo pójście do Kościoła stanowi teraz problem, bo człowiek nie jest pewien, czy w konfesjonale nie siedzi większy grzesznik od spowiadającego się. To nie jest wygodna i sprzyjająca sytuacja do otwarcia się przed Bogiem. Ja to robię tak, jak to czynią protestanci. Spowiadam się bezpośrednio przed Bogiem. Nie mam z tego powodu niespokojnego sumienia, raczej większy komfort spowiedzi.

Ale, wracając do mojego Chrystusa, to coraz bardziej się przekonuję (przynajmniej w tej chwili), że On, jako pewien rodzaj bata na kler (nie wiem jeszcze, jakby to technicznie i etycznie wyglądało) to dobry pomysł i alibi dla nieoczekiwanego zjawienia się Chrystusa. Jest tylko problem, że nie bardzo się orientuję, co na naprawdę dzieje się za murami kościołów, klasztorów, seminariów, a nie chciałbym popaść w przesadną groteskę, żeby z kolei nie urazić uczciwych księży.

Pragnąłbym poznać kogoś, kto mógłby mi opowiedzieć o "świętych" grzesznikach w kościele. Tylko kto się na to odważy? Gwarantuję, że nie będzie to wulgarna powieść, tylko taka bardziej prześmiewcza, bo w gruncie rzeczy i "mój" Chrystus do końca nie wiadomo, czy jest (będzie) prawdziwym Jezusem Chrystusem?

czwartek, 24 czerwca 2010

INNE OBLICZE

Zrobiłem porządek na biurku. Usunąłem z niego wszystkie szpargały, jakieś karteczki z niepotrzebnymi zapiskami i telefonami, stare nożyczki, klej, śrubokręt, zepsuty budzik i zegarek bez baterii, przeczytane książki, kalendarze z poprzednich lat... Zebrał się tego cały kosz. Następnie umeblowałem biurko w lampkę nocną, czterystostronicowy zeszyt, pióro, czarny atrament i Pismo Święte małego formatu.
Postanowiłem wreszcie zabrać się na poważnie do pisania książki o Jezusie Chrystusie, który niespodziewanie pojawił się w Krakowie. Jeszcze nikt nie wie, że to jest Chrystus, sam przyszły autor-narrator ma co do tego wątpliwości.

Dlaczego książka o Chrystusie? Sam nie wiem. Ale znam tę postać. Pismo Święte to moja ulubiona lektura od lat, nigdy mi się znudziło czytanie jej. Czytelnicy mojego blogu są tym pewnie zaskoczeni, bo życie emeryta polskiego jakoś nie dostarczało dowodu, że jestem wiernym i stałym czytelnikiem Starego i Nowego Testamentu. Tym bardziej, że moje postępowanie i przemyślenia nie miało nic wspólnego, że się tak górnolotnie wyrażę, ze świętością. Nawet nie jestem dobrym katolikiem, którym stałem się gdzieś w pięćdziesiątym roku życia. Do kościoła na mszę częściej nie chodzę niż chodzę. Ale gdy jestem na mszy zawsze przystępuję do komunii, wcześniej spowiadam się tylko Bogu. Ostatnio codziennie oddaję się pod opiekę mojego Anioła Stróża, nie zaszkodzi. Wiem, że mojego Stróża muszę ogromnie denerwować swoim postępowaniem. Ale też zdaję sobie sprawę, że Bóg nie stworzył mnie na świętego czy męczennika i trzeba się z tym pogodzić.

Długo trwało nim uwierzyłem w historyczność Jezusa i Jego boskie pochodzenie, czyli w to, że był jednocześnie człowiekiem i Bogiem. Jego życie było tak niesamowicie niewiarygodne, że nikt nie potrafiłby i nie odważyłby się tego opisać, żeby nie wyjść na idiotę lub grafomana. Ewangelie to są opowieści nie z tego świata. Nie da się ich podrobić, nawet nie da się podrobić ich stylu, narracji (wielu daremnie próbowało). A mimo to są tak napisane, z jakąś wewnętrzną wiarą i przekonaniem, że można czytać je jak reportaż. Poza tym zafrapowała mnie mądrość Chrystusa i Jego poczucie humoru, poza tym to, że nie odwołuje się ciągle do Boga Ojca jako ostatecznej wyroczni, chociaż oczywiści także to czyni, trudno, żeby inaczej.

Tacy ludzie, jeśli nie są Bogami, nie istnieją na świecie. Jest tylko jeden. Nie pisałem na blogu o mojej fascynacji Chrystusem, bo to, co głęboko w duszy, zostawiam dla samego siebie. "Studiuję" Chrystusa, lecz nie na takiej zasadzie, jak to czynią niektórzy księża, którzy lubują się w czytaniu książek o Jezusie Chrystusie, rozmyślaniu o nim, stawianiu go za przykład innym, zapominając, że Chrystus ukazał się nie po to, aby studiować Jego życie i nauki jak jakiegoś wielkiego myśliciela, ale aby w miarę możliwości naśladować Jego życie. Piszą o nim książki, traktaty, cytują Jego słowa w kazaniach, nauczają w Jego imieniu, a sami zachowują się jak... tu mi niestety przychodzą na myśl brzydkie słowa.

Porywać się z motyką na słońce? Pewnie to się do mnie odnosi. Mimo wszystko spróbuję.
Mój Chrystus, w przeciwieństwie do Chrystusa z Palestyny, gdzie przeżył dzieciństwo, terminował u ojca jako prawdopodobnie cieśla, uczęszczał do synagogi, nie zna współczesnego świata, nie wszystko rozumie co się na nim dzieje, a do zrozumienia nie chce angażować swej boskiej wiedzy. Minęło dwa tysiące lat, odkąd tutaj był, wiele rzeczy jest mu całkowicie nieznanych. Jestem ciekaw Jego reakcji jako człowieka i reakcji ludzi na jego nauki i zachowanie. Nie mam żadnego opracowanego z góry klucza, jak to wszystko będzie wyglądać, nastawiam sie raczej na "żywioł", intuicje, znajomość ludzi i samego siebie.
Najwyżej (to mi teraz wpadło do głowy) pójdę do znajomego pisarza R.S., zdradzę mu mój projekt i zasięgną porady (której, jak go znam, na pewno mi nie udzieli). W każdym razie na pewno mnie nie wyśmieje i nie odstręczy od pisania. Może tylko przerazi go mój zamysł.

Nabrałem atramentu do pióra. Wypiłem kilka herbat, kaw. Zapisałem i skreśliłem
kilkanaście zdań. Nabazgrałem kilka nic nie znaczących rysunków. Minęło sześć godzin i nic. Cierpliwości, mówię sobie. Trzeba czekać aż się duża otworzy, jeśli otworzy.

niedziela, 13 czerwca 2010

POWRÓT DO ŻYCIA?

Młody, około trzydziestoletni chirurg, obejrzał zdjęcia rentgenowskie i rzekł zadowolony:
- Panie Karolu, wszystko się pięknie zrosło i szybko, jak na pański wiek.
- Co, doktorze, czy ja mam sześćset lat? - powiedziałem trochę opryskliwie, bo w ustach lekarza słowa "pański wiek" zabrzmiały jakbym był matuzalemem.
- Bez urazy - roześmiał się chirurg. - Ale młodzikiem to pan nie jest. Choć, pod pewnym względem... - nie dokończył.
- Słucham, słucham - wiedziałem o co mu się rozchodzi.
- Przywieźli pana do szpitala nieprzytomnego. Powinien pan mieć zwiotczałe wszystkie mięśnie, a u pana jeden organ znajdował się w gotowości do natychmiastowego działania.
- Wyjaśniłem pańskiemu koledze, dlaczego tak mam.
- Zazdrości panu. Proszę zdradzić, jak długo znajdował się pan pod działaniem prądu podczas naprawy żyrandola? Może ja też poddam się podobnej kuracji.
- Do tego trzeba jeszcze spaść z drabiny - powiedziałem.
- To już za duże ryzyko - orzekł chirurg.

Niektórym mężczyznom wydaje się, że to wielka wygoda mieć ten organ ciągle w stanie wzwodu. Już przywykłem, ale z początku nie mogłem tego znieść. Przeszkadzało mi to w czasie chodzenia, siedzenia, leżenia. Idąc ulicą wydawało się mi, że wszyscy widzą mojego fiuta. Musiałem zrezygnować z kąpieli w publicznych miejscach i opalania się na plażach, bo ludzie myśleliby, że jestem zboczeniec. Teraz, okazało się, że i po wypadku na rowerze też z tego powodu stanowiłem sensację w szpitalu, a i pewnie wzbudzałem rozbawienie. Jedna z pielęgniarek powiedziała mi, że pomyślała iż mam sen erotyczny.

Nic na to nie poradzę. Są jednak sytuacje, kiedy ta moja dolegliwość jest wielce przydatna. Wczoraj się mi przydała. Pewnie dlatego przypomniała mi się ta rozmowa z chirurgiem.
Czasami zastanawiam się, czy już leżąc w trumnie, ten organ pozostanie dalej w stanie gotowości? Niechby ktoś, dla ciekawości, sprawdził to.

środa, 2 czerwca 2010

STARCIE Z AUTEM

Powinienem był poprosić Maćka, żeby napisał: "Dziadek miał poważne starcie z autem i leży w szpitalu. Przez kilka tygodni na pewno nic nie napisze w tym blogu".
Powinienem, ale czy ja miałem głowę, żeby myśleć o blogu? Jakby to była nadzwyczaj ważna część mojego życia? Człowiek leży unieruchomiony opatrunkami gipsowymi, chce mu się wyć z bólu i poczucia zniewolenia, zastanawia się, czy będzie mógł chodzić bez pomocy kul czy laski, mimo woli rozmyśla o dzieciach, wnukach, o zmarłych w rodzinie, żałuje, że czegoś tam w życiu nie zrobił albo zrobił. Leżenie i myślenie - to straszna rzecz.

Wpadłem pod auto, ale winni temu byli dwaj rowerzyści, którzy się ścigali na wąskiej ścieżce wału przeciwpowodziowego przy Rudawie.
To był jeden z nielicznych na początku maja ciepły, słoneczny dzień. Pomyślałem, że czas aby po zimie przewietrzyć płuca i uruchomić sflaczałe mięśnie. Wsiadłem na mojego starego, lecz niezawodnego oscara. Objechałem Błonia dokoła i popedałowałem na wał nad Rudawą. Po kilkuset metrach dostrzegłem jadących naprzeciwko mnie dwóch rowerzystów w kaskach. Zjechałem na prawą stronę. Oni jechali jeden obok drugiego. Najwyraźniej ścigali się, kto pierwszy dojedzie do jakiegoś upatrzonego miejsca. Głowy mieli pochylone, nie zwracali uwagi co jest przed nimi. Liczyłem, że mnie jednak zobaczą i jeden z nich zrobi mi miejsce. Ale gdzie tam. W ostatniej chwili odruchowo zjechałem z wału na asfaltówkę biegnącą równolegle do wału. Nie widziałem auta, które jechało w tym samym kierunku co i ja, tylko kilka metrów z tyłu. Nagle zobaczyłem bok auta przed sobą i przerażoną twarz trzydziestoletniego kierowcy. I to jest tyle, co pamiętam z wypadku.

Oprzytomniałem w szpitalu. Potłuczona głowa (bez wstrząsu mózgu), złamana ręka i potrzaskane wszystkie żebra po prawej stronie. Rower wyszedł z tego bez szwanku, nawet jedna szprycha nie zgięta.

Czy ktoś wie, jak bolą połamane żebra, gdy się zakaszle? Ja już wiem. Kości rzekomo ładnie się zrosły. Jeszcze około dwa tygodnie rekonwalescencji i znowu będę mógł wsiąść na mojego niezawodnego oscara. Szkoda, że nie potrafię rozpoznać tych dwu szalonych rowerzystów. Coś wymyśliłbym na nich. Kierowca auta, na które wpadłem, powiedział, że ci się nawet nie zatrzymali, choć odwrócili głowy i musieli widzieć wypadek, który spowodowali.

wtorek, 4 maja 2010

OGARY POSZŁY W LAS

Widzę i odczuwam, że w moim życiu zaczęły się powtórki. Znowu taka sama wiosna, znowu piękne dziewczęta na ulicach, znowu zacznę chodzić na dłuższe spacery do rezerwatu bażanta wielkiego i na kopce. Ale na wyjazd do Egiptu, czy jakiegoś innego ciepłego kraju, na pewno nie dam się Katarzynie namówić. Nie chce mi się tam lecieć, z poza tym to też byłaby powtórka.

Z myślą o pisaniu powieści kupiłem zeszyt dwustukartkowy A-4, nowe pióro i czarny atrament. Mam pewien zamysł co do książki. Nie wiem, czy jestem w stanie zrealizować ów pomysł. Wcześniej chciałem po prostu opisać swoje życie, lecz doszedłem do wniosku, że to byłaby kolejna nudna powieść o Polaku, który nic wielkiego nie zrobił, nie przeżył nic wyjątkowego, który nie jest nazbyt mądry. To byłby zapis nieudanego życia, frustracji, kompleksów. Jeszcze jedna historia o nieudaczniku, coś w rodzaju "Dzień świra".

Od pewnego czasu, jeśli chodzi o powieść, myślę o napisaniu książki o Jezusie Chrystusie, który w 2010 roku pojawia się w Krakowie. Nie wiadomo, czy to sam Chrystus, ale jest podobny do postaci z całunu turyńskiego i zachowuje się jak Chrystus, naucza, uzdrawia, czyni cuda. Trzeba przyznać ( sam sobie to przyznaję) ambicji mi nie brakuje.

Chwilę siedziałem nad zeszytem. Szukałem w głowie pierwszego zdania powieści, takiego zdania, które zaintrygowałoby czytającego i mnie samemu dałoby podnietę do pisania kolejnych zdań. I wiecie, co napisałem? To: OGARY POSZŁY W LAS. Tak, to pierwsze zdanie z powieści: "Popioły" Stefana Żeromskiego (chyba pamięć mnie nie myli?). Jaki związek mają ogary z Chrystusem? Żadnego związku, ja przynajmniej takiego nie dostrzegam.
I teraz siedzą te OGARY we mnie. Piękna, prosta fraza. Co chwila powtarzam: OGARY POSZŁY W LAS. I widzę i słyszę te psy gończe, za nimi widzę jeźdźców na koniach. Napisać coś podobnie krótkiego, a tak mocno działającego na wyobraźnię!

Później napisałem: CHRYSTUS USIADŁ NA ŁAWCE NA PLANTACH. NIE ZAUWAŻYŁ, ŻE ŁAWKA JEST ŚWIEŻO POMALOWANA. Nie mam pewności, ale zdaje się, że jest coś intrygującego w tych dwu zdaniach. Przynajmniej da się rozwinąć jakąś akcję, bo na przykład, ktoś zwróci uwagę, że Chrystus jest ubrudzony farbą, albo będzie się śmiał, że się ubrudził farbą. Wówczas Chrystus będzie musiał kupić spodnie i pójdzie do jakiejś galerii handlowej. Z moich doświadczeń kupowania spodni pamiętam, że wszystkie miały albo za długie nogawki, albo za krótkie. W wypadku Chrystusa też musiałoby tak być, przecież nie uczyni cudu i nie sprawi, że nogawki będą w sam raz, bo to nie w Jego stylu.