Starość może być piękna, pod warunkiem, że się o niej nie zapomina i nie nadużywa trunków. Ja nadużyłem i zapomniałem, że jestem stary. Po wypiciu kilku lampek ( moja kochana Marylka, nieboszczka, nazywała je lampionami) wina, uskrzydlony wyszedłem z kamienicy i zaraz leżałem na chodniku jak ptak z przetrąconym skrzydłem. Nie będę zwalał winy na oblodzony chodnik, bo powinienem tuptać, stawiać małe kroczki, opierać się o kamienicę, albo zacząć chodzić z laską, a nie spieszyć się jak młodzieniec na spotkanie z ukochaną. Tym bardziej, że nigdzie się nie spieszyłem.
A tak naprawdę, to czy starość może być piękna gdzie indziej niż w filmie amerykańskim?
Leżę z ręką w gipsie i z obolałą zwichniętą stopą, też w gipsie. Lekarz powiedział:
- To jest tylko niegroźne pęknięcie kości nadgarstka, ale w pana wieku każdy taki uraz to już poważna sprawa.
- Niech mi pan nie wypomina mojego wieku - rzekłem ze złością, bo w pokoju zabiegowym była młoda pielęgniarka i ja znowu zapomniałem o tym, że jestem stary, i zaczęło mi się w głowie coś roić.
Codziennie przychodzi Maciek, żeby zagrać z dziadkiem w szachy. Wczoraj zrobiło się mi żal Maćka, bo uzmysłowiłem sobie, że on jest z tego przejściowego pokolenia cywilizowanego świata, które nie może liczyć na jakieś wielkie przygody. Na przykład wyjść na szczyt góry, na którym jeszcze nie stanęła ludzka noga. Za moich młodych lat Czomolungma była dziewiczą górą, a dzisiaj droga na jej szczyt jest zaśmiecona puszkami po coca coli i workami foliowymi. W dżunglach Ameryki Południowej jeszcze nie tak dawno były miejsca, na których nie spoczęło ludzkie oko, a dzisiaj te miejsca są wykarczowane i rośnie tam koka. Za moich młodych lat o wyprawach na księżyc to nawet nie pisali autorzy fantastyczno-naukowych książek, taką wydawało się to mrzonką. A, zobaczycie, za trzydzieści lat księżyc będzie tak obesrany, jak dzisiaj lasy i górki w pobliżu większych miast. Za moich lat Afryka była rajem dla milionów zwierząt, z którymi tubylcy żyli w mniejszej lub większej zgodzie. Dzisiaj Murzyni strzelają do zwierząt z kałasznikowów, choć częściej strzelają do samych siebie, i raju już dla nikogo nie ma w Afryce. Maciek nawet nie może pojechać do Afryki na safari, bo prawdziwych safari też już nie ma. W Kenii wypuszczają z klatki (tak, żeby myśliwy tego nie widział) dzikiego zwierza naszprycowanego środkami nasennymi, no i dalej wiadomo.
Maćka nic ciekawego nie czeka w tego rodzaju dziedzinie przygód. Wszystko jest odkryte, wszystko jest zdobyte, wszystko jest sfilmowane. Śmieszą mnie organizowane tu i tam kursy przeżycia w trudnych warunkach naturalnych, w dżungli czy pustynnym pustkowiu. Dla kogoś, kto ma telefon komórkowy, GPS i śmigłowiec na wezwanie, nie ma trudnych warunków naturalnych. Trzeba organizować kursy przeżycia w wielkich miastach, bo to teraz najgroźniejsze dżungle z dzikimi zwierzętami.
Moi prawnukowie będą przeżywać przygody w innych dziedzinach, a nawet w innych wymiarach. Kosmos, gdzie duże odległości i zjawiska są w miarę przewidywalne. Świat kwantów, gdzie wszystko jest mikro i zjawiska są nieprzewidywalne. To, co dzisiaj nazywamy parapsychologią, gdzie można odbywać bezcielesne podróże. Medycyna i biologia, dzięki którym stworzymy idealnego człowieka (Super Rambo?) i odtworzymy dinozaury.
Maciek już się nie załapie na te przygody. Na jedne przygody urodził się za późno, na drugie za wcześnie. Chyba że niedługo pierdykną bomby atomowe i Maciek, jeśli przeżyje, zacznie od nowa budować cywilizację ziemską.
Tak mi było żal Maćka, że urodził się w niedobrym czasie, że dałem mu wygrać w szachy. Ale on mnie przejrzał.
- Oszukuje dziadek - powiedział rozżalony. - Specjalnie postawił wieżę tutaj, żebym ją zbił.
Gdy wyzdrowieję, zaproponuję Maćkowi wyścigi na rolkach. Wówczas na pewno wygra ze mną, bez oszukiwania z mojej strony. Chociaż, jeśli miesiąc wcześniej zacznę trenować?
środa, 9 lutego 2011
środa, 26 stycznia 2011
SŁAWA I BOGACTWO
Miałem dzisiaj przepisać ostateczny początek powieści o Chrystusie, ale ogarnęły mnie marzenia o sławie i bogactwie, jakie mnie czekają po napisaniu tej książki. Tym razem skupiłem się bardziej na bogactwie, bo sławę już jakiś czas temu przerobiłem. I ze sławą dobrze mi było, nie przewróciło się mi w głowie. Dalej rozpoznawałem tych, których znałem wcześniej. Nie jestem niedopierzonym młodzikiem, który nie potrafi godnie przyjąć światowej sławy. Ja potrafiłem. Tylko musiałem uważać na zaloty kobiet, bo to nie wiadomo, czy urzekła je moja inteligencja, wdzięk, uroda, czy raczej sława, dzięki której można występować w telewizji, bywać na warszawskich salonach itp. No, bez obawy, nie jestem idiotą. Na mężczyznę w moim wieku nie patrzy się pod kątem urody czy inteligencji, tylko sprawdza się portfel, czy gruby. Nie dałem zrobić z siebie jelenia.
Co do pieniędzy. Po sprzedaniu w Polsce kilkuset tysięcy egzemplarzy powieści, po przetłumaczeniu jej na angielski, hiszpański i kilka innych języków, po sprzedaniu praw do filmu, po sprzedaniu mojego nazwiska i mojej twarzy do celów reklamowych, po pobraniu zaliczek od wydawców i producentów filmowych za następną, jeszcze nie napisaną powieść (w tym wypadku postąpiłem trochę perfidnie, zważywszy na to, ile mam lat), więc po sprzedaniu tego wszystkiego wyszło mi, że zarobiłem 12 milionów złotych.
Teraz wydatki. W pierwszym rzędzie pomnik myszy, wielkości już nie krowy, ale słonia afrykańskiego. Przy pomniku wystawię Centrum Pamięci Myszy, z żywymi eksponatami. W Centrum będzie się także mieścić schronisko dla stworzeń, które przeżyły eksperymenty medyczne. Kinga, gdy zobaczy to dzieło, będzie sobie pluć w brodę, że tak szybko skreśliła mnie jako interesującego człowieka.
Naturalnie o siebie i innych też zadbam. Kupię w centrum Krakowa dużą kamienicę. Na najwyższym piętrze będzie moje mieszkanie. Poniżej otworzę kluby dla alkoholików, narkomanów, seksoholików i zakupoholików. W tych klubach wszystko będzie za darmo i będzie obowiązywał parytet 35% kobiet. Jeśli nie znajdzie się tyle kobiet, to moi współpracownicy dobiorą z kobiet nieuzależnionych. Na parterze kamienicy urządzę salę podobną do sejmowej sali posiedzeń w Warszawie i udostępnię ją politykom, którzy wypadli z wielkiej polityki z powodu korupcji, głupoty, czy popełnienia innych przestępstw. Tylko że politycy będą musieli płacić za wejście do mojej sali sejmowej.
Do diabła! Herbata mi się skończyła, a emerytura dopiero pojutrze wpłynie na moje konto. Na szczęście mam dwie butelki wina Sophia.
Jakoś tak niemal duszkiem, jak przystało na sławnego i bogatego, wypiłem butelkę wina, i odechciało się mi dalej pisać. Szkoda, bo nie zdążyłem wspomnieć o jeszcze jednym projekcie, chyba najwspanialszym, choć bardzo kosztownym.
Co do pieniędzy. Po sprzedaniu w Polsce kilkuset tysięcy egzemplarzy powieści, po przetłumaczeniu jej na angielski, hiszpański i kilka innych języków, po sprzedaniu praw do filmu, po sprzedaniu mojego nazwiska i mojej twarzy do celów reklamowych, po pobraniu zaliczek od wydawców i producentów filmowych za następną, jeszcze nie napisaną powieść (w tym wypadku postąpiłem trochę perfidnie, zważywszy na to, ile mam lat), więc po sprzedaniu tego wszystkiego wyszło mi, że zarobiłem 12 milionów złotych.
Teraz wydatki. W pierwszym rzędzie pomnik myszy, wielkości już nie krowy, ale słonia afrykańskiego. Przy pomniku wystawię Centrum Pamięci Myszy, z żywymi eksponatami. W Centrum będzie się także mieścić schronisko dla stworzeń, które przeżyły eksperymenty medyczne. Kinga, gdy zobaczy to dzieło, będzie sobie pluć w brodę, że tak szybko skreśliła mnie jako interesującego człowieka.
Naturalnie o siebie i innych też zadbam. Kupię w centrum Krakowa dużą kamienicę. Na najwyższym piętrze będzie moje mieszkanie. Poniżej otworzę kluby dla alkoholików, narkomanów, seksoholików i zakupoholików. W tych klubach wszystko będzie za darmo i będzie obowiązywał parytet 35% kobiet. Jeśli nie znajdzie się tyle kobiet, to moi współpracownicy dobiorą z kobiet nieuzależnionych. Na parterze kamienicy urządzę salę podobną do sejmowej sali posiedzeń w Warszawie i udostępnię ją politykom, którzy wypadli z wielkiej polityki z powodu korupcji, głupoty, czy popełnienia innych przestępstw. Tylko że politycy będą musieli płacić za wejście do mojej sali sejmowej.
Do diabła! Herbata mi się skończyła, a emerytura dopiero pojutrze wpłynie na moje konto. Na szczęście mam dwie butelki wina Sophia.
Jakoś tak niemal duszkiem, jak przystało na sławnego i bogatego, wypiłem butelkę wina, i odechciało się mi dalej pisać. Szkoda, bo nie zdążyłem wspomnieć o jeszcze jednym projekcie, chyba najwspanialszym, choć bardzo kosztownym.
sobota, 22 stycznia 2011
BUDOWA POMNIKA MYSZY ODDALA SIĘ
Nikogo nie mogę namówić, żeby wraz ze mną podjął się budowy największego na świecie pomnika myszy. Nie przemawia do nich, że w dziejach nowoczesnej medycyny miliony myszy zginęło, cierpiąc przy tym, podczas testowania na nich różnego rodzaju lekarstw, które później służyły ludziom. Tak szybki postęp nauk medycznych, jaki nastąpił w ostatnich kilkudziesięciu latach, czyli za mojego życia, zawdzięczamy właśnie stworzeniom, od muszek owocowych poczynając a kończąc na szympansach. Mysz na pomniku byłaby symboliczną przedstawicielką tych wszystkich udręczonych stworzeń, które, wyrażając się pompatycznie, oddały swe życia dla poprawy zdrowia ludzkości.
Gdy mówię o mojej idei, tym pomniku, w odpowiedzi słyszę, że myszy to szkodniki, bo zjadają zboże, i dlaczego szkodnikom stawiać pomnik? Jedna ze znajomych powiedziała, że w jej letnim domku myszy przez zimę tak nasmrodziły swoimi odchodami, że musiała pomalować ściany i podłogi wymieniać na nowe, więc ona nie dołoży ręki ani pieniędzy do pomnika myszy. Inna znajoma boi się myszy i na myśl, że miałaby oglądać mysz wielkości krowy, dostaje nerwowych drgawek.
Nikt się nie przejmuje smutnym losem doświadczalnych zwierząt. A gdy jeszcze się dowiadują, że taki pomnik musi kosztować około dwóch milionów złotych, od razu stwierdzają, że te pieniądze lepiej przeznaczyć na jakiś charytatywny cel.
W tej sytuacji muszę na razie odłożyć budowę pomnika myszy. Powinienem z tym pomysłem dotrzeć do młodych ludzi, co dla człowieka w moim wieku nie jest łatwe. Młodzi myślą, że ja już nie zdążę zrealizować żadnego większego zamierzenia.
W budowie pomnika jestem zależny od innych. To jest za duże przedsięwzięcie jak na jedną osobę, choćby nawet tą osobą był były mistrz Małopolski w skoku o tyczce, były profesor historii w liceum, była "złota rączka" z własną firmą remontową, obecny miły i inteligentny starszy pan - to wszystko w jednym.
Ale jeśli idzie o pisanie powieści, to tutaj wiele, jeśli nie wszystko, zależy ode mnie. I w ostatnim czasie skupiłem się na pisaniu. Mam nowy początek powieści o Chrystusie we współczesnym Krakowie. Mam nadzieję, że to jest ostateczny początek. Nie mogę wiecznie tylko zaczynać powieść, trzeba ruszyć dalej.
Za kilka dni napiszę tutaj ów początek.
Gdy mówię o mojej idei, tym pomniku, w odpowiedzi słyszę, że myszy to szkodniki, bo zjadają zboże, i dlaczego szkodnikom stawiać pomnik? Jedna ze znajomych powiedziała, że w jej letnim domku myszy przez zimę tak nasmrodziły swoimi odchodami, że musiała pomalować ściany i podłogi wymieniać na nowe, więc ona nie dołoży ręki ani pieniędzy do pomnika myszy. Inna znajoma boi się myszy i na myśl, że miałaby oglądać mysz wielkości krowy, dostaje nerwowych drgawek.
Nikt się nie przejmuje smutnym losem doświadczalnych zwierząt. A gdy jeszcze się dowiadują, że taki pomnik musi kosztować około dwóch milionów złotych, od razu stwierdzają, że te pieniądze lepiej przeznaczyć na jakiś charytatywny cel.
W tej sytuacji muszę na razie odłożyć budowę pomnika myszy. Powinienem z tym pomysłem dotrzeć do młodych ludzi, co dla człowieka w moim wieku nie jest łatwe. Młodzi myślą, że ja już nie zdążę zrealizować żadnego większego zamierzenia.
W budowie pomnika jestem zależny od innych. To jest za duże przedsięwzięcie jak na jedną osobę, choćby nawet tą osobą był były mistrz Małopolski w skoku o tyczce, były profesor historii w liceum, była "złota rączka" z własną firmą remontową, obecny miły i inteligentny starszy pan - to wszystko w jednym.
Ale jeśli idzie o pisanie powieści, to tutaj wiele, jeśli nie wszystko, zależy ode mnie. I w ostatnim czasie skupiłem się na pisaniu. Mam nowy początek powieści o Chrystusie we współczesnym Krakowie. Mam nadzieję, że to jest ostateczny początek. Nie mogę wiecznie tylko zaczynać powieść, trzeba ruszyć dalej.
Za kilka dni napiszę tutaj ów początek.
środa, 12 stycznia 2011
DZIEWIĘĆ DNI I NIE MA KINGI
Znajomość z Kingą nie trwała długo. Dziewięć dni. Z jej obietnic, że odda mi duszę, ciało i majątek, spełniło się tylko jedno: ciało. Wspominam je z przyjemnością. Może to jest, a raczej było, ostatnie piękne ciało w moim życiu? W hospicjum, jeśli uda się mi tam dostać przed przejściem na drugą stronę, będę miał co wspominać.
Kinga z godziny na godzinę zerwała ze mną znajomość, gdy tylko się dowiedziała, że tak naprawdę to nie buduję największego na świecie pomnika myszy, a dopiero zamierzam go wybudować. Zaś co do pisania przeze mnie powieści o Chrystusie we współczesnym Krakowie, to uznała, że to jest coś w rodzaju idee fixe, prześladująca mnie mrzonka, której nigdy nie zrealizuję.
Rozczarowałem ją. Nie byłem wielkim, jeszcze nie odkrytym twórcą, za jakiego mnie uznała podczas naszego pierwszego spotkania. Kiedy doszła do tego wniosku, od razu ujrzała mnie całkowicie innym. Przede wszystkim, że mam dwa razy więcej lat niż ona. A to, że puszczam bąki, już nie było lekceważeniem przeze mnie reguł mieszczańskiego życia, tej całej dulszczyzny (to słowo Kingi), tylko znaczyło, że jestem stary, śmierdzący cap. Moje mieszkanie, z meblami z czasów PRL-u, uznała za nędzne, brudne i, co najgorsze, urządzone bez żadnego zamysłu artystycznego.
Jak mogła być taka ślepa? - na pewno tak siebie zapytała. Gdy wychodziła z mojego mieszkania, to na twarzy miała wyraz obrzydzenia. W drzwiach powiedziała:
- Gdy mnie spotkasz na ulicy, udawaj, że mnie nie znasz. Bo ja od tej chwili ciebie nie znam. Jesteś oszustem.
Zdaje się, że miała ochotę plunąć na mnie.
Kinga z godziny na godzinę zerwała ze mną znajomość, gdy tylko się dowiedziała, że tak naprawdę to nie buduję największego na świecie pomnika myszy, a dopiero zamierzam go wybudować. Zaś co do pisania przeze mnie powieści o Chrystusie we współczesnym Krakowie, to uznała, że to jest coś w rodzaju idee fixe, prześladująca mnie mrzonka, której nigdy nie zrealizuję.
Rozczarowałem ją. Nie byłem wielkim, jeszcze nie odkrytym twórcą, za jakiego mnie uznała podczas naszego pierwszego spotkania. Kiedy doszła do tego wniosku, od razu ujrzała mnie całkowicie innym. Przede wszystkim, że mam dwa razy więcej lat niż ona. A to, że puszczam bąki, już nie było lekceważeniem przeze mnie reguł mieszczańskiego życia, tej całej dulszczyzny (to słowo Kingi), tylko znaczyło, że jestem stary, śmierdzący cap. Moje mieszkanie, z meblami z czasów PRL-u, uznała za nędzne, brudne i, co najgorsze, urządzone bez żadnego zamysłu artystycznego.
Jak mogła być taka ślepa? - na pewno tak siebie zapytała. Gdy wychodziła z mojego mieszkania, to na twarzy miała wyraz obrzydzenia. W drzwiach powiedziała:
- Gdy mnie spotkasz na ulicy, udawaj, że mnie nie znasz. Bo ja od tej chwili ciebie nie znam. Jesteś oszustem.
Zdaje się, że miała ochotę plunąć na mnie.
piątek, 24 grudnia 2010
W DOMU NA SALWATORZE
Kinga mieszka sama w dużym, przedwojennym domu na Salwatorze. Antyki, stare obrazy, dużo bibelotów, parkiet poukładany we wzory. Wnętrze robi wrażenie, mimo że jest, ale ze smakiem, zabałaganione. Widać i czuć bogactwo, na które pracowało kilka pokoleń. Bogactwo w dobrym guście. W przeciwieństwie do polskich nuworyszy, którzy wzbogacili się w ostatnich dwudziestu latach. U nuworysza czuć pieniądze, a nie bogactwo. Ma wszystko to, co najdroższe, a mieszkanie umeblowane jak z żurnala, nie widać osobowości właściciela.
Byłem pod wrażeniem domu Kingi. Gdy przemyła i opatrzyła mi rany, usiedliśmy w fotelach przy niskim, tureckim stole (tak Kinga nazwała) i zaczęliśmy rozmawiać.
- Co pan robi? - zapytała Kinga. - Tak w ogóle.
Widok starego piękna i starych pieniędzy onieśmielał mnie. Dotąd wydawało się mi, że jestem na nie odporny. A tu, z moją emeryturką, z dwupokojowym mieszkaniem i meblami z czasów PRL-u, poczułem się malutki. Do tego sama Kinga, ładna, elegancka, szczupła, wiotka. A ja jeszcze byłem w swetrze z rozprutym szwem pod pachą, bo wybierając się na sanki nie myślałem, że będę musiał zdjąć kurtkę. Koniecznie chciałem wyjść w oczach Kingi na kogoś choć trochę nietuzinkowego, aby nie czuła się rozczarowana, że uratowała życie jakiemuś prostakowi i, co gorsze, jeszcze zaprosiła do do swego rajskiego domu.
Odpowiedziałem:
- Buduję największy na świecie pomnik myszy i piszę książkę o Jezusie Chrystusie.
Kinga z wrażenia aż wstała z fotela. Wyglądała na zachwyconą tym, co usłyszała.
- Największy na świecie pomnik myszy? - patrzyła na mnie jak na zmartwychwstałego Thorvaldsena.
- Tak - potwierdziłem.
- I książka o Jezusie Chrystusie? - teraz, dla odmiany, jakby widziała we mnie św. Łukasza, tego od Ewangelii.
- Tak. Już mam kilka początków tej powieści.
- To cudowne. Jeszcze nigdy nie czytałam powieści z kilkoma początkami.
Nie wiedziałem: żartuje, czy mówi serio?
- Mam kilka wersji początków - wyjaśniłem. - Później, oczywiście, wybiorę jeden z nich.
- Kochany, jesteś wielki - nagle przeszła na "ty". - Mysz i Chrystus. Będziesz sławny. Od razu to poczułam, jak tylko zobaczyłam twoje stopy wystające z tamtej dziury koło fortu.
Zacząłem skłaniać się ku temu, że jednak żarty sobie stroi.
- Boże, jak ja bym chciała być z tobą i widzieć, jak realizujesz te wielkie projekty. Powiedz, że ty też chcesz tego, a wszystko zrobię dla ciebie. Oddam ci ciało i duszę.
To już ewidentnie był teatr. Więc żeby nie wyjść na zrobionego w bambuko, postanowiłem też grać.
- Kłamiesz, że wszystko zrobisz dla mnie - powiedziałem.
- Przysięgam. Ciało, dusza, majątek. Jutro pójdziemy do notariusza i wszystko przepiszę na ciebie.
- Dobrze. Ale tymczasem ciało. Rozbierz się.
Byłem gotowy na wybuch jej śmiechu, z tego, że taką sobie nietypową urządziliśmy zabawę. Ale Kinga zaczęła szybko zdejmować ubrania, aż została naga, tylko z biżuterią na rękach i szyi.
Czyżby to wszystko było serio? Albo żart do kwadratu?
Patrzyła na mnie z wyczekiwaniem i tak, jakbym teraz był Thorvaldsenem i św. Łukaszem w jednej osobie. Rzadko dopada mnie ogłupienie. Tym razem dopadło. Siedziałem wbity w fotel i patrzyłem na ładne nagie ciało z dziewczęcymi piersiami. Ona czekała. Czy to był żart, czy serio, to teraz inicjatywa należała do mnie. Ostatecznie akt miłosny też może być w tonacji serio lub żartobliwej. Nie byłem pewien, czy nie wybiegam za daleko w myślach.
To, że kobieta stoi przede mną naga, wcale nie musi oznaczać tego, o czym w takiej sytuacji myśli prawie każdy mężczyzna. A ja należę do prawie każdych. Może ona, poprzez nagość, chce tylko pokazać, że jest niewinna jak Ewa zanim zerwała jabłko. Przypomniały mi się słowa R.S., też przecież artysty, że pisarze mają we krwi szczerość i czystość myśli. A jeśli to prawda?
- Powiedz, że tego chcesz - Kinga ponagliła.
Domofon...
Kinga przyszła. Po raz trzeci próbuję i nie mogę opowiedzieć do końca, jak przebiegały nasze pierwsze godziny po poznaniu się. I zawsze wtedy Kinga. Nie jestem przesądny, ale może to jakiś znak, żeby o tym nie pisać?
Byłem pod wrażeniem domu Kingi. Gdy przemyła i opatrzyła mi rany, usiedliśmy w fotelach przy niskim, tureckim stole (tak Kinga nazwała) i zaczęliśmy rozmawiać.
- Co pan robi? - zapytała Kinga. - Tak w ogóle.
Widok starego piękna i starych pieniędzy onieśmielał mnie. Dotąd wydawało się mi, że jestem na nie odporny. A tu, z moją emeryturką, z dwupokojowym mieszkaniem i meblami z czasów PRL-u, poczułem się malutki. Do tego sama Kinga, ładna, elegancka, szczupła, wiotka. A ja jeszcze byłem w swetrze z rozprutym szwem pod pachą, bo wybierając się na sanki nie myślałem, że będę musiał zdjąć kurtkę. Koniecznie chciałem wyjść w oczach Kingi na kogoś choć trochę nietuzinkowego, aby nie czuła się rozczarowana, że uratowała życie jakiemuś prostakowi i, co gorsze, jeszcze zaprosiła do do swego rajskiego domu.
Odpowiedziałem:
- Buduję największy na świecie pomnik myszy i piszę książkę o Jezusie Chrystusie.
Kinga z wrażenia aż wstała z fotela. Wyglądała na zachwyconą tym, co usłyszała.
- Największy na świecie pomnik myszy? - patrzyła na mnie jak na zmartwychwstałego Thorvaldsena.
- Tak - potwierdziłem.
- I książka o Jezusie Chrystusie? - teraz, dla odmiany, jakby widziała we mnie św. Łukasza, tego od Ewangelii.
- Tak. Już mam kilka początków tej powieści.
- To cudowne. Jeszcze nigdy nie czytałam powieści z kilkoma początkami.
Nie wiedziałem: żartuje, czy mówi serio?
- Mam kilka wersji początków - wyjaśniłem. - Później, oczywiście, wybiorę jeden z nich.
- Kochany, jesteś wielki - nagle przeszła na "ty". - Mysz i Chrystus. Będziesz sławny. Od razu to poczułam, jak tylko zobaczyłam twoje stopy wystające z tamtej dziury koło fortu.
Zacząłem skłaniać się ku temu, że jednak żarty sobie stroi.
- Boże, jak ja bym chciała być z tobą i widzieć, jak realizujesz te wielkie projekty. Powiedz, że ty też chcesz tego, a wszystko zrobię dla ciebie. Oddam ci ciało i duszę.
To już ewidentnie był teatr. Więc żeby nie wyjść na zrobionego w bambuko, postanowiłem też grać.
- Kłamiesz, że wszystko zrobisz dla mnie - powiedziałem.
- Przysięgam. Ciało, dusza, majątek. Jutro pójdziemy do notariusza i wszystko przepiszę na ciebie.
- Dobrze. Ale tymczasem ciało. Rozbierz się.
Byłem gotowy na wybuch jej śmiechu, z tego, że taką sobie nietypową urządziliśmy zabawę. Ale Kinga zaczęła szybko zdejmować ubrania, aż została naga, tylko z biżuterią na rękach i szyi.
Czyżby to wszystko było serio? Albo żart do kwadratu?
Patrzyła na mnie z wyczekiwaniem i tak, jakbym teraz był Thorvaldsenem i św. Łukaszem w jednej osobie. Rzadko dopada mnie ogłupienie. Tym razem dopadło. Siedziałem wbity w fotel i patrzyłem na ładne nagie ciało z dziewczęcymi piersiami. Ona czekała. Czy to był żart, czy serio, to teraz inicjatywa należała do mnie. Ostatecznie akt miłosny też może być w tonacji serio lub żartobliwej. Nie byłem pewien, czy nie wybiegam za daleko w myślach.
To, że kobieta stoi przede mną naga, wcale nie musi oznaczać tego, o czym w takiej sytuacji myśli prawie każdy mężczyzna. A ja należę do prawie każdych. Może ona, poprzez nagość, chce tylko pokazać, że jest niewinna jak Ewa zanim zerwała jabłko. Przypomniały mi się słowa R.S., też przecież artysty, że pisarze mają we krwi szczerość i czystość myśli. A jeśli to prawda?
- Powiedz, że tego chcesz - Kinga ponagliła.
Domofon...
Kinga przyszła. Po raz trzeci próbuję i nie mogę opowiedzieć do końca, jak przebiegały nasze pierwsze godziny po poznaniu się. I zawsze wtedy Kinga. Nie jestem przesądny, ale może to jakiś znak, żeby o tym nie pisać?
środa, 22 grudnia 2010
W STUDZIENCE KANALIZACYJNEJ
Skoro już zdradziłem, że poznałem Kingę i że jesteśmy razem od kilku dni, wypadałoby powiedzieć o niej coś więcej. Rozumiem, że w pierwszym rzędzie rodzi się zaciekawienie (w moim przypadku tak by było) ile ma lat. No bo, w końcu, emeryt, więc ciekawe jak wiekową kobitkę sobie przygruchał (przepraszam za to gruchanie, ale nic lepszego nie przyszło mi do głowy). Kinga nie jest stara, bo dwadzieścia osiem lat młodsza ode mnie. Urodziła się już po ostatniej wojnie światowej. Normalnie, gdybym się z nią znalazł gdzieś w większym towarzystwie, nie widziałbym w niej partnerki do czułej, erotycznej przyjaźni. Do niedawna moją uwagę, spojrzenia, chuć, przyciągały dwudziestolatki. Do niedawna, bo ostatnio częściej niż dwudziestolatkom przyglądam się szesnastolatkom. Boję się, że jeśli pożyję jeszcze kilkanaście lat, to będę zaglądał do wózków dziecięcych. Zaś co do Kingi, to po pierwszych godzinach znajomości zaczynałem odnosić wrażenie, że urodziła się nie po ostatniej wojnie, tylko po stanie wojennym ogłoszonym przez generała Jaruzelskiego. Głównie dlatego, że jest bardzo a bardzo bezpretensjonalna. Artystka. Maluje obrazy, kwiaty przede wszystkim. Namalowane przez nią kwiaty są piękniejsze i bardziej żywe niż prawdziwe kwiaty, jeżeli to możliwe.
Chociaż (teraz się nad tym zastanawiam) może to nie jest bezpretensjonalność, tylko egzaltacja. Nie wiem. A właściwie dlaczego się nad tym zastanawiam? Wiem jedno: Kinga prawdopodobnie uratowała mi życie.
Zjeżdżałem na sankach po wąskich schodach, które zaczynały się u podnóża fortu, od strony gdzie jest hotel i radio RMF. Po tych samych schodach jeździłem z moją Marylką. Ona uwielbiała, gdy sankami trzęsło, aż piszczała z zadowolenia. Chciałem sobie przypomnieć tamte chwile z Marylką. Jadę, jadę, nawet nie bardzo trzęsie, bo dużo śniegu, i w pewnym momencie stop! Przód sanek wbił się w nawiany śnieg, ja poleciałem głową do przodu, prosto do niezabezpieczonej przykrywą studzienki kanalizacyjnej. Uderzyłem w coś twarzą i zawisłem na udach. Byłem w szoku, niepotrzebnie wyprostowałem nogi i wpadłem głębiej, ale jeszcze zdążyłem wyciągnąć ręce przed siebie. Gdyby nie to, uderzyłbym głową w gruz zalegający na dnie studzienki.
Studzienka była wąska. Nie mogłem zmienić pozycji na głową do góry i wyjść. Czułem, że moje stopy wystają na zewnątrz studzienki i w związku z tym liczyłem, że ktoś będzie tędy przechodził i pomoże mi się wydostać. Tylko że ten ktoś mógłby iść dopiero za dwie godziny, a wtedy krew pewnie by mi się już uszami i oczami wylewała.
Miałem szczęście. Już po kilkunastu minutach poczułem dotyk ludzkiej ręki na łydce i usłyszałem kobiecy głos:
- Halo, jest tam ktoś?
Mimo mojej sytuacji pomyślałem, że na pomoc od takiej idiotki nie mogę liczyć. Ale myliłem się.
- Jestem - odrzekłem.
- Co pan tam robi? Dlaczego pan nie wychodzi?
- Nie mogę. Niech mnie pani wyciągnie.
- Jak?
- Za nogi.
Próbowała. Jednak osiemdziesiąt kilogramów to było dla niej za wiele.
- Niech pan zaczeka! - krzyknęła.
Pomyślałem, że pobiegła do fortu aby zawołać ludzi. To byłoby najrozsądniejsze rozwiązanie. Ale ona znalazła lepszy sposób. Po kilku długich minutach usłyszałem ten sam głos:
- Wsadzę pan kij.
- Gdzie? - przestraszyłem się.
- Wkładam. Proszę uważać.
Mimo woli zacisnąłem uda. Po chwili dostrzegłem drąg grubości ramienia przesuwający się obok mojej twarzy. To był naprawdę genialny pomysł, sam bym na to nie wpadł. Przeprosiłem w myśli kobietę, że podejrzewałem ją o debilizm.
Na drągu, wspartym o dno studzienki, zacząłem się wspinać w kierunku nieba. Tu mi się przydały wieloletnie treningi, gdy skakałem o tyczce. Kiedy byłem na zewnątrz na wysokości brzucha, kobieta objęła rękami moje uda i ciągnęła do góry.
Byłem uratowany.
- Pan krwawi! - krzyknęła, gdy stanąłem przed nią. - Wezwę pogotowie - wyjęła telefon.
- Nie trzeba - powstrzymałem ją, bo nie czułem żadnego prawie bólu, oprócz pieczenia na twarzy i dłoniach.
- W takim razie pójdziemy do mnie. Mieszkam niedaleko. Obmyję panu twarz i zdezynfekuję.
- Gdzie moje sanki?
Domofon...
To Kinga. Znowu nie dokończę. Zrobię to jutro.
Chociaż (teraz się nad tym zastanawiam) może to nie jest bezpretensjonalność, tylko egzaltacja. Nie wiem. A właściwie dlaczego się nad tym zastanawiam? Wiem jedno: Kinga prawdopodobnie uratowała mi życie.
Zjeżdżałem na sankach po wąskich schodach, które zaczynały się u podnóża fortu, od strony gdzie jest hotel i radio RMF. Po tych samych schodach jeździłem z moją Marylką. Ona uwielbiała, gdy sankami trzęsło, aż piszczała z zadowolenia. Chciałem sobie przypomnieć tamte chwile z Marylką. Jadę, jadę, nawet nie bardzo trzęsie, bo dużo śniegu, i w pewnym momencie stop! Przód sanek wbił się w nawiany śnieg, ja poleciałem głową do przodu, prosto do niezabezpieczonej przykrywą studzienki kanalizacyjnej. Uderzyłem w coś twarzą i zawisłem na udach. Byłem w szoku, niepotrzebnie wyprostowałem nogi i wpadłem głębiej, ale jeszcze zdążyłem wyciągnąć ręce przed siebie. Gdyby nie to, uderzyłbym głową w gruz zalegający na dnie studzienki.
Studzienka była wąska. Nie mogłem zmienić pozycji na głową do góry i wyjść. Czułem, że moje stopy wystają na zewnątrz studzienki i w związku z tym liczyłem, że ktoś będzie tędy przechodził i pomoże mi się wydostać. Tylko że ten ktoś mógłby iść dopiero za dwie godziny, a wtedy krew pewnie by mi się już uszami i oczami wylewała.
Miałem szczęście. Już po kilkunastu minutach poczułem dotyk ludzkiej ręki na łydce i usłyszałem kobiecy głos:
- Halo, jest tam ktoś?
Mimo mojej sytuacji pomyślałem, że na pomoc od takiej idiotki nie mogę liczyć. Ale myliłem się.
- Jestem - odrzekłem.
- Co pan tam robi? Dlaczego pan nie wychodzi?
- Nie mogę. Niech mnie pani wyciągnie.
- Jak?
- Za nogi.
Próbowała. Jednak osiemdziesiąt kilogramów to było dla niej za wiele.
- Niech pan zaczeka! - krzyknęła.
Pomyślałem, że pobiegła do fortu aby zawołać ludzi. To byłoby najrozsądniejsze rozwiązanie. Ale ona znalazła lepszy sposób. Po kilku długich minutach usłyszałem ten sam głos:
- Wsadzę pan kij.
- Gdzie? - przestraszyłem się.
- Wkładam. Proszę uważać.
Mimo woli zacisnąłem uda. Po chwili dostrzegłem drąg grubości ramienia przesuwający się obok mojej twarzy. To był naprawdę genialny pomysł, sam bym na to nie wpadł. Przeprosiłem w myśli kobietę, że podejrzewałem ją o debilizm.
Na drągu, wspartym o dno studzienki, zacząłem się wspinać w kierunku nieba. Tu mi się przydały wieloletnie treningi, gdy skakałem o tyczce. Kiedy byłem na zewnątrz na wysokości brzucha, kobieta objęła rękami moje uda i ciągnęła do góry.
Byłem uratowany.
- Pan krwawi! - krzyknęła, gdy stanąłem przed nią. - Wezwę pogotowie - wyjęła telefon.
- Nie trzeba - powstrzymałem ją, bo nie czułem żadnego prawie bólu, oprócz pieczenia na twarzy i dłoniach.
- W takim razie pójdziemy do mnie. Mieszkam niedaleko. Obmyję panu twarz i zdezynfekuję.
- Gdzie moje sanki?
Domofon...
To Kinga. Znowu nie dokończę. Zrobię to jutro.
wtorek, 21 grudnia 2010
POCZĄTEK WYPRAWY NA SANKI
Tydzień temu, kiedy spadło dużo śniegu, przypomniałem sobie, że ileś tam lat świetlnych do tyłu, jeździłem na sankach z moją kochaną Marylką i dziećmi. Chodziliśmy na wzgórze Kopca Kościuszki, gdzie był jeden dziki tor saneczkowy i kilka ostrych stoków, z których zjeżdżało się krótko, ale szybko. Szybkość i połączone z tym niebezpieczeństwo, bo można było wpaść na drzewa lub wbić się w kopę twardego śniegu, ekscytowały nas.
I gdy spadł śnieg naszła mnie ogromna ochota, żeby pojeździć na sankach. Zadzwoniłem do R.S. i zaproponowałem, żeby poszedł ze mną na sanki. Zapalił się do tego. Gotów był natychmiast ruszyć się z domu i w dodatku sam jeszcze wyszedł z nową inicjatywą, że weźmie na rozgrzewkę butelkę wódki.
- A gdy ją wypijemy - dodał - to po drodze wstąpimy do baru na piwo, później przysiądziemy w restauracji na Kopcu na małego drinka...
- Na Kopcu już od lat nie ma restauracji - przerwałem mu.
- To żaden problem, panie Karolu. Zadzwonimy i taksówkarz przywiezie nam na Kopiec butelkę.
- Panie Ryszardzie, chce pan pić czy jeździć na sankach?
- Jedno i drugie. Śnieg, sanki, gorzałka. Będzie pięknie.
- Wolałbym, żeby pan wybrał tylko jedną z tych możliwości.
- No dobra - rzekł, już bez entuzjazmu. - Wezmę dwie butelki wódki i pójdziemy na spacer. Wie pan, akurat mam ogromną potrzebę ruchu.
Już sobie wyobrażałem te jego ruchy. Kilka razy je widziałem. Do taksówki na ulicy nie mogłem go z mieszkania doprowadzić, takie wspaniałe wykonywał ruchy. Podziękowałem R.S., ale obiecałem, że po sankach wpadnę do niego i zagramy w szachy. Kłamałem. Pijany R.S. do gry w szachy też się nie nadawał. Szachrował wtedy jak małe dziecko. Na przykład gdy poszedłem do ustępu, to po powrocie zastawałem figury na szachownicy tak poprzestawiane, że jemy wystarczyłyby dwa ruchy i dałby mi mata. Jeszcze się obrażał, kiedy pokazywałem, że tej wieży czy królowej nie było w tym miejscu. Mówił: co pan, panie Karolu, myśli, że oszukuję? I stwierdzał autorytatywnie: pisarze nie oszukują, szczerość i czystość myśli mają we krwi. Kochany R.S., ale za dużo pije. Kiedyś mu to wytknąłem, a on mi, że życie jest tak koszmarne i tyle w nim cierpienia, że nie jest w stanie nie upijać się. Co do koszmaru i cierpienia, zgoda. Ale pić przez miesiąc lub dwa? Cóż, pozostaje mi tylko stwierdzić, że niektórzy już tak mają i pogodzić się z tym.
Byłem skazany na własne towarzystwo. Inni znajomi jeszcze mniej niż R.S. nadawali się do zjeżdżania na sankach. Jedni wyjście do kiosku po gazetę przeżywali jak safari. Drudzy sikali co dziesięć minut, a nie ma nic bardziej ohydnego niż bielutki, świeżutki śnieg poznaczony moczem na żółto.
Wyjąłem z pawlacza sanki i poszedłem sam. Stary człowiek ma prawo do odrobiny szaleństwa. Do diabła, domofon...
Nie do diabła. Bardzo dobrze, że domofon. To Kinga. Poznałem ją właśnie tamtego śnieżnego dnia na Kopcu. Pomogła mi się wydostać z nieosłoniętej studzienki kanalizacyjnej, do której wpadłem, gdy wywróciłem się na sankach. Później wzięła mnie do domu, żeby opatrzyć mi rany na policzku i rękach. Wyszedłem od niej po trzech dniach. Nie chciałem uprzedzać faktów, tylko opisać po kolei jak było, ale w tej sytuacji, gdy Kinga przyszła...
Jak było, napiszę jutro.
I gdy spadł śnieg naszła mnie ogromna ochota, żeby pojeździć na sankach. Zadzwoniłem do R.S. i zaproponowałem, żeby poszedł ze mną na sanki. Zapalił się do tego. Gotów był natychmiast ruszyć się z domu i w dodatku sam jeszcze wyszedł z nową inicjatywą, że weźmie na rozgrzewkę butelkę wódki.
- A gdy ją wypijemy - dodał - to po drodze wstąpimy do baru na piwo, później przysiądziemy w restauracji na Kopcu na małego drinka...
- Na Kopcu już od lat nie ma restauracji - przerwałem mu.
- To żaden problem, panie Karolu. Zadzwonimy i taksówkarz przywiezie nam na Kopiec butelkę.
- Panie Ryszardzie, chce pan pić czy jeździć na sankach?
- Jedno i drugie. Śnieg, sanki, gorzałka. Będzie pięknie.
- Wolałbym, żeby pan wybrał tylko jedną z tych możliwości.
- No dobra - rzekł, już bez entuzjazmu. - Wezmę dwie butelki wódki i pójdziemy na spacer. Wie pan, akurat mam ogromną potrzebę ruchu.
Już sobie wyobrażałem te jego ruchy. Kilka razy je widziałem. Do taksówki na ulicy nie mogłem go z mieszkania doprowadzić, takie wspaniałe wykonywał ruchy. Podziękowałem R.S., ale obiecałem, że po sankach wpadnę do niego i zagramy w szachy. Kłamałem. Pijany R.S. do gry w szachy też się nie nadawał. Szachrował wtedy jak małe dziecko. Na przykład gdy poszedłem do ustępu, to po powrocie zastawałem figury na szachownicy tak poprzestawiane, że jemy wystarczyłyby dwa ruchy i dałby mi mata. Jeszcze się obrażał, kiedy pokazywałem, że tej wieży czy królowej nie było w tym miejscu. Mówił: co pan, panie Karolu, myśli, że oszukuję? I stwierdzał autorytatywnie: pisarze nie oszukują, szczerość i czystość myśli mają we krwi. Kochany R.S., ale za dużo pije. Kiedyś mu to wytknąłem, a on mi, że życie jest tak koszmarne i tyle w nim cierpienia, że nie jest w stanie nie upijać się. Co do koszmaru i cierpienia, zgoda. Ale pić przez miesiąc lub dwa? Cóż, pozostaje mi tylko stwierdzić, że niektórzy już tak mają i pogodzić się z tym.
Byłem skazany na własne towarzystwo. Inni znajomi jeszcze mniej niż R.S. nadawali się do zjeżdżania na sankach. Jedni wyjście do kiosku po gazetę przeżywali jak safari. Drudzy sikali co dziesięć minut, a nie ma nic bardziej ohydnego niż bielutki, świeżutki śnieg poznaczony moczem na żółto.
Wyjąłem z pawlacza sanki i poszedłem sam. Stary człowiek ma prawo do odrobiny szaleństwa. Do diabła, domofon...
Nie do diabła. Bardzo dobrze, że domofon. To Kinga. Poznałem ją właśnie tamtego śnieżnego dnia na Kopcu. Pomogła mi się wydostać z nieosłoniętej studzienki kanalizacyjnej, do której wpadłem, gdy wywróciłem się na sankach. Później wzięła mnie do domu, żeby opatrzyć mi rany na policzku i rękach. Wyszedłem od niej po trzech dniach. Nie chciałem uprzedzać faktów, tylko opisać po kolei jak było, ale w tej sytuacji, gdy Kinga przyszła...
Jak było, napiszę jutro.
Subskrybuj:
Posty (Atom)