Nastał okres, że mi się nie chce. Już tak miałem w życiu kilka razy i wychodziłem z tego. Lubiłem o sobie mówić, że jestem jak odradzający się Feniks. Tym razem nie wiem, czy jeszcze mocno stanę na nogach, o prostych plecach, z uniesioną głową. Czuję, że to jest nowa jakość niechcenia, która nie wynika z fizycznej czy psychicznej niedyspozycji, kłopotów losowych, osamotnienia. To starość, a dokładniej: przeczucie zbliżającej się śmierci.
W moim wieku się umiera. Młodsi ode mnie umierają ze starości, oczywiście pod pretekstem jakiejś choroby. Byłem blisko z niektórymi osobami, które za rok, dwa, zmarły. Widziałem jak z miesiąca na miesiąc coraz mniej interesowały się tym, co na zewnątrz, jak traciły zainteresowania swoim długoletnim hobby, jak nie lubiły poznawać nowych ludzi, no, po prostu, odechciewało się im wszystkiego. Wyczerpywały się siły życiowe. Dzięki temu (jeśli nie przytrafił się jakiś tragiczny wypadek) człowiek spokojnie zmierza do końca. To taki mechanizm życia, który sprawia, że koniec tu, na ziemi, jest w samym finale bezbolesny. Nikt nie ma świadomości umierania. Wie się, że śmierć jest blisko, ale moment śmierci nie jest zarejestrowany przez zmysły. Nawet później, w tym słynnym tunelu ze światłem na końcu, też nie od razu się pojmuje, że to już inne życie.
Jestem ciekaw jak tam będzie. Nie spodziewam się, naturalnie, zupełnie bezproblemowego życia. Człowiek, jako istota osobna i jako gatunek, musi się dalej realizować. Wierzę, że tam będę miał o wiele lepsze warunki niż teraz do samorealizacji. W tym życiu za dużo jest przypadkowości, za dużo przeszkód niezależnych od pojedynczego człowieka. Kraj, w którym się urodziłeś, rodzina, status materialny, choroby, predyspozycje genetyczne, na to rodzący się człowiek nie ma żadnego wpływu. Później (może już niedługo)liczę na większą równość szans i sprawiedliwość. Szkoda, że stamtąd nie da się zrobić wpisu do bloga.
poniedziałek, 18 października 2010
piątek, 15 października 2010
ZNOWU R.S.
Mój pies (nazwałem go Kundlem) nie ma natury wojownika. Gorzej: jest tchórzliwy. Musiał w swoim życiu przejść coś bardzo traumatycznego. Gdy mam gościa, Kundel nie wychodzi z łazienki, nie daje nawet śladu życia. Kiedy wychodzę z nim na spacer, zachowuje się, jakby chciał być niewidoczny. Idzie tuż przy mojej nodze. Odwraca spojrzenia od innych psów, a na widok blisko przechodzącego dziecka przywiera do mojej nogi. Przydałby się Kundlowi jakiś dobry psi psycholog.
R.S. (na marginesie: właśnie wyszła jego nowa powieść "Przypadki Marka M.") przyszedł do mnie i od razu, wprost od drzwi, zapytał:
- Panie Karolu, uwierzył pan, że jestem pedałem?
- Tak - odparłem, bo i rzeczywiście po jego telefonie (po tym, jak dla żartu zamówiłem dla niego chłopaka w agencji dla gejów) tak właśnie pomyślałem. - Sam dał mi pan to do zrozumienia.
- Żartowałem. Nie jestem takim - zdecydowanie oświadczył.
- Ma pan coś przeciwko gejom, panie Ryszardzie?
- Nie. Skąd.
- To dlaczego się pan tak mocno wyrzeka, że nie jest gejem?
- Bo nie jestem.
- A gdyby pan, dajmy na to, był gejem, przyznałby się do tego?
- Panie Karolu, w Polsce nie jest dobrze widziane, że ktoś jest gejem.
- Dlatego pan nie zdradza się z tą orientacją?
- Co pan, panie Karolu? Naprawdę nie jestem gejem.
- Nie ma pan żony, nie ma pan dzieci. Jak gej.
- Coś się pan tak uparł, żeby ze mnie zrobić pedała.
- Dla pisarza bycie gejem to chyba dobrze. W Polsce kilku z nich to znani pisarze.
- Dla pisarza lepiej być Żydem. Wtedy ma tłumaczenia na całym świecie. Lobby żydowskie dba o swoich artystów.
- Panu już coś przetłumaczono na inne języki - powiedziałem. - Więc może jednak jest pan Żydem?
- Jestem Polakiem, panie Karolu - rzekł R.S. i widziałem, że tłumi wybuchającą w nim złość.
A mnie zły duch korcił, żeby dalej ciągnąć ten temat.
- Można być Polakiem różnego pochodzenia.
- Jestem Polakiem polskiego pochodzenia.
- I cieszy się pan z tego? - zapytałem, sam sobie się dziwiąc, że złośliwość mnie nie opuszcza.
- No to jestem Żydem i gejem. Cieszy się pan z tego?
- Jeśli to prawda?
- Nieprawda - R.S. niemal warknął. Chwilę uważnie mi się przyglądał, jakby nie miał pewności czy ja to ja, po czym rzekł - odwiedzę pana innego dnia. Do widzenia.
R.S. wyszedł. Byłem zły na siebie. Nie rozumiem, co mnie naszło, że zacząłem w ten sposób rozmawiać z R.S.
Mówią, że ludzie na starość robią się złośliwi. Może to to? W takim razie muszę to to zwalczać w sobie. A swoją drogą R.S. jest bardzo inteligentny. Jak Żyd. No i przystojny, zadbany, paznokcie ma zawsze krótko przycięte, pachnie perfumami... Jak...
Karolku, odpuść sobie.
R.S. (na marginesie: właśnie wyszła jego nowa powieść "Przypadki Marka M.") przyszedł do mnie i od razu, wprost od drzwi, zapytał:
- Panie Karolu, uwierzył pan, że jestem pedałem?
- Tak - odparłem, bo i rzeczywiście po jego telefonie (po tym, jak dla żartu zamówiłem dla niego chłopaka w agencji dla gejów) tak właśnie pomyślałem. - Sam dał mi pan to do zrozumienia.
- Żartowałem. Nie jestem takim - zdecydowanie oświadczył.
- Ma pan coś przeciwko gejom, panie Ryszardzie?
- Nie. Skąd.
- To dlaczego się pan tak mocno wyrzeka, że nie jest gejem?
- Bo nie jestem.
- A gdyby pan, dajmy na to, był gejem, przyznałby się do tego?
- Panie Karolu, w Polsce nie jest dobrze widziane, że ktoś jest gejem.
- Dlatego pan nie zdradza się z tą orientacją?
- Co pan, panie Karolu? Naprawdę nie jestem gejem.
- Nie ma pan żony, nie ma pan dzieci. Jak gej.
- Coś się pan tak uparł, żeby ze mnie zrobić pedała.
- Dla pisarza bycie gejem to chyba dobrze. W Polsce kilku z nich to znani pisarze.
- Dla pisarza lepiej być Żydem. Wtedy ma tłumaczenia na całym świecie. Lobby żydowskie dba o swoich artystów.
- Panu już coś przetłumaczono na inne języki - powiedziałem. - Więc może jednak jest pan Żydem?
- Jestem Polakiem, panie Karolu - rzekł R.S. i widziałem, że tłumi wybuchającą w nim złość.
A mnie zły duch korcił, żeby dalej ciągnąć ten temat.
- Można być Polakiem różnego pochodzenia.
- Jestem Polakiem polskiego pochodzenia.
- I cieszy się pan z tego? - zapytałem, sam sobie się dziwiąc, że złośliwość mnie nie opuszcza.
- No to jestem Żydem i gejem. Cieszy się pan z tego?
- Jeśli to prawda?
- Nieprawda - R.S. niemal warknął. Chwilę uważnie mi się przyglądał, jakby nie miał pewności czy ja to ja, po czym rzekł - odwiedzę pana innego dnia. Do widzenia.
R.S. wyszedł. Byłem zły na siebie. Nie rozumiem, co mnie naszło, że zacząłem w ten sposób rozmawiać z R.S.
Mówią, że ludzie na starość robią się złośliwi. Może to to? W takim razie muszę to to zwalczać w sobie. A swoją drogą R.S. jest bardzo inteligentny. Jak Żyd. No i przystojny, zadbany, paznokcie ma zawsze krótko przycięte, pachnie perfumami... Jak...
Karolku, odpuść sobie.
wtorek, 5 października 2010
TAJEMNICA R.S.
O świcie obudził mnie telefon od R.S.
- Panie Karolu, jak pan się domyślił?
Byłem półprzytomny, nie zaskoczyłem od razu. Ale R.S. nie czekał na odpowiedź.
- Mam nadzieję, panie Karolu, że to zostanie pomiędzy nami.
Więc niech zostanie. Ani słowa więcej.
Teraz rozumiem, skąd taka znajomość psychiki kobiet u R.S., co pokazał w książce "Terapia Pauliny P.". Miałem ani słowa...
Muszę jednak uważać na R.S.. Gdy będziemy grać w szachy i ja się zamyślę nad kolejnym ruchem, on może znienacka dobrać się do mnie.
- Panie Karolu, jak pan się domyślił?
Byłem półprzytomny, nie zaskoczyłem od razu. Ale R.S. nie czekał na odpowiedź.
- Mam nadzieję, panie Karolu, że to zostanie pomiędzy nami.
Więc niech zostanie. Ani słowa więcej.
Teraz rozumiem, skąd taka znajomość psychiki kobiet u R.S., co pokazał w książce "Terapia Pauliny P.". Miałem ani słowa...
Muszę jednak uważać na R.S.. Gdy będziemy grać w szachy i ja się zamyślę nad kolejnym ruchem, on może znienacka dobrać się do mnie.
poniedziałek, 4 października 2010
DZIEWCZYNA Z AGENCJI
Było wpół do jedenastej. Oglądałem i słuchałem "Szkło kontaktowe". Dzwonek domofonu. O tej porze mało kto przychodzi do mnie.
- Słucham.
- Agencja - powiedział męski głos, którego nie rozpoznałem.
- CIA? - zapytałem, odpowiadając żartem na żart.
Jestem miłośnikiem Ludluma, Folleta, w ogóle powieści sensacyjnych, więc od razu CIA przyszła mi na myśl.
- Tak - potwierdził mężczyzna.
Nacisnąłem guzik domofonu, ciekawy, który z moich znajomych jest takim żartownisiem.
Otworzyłem drzwi mieszkania i ujrzałem około pięćdziesięcioletniego mężczyznę i dwudziestokilkuletnią dziewczynę. Nie znałem ich.
- Pan jest Karol? - zapytał mężczyzna.
- Tak.
- Po nią przyjadę za godzinę. Wszystko zapłacone - powiedział i zniknął.
Dziewczyna weszła do mieszkania, przyglądając się mi niepewnie i, takie odniosłem wrażenie, z rozbawieniem. Piękna. Krótka sukienka, duże piersi, włosy blond. Tylko z jej cerą było nienajlepiej. Trądzik, czy jak to się nazywa.
Usiadła na kanapie w taki sposób iż mogłem dojrzeć, że jest bez majtek.
- Jest pan pewien, że tego chce? - zapytała.
- Czego? - też zapytałem, choć już oczywiście domyśliłem się, że dziewczyna nie jest pracownicą agencji wywiadowczej, tylko agencji całkiem innego rodzaju; zastanawiałem się, kto ją do mnie sprowadził?
- Noo - roześmiała się. - Może pan już zapomniał, co można robić z młodymi dziewczynami.
- A co można? - rżnąłem głupa, bo, przyznaję, byłem zaskoczony i nie bardzo wiedziałem jak się znaleźć w tej sytuacji.
Nigdy nie byłem w zamtuzie, że się tak po staroświecku wyrażę o burdelu. Raz, jeszcze w RFN, poszedłem do dzielnicy Monachium, gdzie na wystawach siedziały roznegliżowane kobiety, ale nie skorzystałem z ich usług. Bałem się, że złapię jakieś zarazki. Poza tym tego rodzaju kontakt z kobietą, płatny, wydawał mi się tak nienaturalny, że pewnie bym się nie podniecił i w oczach niemieckiej prostytutki wyszedłbym na Polaka impotenta. Byłem patriotą, nie chciałem aby Niemki miały złe zdanie o Polakach.
Dziewczyna zdjęła sukienkę przez głowę i w jednej chwili stała przede mną naga jak Ewa w raju.
- Nie zimno ci? - zapytałem.
- Jeszcze nie - odparła. - Ale jeśli długo będę tak stała...
Była ogolona na wzgórku łonowym (ładnie to określiłem, chociaż kusił mnie tu pewien wulgaryzm) i zaciekawiło mnie to. Zapytałem:
- Sama się tam golisz, czy robi to kto inny?
- Sama.
- Ja też sam się golę - palnąłem, jakbym był zniedołężniały i uważał za sukces, że jeszcze samodzielnie potrafię się ogolić.
- Tam? - zapytała, spoglądając na moje krocze.
- Nie. Twarz golę.
- Chce pan, to pana tam ogolę - zaproponowała. - To może być przyjemne. Ma pan brzytwę?
- Nie - i na szczęście nie miałem.
- A nożyczki i maszynkę do golenia?
- Dziewczyno, daj spokój.
- To co będziemy robić? Czas upływa.
- Lepiej ubierz sukienkę.
- Nie podobam się panu? - była zdziwiona.
Resztę czasu, do godziny, spędziliśmy przy stole, pijąc herbatę i rozmawiając. Ale rozmowa nie kleiła się. Gdy dziewczyna wyszła, zacząłem żałować, że zachowałem się, nie wiem, jak głupiec?
Około północy zatelefonował R.S.
- I jak było, panie Karolu? - zapytał ze śmiechem.
Podejrzewałem, że to jego sprawka. Ostatnio, gdy graliśmy w szachy, napomknąłem, że brakuje mi kobiety.
- Bosko - odrzekłem.
- Miło słyszeć - R.S. znowu się zaśmiał.
Po rozmowie z R.S. zadzwoniłem do agencji dla gejów i zamówiłem dla niego chłopaka. Nie, R.S. nie jest gejem. Ale niech też ma niespodziankę.
Dziewczyna z agencji miała ładne ciało. Właściwie to, może, szkoda. Całe to spotkanie było nieudane pod każdym względem, niemrawe, bez odrobiny erotyki. Nie jestem z siebie zadowolony. Czy byłbym zadowolony, gdybym skorzystał? O tym wiedziałbym, gdybym skorzystał.
- Słucham.
- Agencja - powiedział męski głos, którego nie rozpoznałem.
- CIA? - zapytałem, odpowiadając żartem na żart.
Jestem miłośnikiem Ludluma, Folleta, w ogóle powieści sensacyjnych, więc od razu CIA przyszła mi na myśl.
- Tak - potwierdził mężczyzna.
Nacisnąłem guzik domofonu, ciekawy, który z moich znajomych jest takim żartownisiem.
Otworzyłem drzwi mieszkania i ujrzałem około pięćdziesięcioletniego mężczyznę i dwudziestokilkuletnią dziewczynę. Nie znałem ich.
- Pan jest Karol? - zapytał mężczyzna.
- Tak.
- Po nią przyjadę za godzinę. Wszystko zapłacone - powiedział i zniknął.
Dziewczyna weszła do mieszkania, przyglądając się mi niepewnie i, takie odniosłem wrażenie, z rozbawieniem. Piękna. Krótka sukienka, duże piersi, włosy blond. Tylko z jej cerą było nienajlepiej. Trądzik, czy jak to się nazywa.
Usiadła na kanapie w taki sposób iż mogłem dojrzeć, że jest bez majtek.
- Jest pan pewien, że tego chce? - zapytała.
- Czego? - też zapytałem, choć już oczywiście domyśliłem się, że dziewczyna nie jest pracownicą agencji wywiadowczej, tylko agencji całkiem innego rodzaju; zastanawiałem się, kto ją do mnie sprowadził?
- Noo - roześmiała się. - Może pan już zapomniał, co można robić z młodymi dziewczynami.
- A co można? - rżnąłem głupa, bo, przyznaję, byłem zaskoczony i nie bardzo wiedziałem jak się znaleźć w tej sytuacji.
Nigdy nie byłem w zamtuzie, że się tak po staroświecku wyrażę o burdelu. Raz, jeszcze w RFN, poszedłem do dzielnicy Monachium, gdzie na wystawach siedziały roznegliżowane kobiety, ale nie skorzystałem z ich usług. Bałem się, że złapię jakieś zarazki. Poza tym tego rodzaju kontakt z kobietą, płatny, wydawał mi się tak nienaturalny, że pewnie bym się nie podniecił i w oczach niemieckiej prostytutki wyszedłbym na Polaka impotenta. Byłem patriotą, nie chciałem aby Niemki miały złe zdanie o Polakach.
Dziewczyna zdjęła sukienkę przez głowę i w jednej chwili stała przede mną naga jak Ewa w raju.
- Nie zimno ci? - zapytałem.
- Jeszcze nie - odparła. - Ale jeśli długo będę tak stała...
Była ogolona na wzgórku łonowym (ładnie to określiłem, chociaż kusił mnie tu pewien wulgaryzm) i zaciekawiło mnie to. Zapytałem:
- Sama się tam golisz, czy robi to kto inny?
- Sama.
- Ja też sam się golę - palnąłem, jakbym był zniedołężniały i uważał za sukces, że jeszcze samodzielnie potrafię się ogolić.
- Tam? - zapytała, spoglądając na moje krocze.
- Nie. Twarz golę.
- Chce pan, to pana tam ogolę - zaproponowała. - To może być przyjemne. Ma pan brzytwę?
- Nie - i na szczęście nie miałem.
- A nożyczki i maszynkę do golenia?
- Dziewczyno, daj spokój.
- To co będziemy robić? Czas upływa.
- Lepiej ubierz sukienkę.
- Nie podobam się panu? - była zdziwiona.
Resztę czasu, do godziny, spędziliśmy przy stole, pijąc herbatę i rozmawiając. Ale rozmowa nie kleiła się. Gdy dziewczyna wyszła, zacząłem żałować, że zachowałem się, nie wiem, jak głupiec?
Około północy zatelefonował R.S.
- I jak było, panie Karolu? - zapytał ze śmiechem.
Podejrzewałem, że to jego sprawka. Ostatnio, gdy graliśmy w szachy, napomknąłem, że brakuje mi kobiety.
- Bosko - odrzekłem.
- Miło słyszeć - R.S. znowu się zaśmiał.
Po rozmowie z R.S. zadzwoniłem do agencji dla gejów i zamówiłem dla niego chłopaka. Nie, R.S. nie jest gejem. Ale niech też ma niespodziankę.
Dziewczyna z agencji miała ładne ciało. Właściwie to, może, szkoda. Całe to spotkanie było nieudane pod każdym względem, niemrawe, bez odrobiny erotyki. Nie jestem z siebie zadowolony. Czy byłbym zadowolony, gdybym skorzystał? O tym wiedziałbym, gdybym skorzystał.
niedziela, 26 września 2010
ŻYCIE NIE ZNOSI PRÓŻNI?
Jest takie powiedzenie: życie nie znosi próżni. Głupie powiedzenie, jak większość tego rodzaju mądrości, czy mądrości tzw. ludowych. Gdyby życie nie znosiło próżni, nie byłoby na świecie tylu samotnych ludzi.
Niedawno (biorąc pod uwagę mój wiek)przyjaźniłem się z trzema naraz kobietami, fizycznie i psychicznie. W tym czasie jeszcze żyła moja kochana Marylka. I od tamtych dni nic, żadnej kobiety. Brakuje mi ich. Gdzieś czytałem, że starzy faceci myślą o seksie tyle samo czasu co dorosłe nastolatki. W moim przypadku to się sprawdza. Im mniej tego w naturze, tym więcej w wyobraźni.
Mając dwadzieścia kilka lat i widząc mężczyznę w moim wieku, to nigdy by mi do głowy nie przyszło, że ten staruszek tęskni za seksem. Potrzeba takich doznań nie przemija.
Kilkanaście lat temu jeździłem do hospicjum w Nowej Hucie, gdzie leżała-umierała moja dobra znajoma. Czasami zostawałem tam na noc. Znajoma już nie miała nikogo z bliskiej rodziny. Wcześniej mówiła mi, że nie chciałaby umierać bez obecności kogoś przy łóżku. Właśnie dlatego byłem w hospicjum w nocy. I wówczas zwróciłem uwagę na starszego ode mnie pacjenta, który co godzinę domagał się od pielęgniarek, żeby mu wkładały do odbytu czopki znieczulające ból, albo obmywały go całego z potu, albo szły z nim do ustępu i pomagały mu się wysikać. Domyśliłem się, że on, choć na łożu śmierci, to bardzo pragnie fizycznego kontaktu z kobietą, jej dotyku, spojrzenia. Pielęgniarki to rozumiały, cierpliwie spełniały jego prośby. Dwa dni później ten mężczyzna umarł, wcześniej niż moja znajoma.
Napisałem, że życie nie znosi próżni, bo akurat w moim życiu, zamiast kobiet, pojawił się pies, średniej wielkości kundel. Nie wiadomo skąd się wziął na podwórzu naszej kamienicy. Cały dzień leżał za śmietnikami, nie straszył lokatorów, nawet nie zaszczekał. Wieczorem, zachęcając kundla kiełbasą, zwabiłem go do mieszkania. Musiał być bardzo głodny. Wpatrywał się w kiełbasę i, nim się zorientował, był już u mnie w przedpokoju. Pożarł kiełbasę i dopiero wówczas uzmysłowił sobie, że znajduje się w zamkniętym pomieszczeniu z obcym człowiekiem. Ze stresu (tak to sobie wytłumaczyłem) zesrał się na dywanik.
Pies jest u mnie trzeci dzień. Wyprowadzam go dwa razy dziennie na spacer. Kupiłem smycz. Kundel jest spolegliwy i mądry. Od razu pojął, że żółty kocyk na podłodze łazienki to jego miejsce. Leży na nim większość czasu. Niekiedy nieśmiało wchodzi do kuchni i pokoju. Nie chcę robić nic na siłę, niech się powoli oswaja ze mną. Uważnie przysłuchuje się temu, co mówię, ale spogląda na mnie z rezerwą: no, zobaczymy jak będzie dalej.
Niedawno (biorąc pod uwagę mój wiek)przyjaźniłem się z trzema naraz kobietami, fizycznie i psychicznie. W tym czasie jeszcze żyła moja kochana Marylka. I od tamtych dni nic, żadnej kobiety. Brakuje mi ich. Gdzieś czytałem, że starzy faceci myślą o seksie tyle samo czasu co dorosłe nastolatki. W moim przypadku to się sprawdza. Im mniej tego w naturze, tym więcej w wyobraźni.
Mając dwadzieścia kilka lat i widząc mężczyznę w moim wieku, to nigdy by mi do głowy nie przyszło, że ten staruszek tęskni za seksem. Potrzeba takich doznań nie przemija.
Kilkanaście lat temu jeździłem do hospicjum w Nowej Hucie, gdzie leżała-umierała moja dobra znajoma. Czasami zostawałem tam na noc. Znajoma już nie miała nikogo z bliskiej rodziny. Wcześniej mówiła mi, że nie chciałaby umierać bez obecności kogoś przy łóżku. Właśnie dlatego byłem w hospicjum w nocy. I wówczas zwróciłem uwagę na starszego ode mnie pacjenta, który co godzinę domagał się od pielęgniarek, żeby mu wkładały do odbytu czopki znieczulające ból, albo obmywały go całego z potu, albo szły z nim do ustępu i pomagały mu się wysikać. Domyśliłem się, że on, choć na łożu śmierci, to bardzo pragnie fizycznego kontaktu z kobietą, jej dotyku, spojrzenia. Pielęgniarki to rozumiały, cierpliwie spełniały jego prośby. Dwa dni później ten mężczyzna umarł, wcześniej niż moja znajoma.
Napisałem, że życie nie znosi próżni, bo akurat w moim życiu, zamiast kobiet, pojawił się pies, średniej wielkości kundel. Nie wiadomo skąd się wziął na podwórzu naszej kamienicy. Cały dzień leżał za śmietnikami, nie straszył lokatorów, nawet nie zaszczekał. Wieczorem, zachęcając kundla kiełbasą, zwabiłem go do mieszkania. Musiał być bardzo głodny. Wpatrywał się w kiełbasę i, nim się zorientował, był już u mnie w przedpokoju. Pożarł kiełbasę i dopiero wówczas uzmysłowił sobie, że znajduje się w zamkniętym pomieszczeniu z obcym człowiekiem. Ze stresu (tak to sobie wytłumaczyłem) zesrał się na dywanik.
Pies jest u mnie trzeci dzień. Wyprowadzam go dwa razy dziennie na spacer. Kupiłem smycz. Kundel jest spolegliwy i mądry. Od razu pojął, że żółty kocyk na podłodze łazienki to jego miejsce. Leży na nim większość czasu. Niekiedy nieśmiało wchodzi do kuchni i pokoju. Nie chcę robić nic na siłę, niech się powoli oswaja ze mną. Uważnie przysłuchuje się temu, co mówię, ale spogląda na mnie z rezerwą: no, zobaczymy jak będzie dalej.
sobota, 21 sierpnia 2010
PIĘKNE WYDARZENIE
Nie mogę o tym nie napisać. Dawno nic mnie tak nie rozbawiło, jak to.
Plantami wracałem z Kleparza. Na chwilę usiadłem na ocienionej ławce, żeby odpocząć, bo dźwigałem kilka kilogramów różnych warzyw. Po drugiej stronie alejki, kilkadziesiąt metrów w prawo ode mnie, dwóch robotników malowało ławki na zielono. Robili to na chybcika, byle jak, i po zamalowaniu osłaniali ławki dwoma biało-czerwonymi paskami, żeby ostrzec przed siadaniem na nich. Nie przyglądałem się robotnikom. Moje spojrzenie podążało za co bardziej ładnymi pośladkami i nogami przechodzących kobiet. Z powrotem zwróciłem uwagę na malarzy, gdy skończyli malować czwartą z rzędu ławkę, stojącą niemal naprzeciwko tej, na której siedziałem. Osłonili ją dwoma paskami, zabrali kubły z farbą i poszli sobie. Minutę po ich odejściu dwóch, tak na oko, osiemnastolatków, zdjęło z ławki ostrzegające paski i, nim zdążyłem zareagować, uciekli. Patrzyłem za tymi gówniarzami, gdy na ławce naprzeciwko usiadł około czterdziestoletni mężczyzna, w jasnych spodniach i koszulce polo. Aż mnie ciarki przeszły, gdy wczułem się w jego sytuację. Byłem pewien, że natychmiast się poderwie, przerażony i wściekły, że usiadł na świeżo pomalowanym. Ale on nie. Wygodnie się rozsiadł, oparł się, po czym wyjął telefon i zaczął spokojnie rozmawiać. Pomyślałem, że teraz już się nie odlepi od ławki. Ale znowu niespodzianka. Czterdziestolatek wstał i na jego ubraniu nie było choćby plamki zielonej farby. Kiedy odszedł, do ławki podeszli ci dwaj gówniarze. Musieli z dala obserwować ławkę i czterdziestolatka. Byli, podobnie jak ja, zdumieni, że farba nie odbiła się na ubraniu mężczyzny. Jeden z nich palcem dotknął ławki w miejscu, gdzie siedział czterdziestolatek, i stwierdził rozczarowany:
- Kurwa, sucha.
I obaj usiedli na tej ławce i, ledwie to zrobili, jeden z nich momentalnie krzyknął:
- Kurwa!
I jak poparzony zerwał się z ławki. Jego ubranie, z tyłu, poznaczone było zielonymi pasami.
Malarze pomalowali pół ławki. Albo zabrakło im farby, albo uznali, że druga połowa ławki jest w dobrym stanie i nie trzeba malować
Powiedziałem do chłopaka:
- Ładnie ci z zielonymi paskami na dupie i plecach.
- Kurewska ławka - odrzekł.
Piękne wydarzenie. Moja Marylka, gdyby żyła i siedziała wówczas obok mnie, śmiała by się z tego do nocy.
Plantami wracałem z Kleparza. Na chwilę usiadłem na ocienionej ławce, żeby odpocząć, bo dźwigałem kilka kilogramów różnych warzyw. Po drugiej stronie alejki, kilkadziesiąt metrów w prawo ode mnie, dwóch robotników malowało ławki na zielono. Robili to na chybcika, byle jak, i po zamalowaniu osłaniali ławki dwoma biało-czerwonymi paskami, żeby ostrzec przed siadaniem na nich. Nie przyglądałem się robotnikom. Moje spojrzenie podążało za co bardziej ładnymi pośladkami i nogami przechodzących kobiet. Z powrotem zwróciłem uwagę na malarzy, gdy skończyli malować czwartą z rzędu ławkę, stojącą niemal naprzeciwko tej, na której siedziałem. Osłonili ją dwoma paskami, zabrali kubły z farbą i poszli sobie. Minutę po ich odejściu dwóch, tak na oko, osiemnastolatków, zdjęło z ławki ostrzegające paski i, nim zdążyłem zareagować, uciekli. Patrzyłem za tymi gówniarzami, gdy na ławce naprzeciwko usiadł około czterdziestoletni mężczyzna, w jasnych spodniach i koszulce polo. Aż mnie ciarki przeszły, gdy wczułem się w jego sytuację. Byłem pewien, że natychmiast się poderwie, przerażony i wściekły, że usiadł na świeżo pomalowanym. Ale on nie. Wygodnie się rozsiadł, oparł się, po czym wyjął telefon i zaczął spokojnie rozmawiać. Pomyślałem, że teraz już się nie odlepi od ławki. Ale znowu niespodzianka. Czterdziestolatek wstał i na jego ubraniu nie było choćby plamki zielonej farby. Kiedy odszedł, do ławki podeszli ci dwaj gówniarze. Musieli z dala obserwować ławkę i czterdziestolatka. Byli, podobnie jak ja, zdumieni, że farba nie odbiła się na ubraniu mężczyzny. Jeden z nich palcem dotknął ławki w miejscu, gdzie siedział czterdziestolatek, i stwierdził rozczarowany:
- Kurwa, sucha.
I obaj usiedli na tej ławce i, ledwie to zrobili, jeden z nich momentalnie krzyknął:
- Kurwa!
I jak poparzony zerwał się z ławki. Jego ubranie, z tyłu, poznaczone było zielonymi pasami.
Malarze pomalowali pół ławki. Albo zabrakło im farby, albo uznali, że druga połowa ławki jest w dobrym stanie i nie trzeba malować
Powiedziałem do chłopaka:
- Ładnie ci z zielonymi paskami na dupie i plecach.
- Kurewska ławka - odrzekł.
Piękne wydarzenie. Moja Marylka, gdyby żyła i siedziała wówczas obok mnie, śmiała by się z tego do nocy.
poniedziałek, 2 sierpnia 2010
TRZEBA SIĘ OŻYWIĆ
Miron z żoną i Maćkiem pojechali na jeziora mazurskie. Wyczarterowali na dwa tygodnie łódź żaglową. Tego im zazdroszczę. Kiedyś, w młodości, też pływałem łodzią po Mazurach. Tylko te komary... Minęło pół wieku, a ja nie zapomniałem o nich. Może teraz jest ich mniej?
Ilona Małkowska już tak często mnie nie odwiedza. Kilka tygodni temu zatkał się jej spływ wody pod wanną. Wezwała hydraulika i zakochała się w nim. Nie pytałem o szczegóły, ale, zdaje się, jest dwa razy młodszy od niej. Życzę Ilonce, żeby ta jej nowa miłość trwała jak najdłużej. Młode jest piękne, bez względu ma płeć.
Czasami zajrzy do mnie R.S. na partię szachów. Ostatnio zawziął się na pisanie, niedługo wyjdzie jego nowa powieść, następna we wrześniu. Wtedy pewnie przerzuci się na coś innego, picie, liczenie nietoperzy, może jazda na rolkach zamiast na rowerze, ruletka i poker w kasynie, wędkarstwo, albo coś zupełnie nowego przyjdzie mu do głowy.
Moi rówieśnicy pomarli albo umierają, albo już zrezygnowali z życia towarzyskiego.
Nigdy nie miałem problemów z tym, że jestem samotny. Zawsze byłem czymś zajęty i, w związku z tym, obracałem się pośród ludzi. Ostatnio z nikim nie spotykam się często i wyobraziłem sobie, że taki stan niespotykania się z nikim, trwa pół roku, rok, i przeraziło mnie to. W moim wieku łatwo popaść w samotność. Już się nie jest tak atrakcyjnym facetem jak dawniej. Wygląd, zainteresowania, pieniądze, to wszystko jest na linii opadającej. Może, jeśli napiszę powieść o Chrystusie, znowu zacznę się liczyć? To ważna motywacja do pisania. Szkoda, że sama motywacja nie wystarcza, żeby stworzyć coś dobrego, wartościowego.
Trzeba się ożywić. Zobaczę w internecie, jakie są nowe trendy w damskiej bieliźnie.
Ilona Małkowska już tak często mnie nie odwiedza. Kilka tygodni temu zatkał się jej spływ wody pod wanną. Wezwała hydraulika i zakochała się w nim. Nie pytałem o szczegóły, ale, zdaje się, jest dwa razy młodszy od niej. Życzę Ilonce, żeby ta jej nowa miłość trwała jak najdłużej. Młode jest piękne, bez względu ma płeć.
Czasami zajrzy do mnie R.S. na partię szachów. Ostatnio zawziął się na pisanie, niedługo wyjdzie jego nowa powieść, następna we wrześniu. Wtedy pewnie przerzuci się na coś innego, picie, liczenie nietoperzy, może jazda na rolkach zamiast na rowerze, ruletka i poker w kasynie, wędkarstwo, albo coś zupełnie nowego przyjdzie mu do głowy.
Moi rówieśnicy pomarli albo umierają, albo już zrezygnowali z życia towarzyskiego.
Nigdy nie miałem problemów z tym, że jestem samotny. Zawsze byłem czymś zajęty i, w związku z tym, obracałem się pośród ludzi. Ostatnio z nikim nie spotykam się często i wyobraziłem sobie, że taki stan niespotykania się z nikim, trwa pół roku, rok, i przeraziło mnie to. W moim wieku łatwo popaść w samotność. Już się nie jest tak atrakcyjnym facetem jak dawniej. Wygląd, zainteresowania, pieniądze, to wszystko jest na linii opadającej. Może, jeśli napiszę powieść o Chrystusie, znowu zacznę się liczyć? To ważna motywacja do pisania. Szkoda, że sama motywacja nie wystarcza, żeby stworzyć coś dobrego, wartościowego.
Trzeba się ożywić. Zobaczę w internecie, jakie są nowe trendy w damskiej bieliźnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)