sobota, 11 lipca 2009

PECHOWA KAŁUŻA

Słońce. Później nadeszła ciemna chmura. Przez dziesięć minut padało dużymi kroplami i nagle koniec deszczu i znowu słońce. Na dwóch skrawkach nieba widocznych z mieszkania (z kuchni na zachód, z pokoju na wschód)nie dostrzegłem ani jednej chmurki. Więc czas na (prawie) codzienną rundę wokół Błoń. Ubrałem jasne spodnie, nałożyłem sandały.
Na połowie chodnika przed kamienicą zawsze ta sama kałuża, w której woda stoi dłużej niż w innych kałużach. Z naprzeciwka szła grupa rozgadanych dwudziestolatek. Im akurat kałuża nie stała na drodze, a mnie tak. Pomyślałem, że te półtora metra kałuży przeskoczę z gracją jak jeleń (bo sarna tu nie pasuje, chociaż w skokach sarny jest więcej gracji). I tak zrobiłem i wylądowałem prawą nogą pośrodku kałuży. Dziewczęta, ochlapane brudną wodą, zamilkły. Widziałem w ich oczach co chcą powiedzieć: żebyś tak, stary dziadu, utopił się w tej kałuży!
Wróciłem do domu przebrać spodnie. Wielki mistrz Małopolski w skoku o tyczce!
Mózg nie nadąża za starością. A może to tylko mój mózg nie nadąża? Bo, prawdę, nie widziałem facetów w moim wieku, którzy z gracją przeskakują kałuże. Dureń. Chciałem się popisać przed dwudziestolatkami. Czego oczekiwałem, gdybym przeskoczył? Zachwytów?: patrzcie, jak ten gość pięknie skoczył? Propozycji?: może pan pójdzie z nami? Czasami zastanawiam się, czy porażenie prądem przed laty nie dokonało jakichś nieodwracalnych zmian w moim mózgu. Zwracam uwagę na coraz to młodsze kobiety. Do diabła, niedługo będę zaglądał do wózków dziecięcych.
Ciekaw jestem, czy to tylko moja przywara (jeśli to przywara?), czy inni dziadkowie też to mają?
Za godzinę, gdy znowu wyszedłem z domu, kałuża zmniejszyła się do szerokości pół metra. Było dużo wolnego miejsca na chodniku. Mogłem obejść kałużę albo przestąpić ją dłuższym krokiem, a ja ją przeskoczyłem. Zwycięstwo ducha nad materią! Lecz gdybym, za tym drugim skokiem, poślizgnął się i upadł na tyłek do kałuży? To musiałaby już w tym być ręka Pana Boga. Dobrze, że akurat w tym czasie nie chciało mu się czynić złośliwych dowcipów. Bo kto by mu zabronił?

czwartek, 9 lipca 2009

USZTYWNIENIE W KROCZU.

Po odejściu ze szkoły otworzyłem zakład "Remonty Domowe. K. Trzaska".To był jeszcze ustrój socjalistyczny. Dzisiaj nie jest łatwo założyć firmę, lecz nie trwa to dwa lata,jak wtedy.
W kamienicy na parterze oficyny, w której mieszkam, od lat stało nieużywane pomieszczenie 2m na 4m. Dawniej to była kanciapa stróża. Wynająłem ją od miasta, właściciela kamienicy. Wysprzątałem, pomalowałem i stałem się tzw. prywatną inicjatywą. Ukończyłem wydział mechaniczny Technikum Chemicznego, tam jeden dzień w tygodniu to były zajęcia warsztatowe, więc miałem pojęcie do czego służą różne narzędzia. Poza tym to ja jestem "złota rączka". Jako prywatna inicjatywa dorabiałem klucze do mieszkań, wymieniałem zamki w drzwiach, naprawiałem zawiasy w szafach, przetykałem zatkane rury, czyściłem z sadzy piecyki gazowe, wymieniałem bezpieczniki elektryczne. Po jakimś czasie, to znaczy od wypadku z prądem, z elektryką nie chciałem mieć nic do czynienia. Zacząłem się panicznie bać prądu.
Raz , gdy podczepiałem żyrandol do prądu pod sufitem, tak mnie kopnęło, że spadłem z drabiny i dwa tygodnie leżałem w szpitalu, z tego trzy dni na oddziale reanimacyjnym, na wpół przytomny. Na reanimacji usłyszałem, jak pielęgniarki mówiły do siebie, że to mi może zostać na całe życie i żona będzie miała ze mną wygodę. Nie wiedziałem o co się rozchodzi, a brakowało mi siły żeby zapytać. Szybko jednak się dowiedziałem.
Kopnięcie prądem podziałało na mnie w szczególny sposób: mój fiut bezustannie stał, to znaczy, wyrażając się bardziej po lekarsku, mój penis znajdował się w stanie wzwodu dzień i noc, miesiące, lata i tak do dzisiaj się znajduje. W szpitalu, nim mnie wypisali, sprowadzili około czterdziestoletnią panią psycholog, żeby coś zrobiła z moim usztywnieniem. Wpierw zadawała mi głupie pytania w rodzaju, czy w czasie, kiedy poraził mnie prąd, nie odbywałem stosunku seksualnego?
- Pani doktor - odrzekłem - ja wtedy stałem na drabinie.
- To może wówczas ktoś trzymał rękę na pańskim prąciu? - dopytywała.
Później takim małym młoteczkiem lekko uderzała mnie w fiuta, po czym stwierdzała, że reaguję nienormalnie, bo po uderzeniu fiut powinien mi zwiotczeć, a on dalej stał jak gdyby nigdy nic.
- Czy ma pan normalny wytrysk? - dociekała.
- Nie wiem, pani doktor. Tu, w szpitalu, nie miałem okazji.
- Proszę teraz spróbować - nakazała.
- Jak? - zdziwiłem się.
- Tak, jak to robią chłopcy. Ręką.
- Mam się onanizować przed panią doktor?
- Właśnie o to mi chodzi.
Chwilę próbowałem, lecz stwierdziłem i powiedziałem to pani doktor, że w takich warunkach nigdy nie dojdę do końca. Więc psycholog zaczęła mnie masturbować i od razu zrobiło się inaczej, lepiej.
Ale po wytrysku też mi stał.
- Nigdy nie miałam do czynienia z takim przypadkiem - powiedziała pani psycholog. - Może trzeba więcej wytrysków? - zastanawiała się. Jest pan gotów?
- Jestem - odrzekłem, bo rzeczywiście byłem gotów.
Psycholog zdjęła majtki i usiadła na mnie. Miała cztery orgazmy, ja jeszcze jeden. Doktor przez trzy dni, po kilka godzin, usiłowała doprowadzić mojego fiuta do zwiotczenia. Nadaremnie.
Z początku przeszkadzało mi, że to zawsze sterczy w kroczu. Później przyzwyczaiłem się. Od tamtego czasu zawsze noszę luźne spodnie. Generalnie nie narzekam, kobiety potrafią go wypatrzeć nawet w luźnych spodniach i myślą, że to one tak na mnie działają. Jedyny poważny minus tego usztywnienia to to, że kiedy jestem nad morzem to nie mogę po plaży chodzić w samych slipach. Głupio bym wyglądał. Czasami też w miejskich szaletach dochodzi do nieporozumienia, gdy sikający obok mnie młody pedał, prostytuta, widzi mojego stojącego.
Jako prywatnej inicjatywie dobrze się mi wiodło. Zarabiałem więcej niż w liceum, poza tym miałem więcej czasu i więcej różnych znajomych, co w latach, gdy moja kochana Marylka częściej przebywała w Kobierzynie niż w domu, bardzo mi odpowiadało. Klienci mieli do mnie zaufanie, bo nie piłem, nie kląłem i ubierałem się elegancko jak za profesorskich czasów. Często zostawiali mi klucze do mieszkania, żebym, kiedy są w pracy, naprawił im coś w mieszkaniu. No i kobiety. Nie zdajecie sobie sprawy jak wiele z nich lubi szybki, niezobowiązujący numerek z hydraulikiem. Ja byłem tym zaskoczony.
Teraz nowi lokatorzy kamienicy, którzy powykupowali mieszkania od miasta, chcą mi zabrać kanciapę na parterze. Mówią, że przychodzi tam do mnie szemrane towarzystwo. Nawet dzielnicowemu się poskarżyli, że ja jakiś niby podejrzany gość. Lecz dzielnicowy to mój dobry znajomy. Też przychodzi do kanciapy, żeby pogadać i wypić kielicha. Już z rzadka mam zlecenie na naprawę.

środa, 8 lipca 2009

7. CHAM W LICEUM.

Na Błoniach, na szerokiej asfaltowej promenadzie, gdzie do wieczora dużo biegaczy, rowerzystów, rolkarzy, spotkałem Rogalę. Nie tyle spotkałem, co on podszedł do mnie, bo ja bym go nie poznał. Rogala to facet, przez którego kilka lat przed emeryturą musiałem zrezygnować z pracy w liceum. Tak szczerze, to należało mu się za to podziękowanie, bo zawsze tkwiło we mnie przekonanie, że nie powinienem był pracować w szkole. Wówczas, za socjalizmu, uczenie gówniarzy było dla ludzi bez wyobraźni (dzisiaj, gdy kapitalizm, pewnie jest tak samo). Trzeba przerobić tyle i tyle materiału, nauczać z konkretnego podręcznika, rugować samodzielne myślenie ucznia, bo taki swoimi uwagami, dociekaniami, zajmuje dużo czasu i plan lekcji zostanie nie wykonany.
Najwidoczniej i mnie brakowało wyobraźni, skoro tyle lat byłem "profesorem" w liceum.
Ale wracam do spotkania z Rogalą. Idący z naprzeciwka starszy mężczyzna, lecz młodszy ode mnie, zatrzymał się przede mną i rzekł:
- Dzień dobry, panie profesorze.
- Dzień dobry - odpowiedziałem, przyglądając się mu i chcą sobie przypomnieć, kto zacz.
- Pan mnie nie poznaje.
- Nie - przyznałem.
- Józef Rogala.
Z trudnością rozpoznałem. Zupełnie nie przypominał tamtego, butnego gościa.
- Wie pan, gdzie od lat jest mój Stasio? - zapytał.
Chodziło o jego syna, a przez pewien czas mojego ucznia.
- Nie wiem i nie interesuje mnie to - odrzekłem.
Młody Rogala nie należał do moich ulubionych uczniów. Prawdę, to nikt z nauczycieli go nie lubił.
- Siedzi w więzieniu - powiedział Rogala. - Źle wtedy zrobiłem, ujmując się za nim przeciwko panu. Nawet nie skończył liceum. Wódka, narkotyki, ach. W końcu nożem uderzył faceta tak pechowo, że go zabił.
- Pechowo?
- Nie chciał go zabić. Tak wyszło.
- Skąd się mu nóż wziął w ręku?
- Wtedy ja sam powinienem mu dokopać, dokończyć to, co pan zaczął. Może wszystko w jego życiu potoczyłoby się inaczej.
Powinno mi było być żal starego Rogali, i młodego, ale nie było.
Liceum, w którym uczyłem, zaliczało się do jednego z lepszych w Krakowie. Normalnie ktoś tak jak uczeń Rogala wyleciałby z niego już w pierwszym półroczu pierwszej klasy. No ale wtedy nie było normalnie. PRL dogorywał, lecz tak dogorywał od lat i nikt nie przewidywał, że zejdzie do grobu.
Młody Rogala nie dość, że intelektualnie odstawał od rówieśników, to jeszcze było z niego wyjątkowe chamisko. Po prostu cham, w słowach i zachowaniu. Jego ojciec zajmował wysokie stanowisko w Komitecie Wojewódzkim PZPR i to akurat w wydziale oświaty. Dyrektor nie mógł go wyrzucić ze szkoły, bo wtedy towarzysz Rogala wyrzuciłby dyrektora z posady. Tak to było. Nauczyciele jak mogli ignorowali chamskie zachowanie ucznia Rogali. Dopiero w pokoju nauczycielskim odreagowywali, paląc papierosy i połykając tabletki uspokajające. Podobnie i ja robiłem, lecz pewnego dnia, gdy podczas lekcji to bydlę wyjęło talię kart i zaczęło demonstracyjnie tasować, nie wytrzymałem i tak go strzeliłem w pysk, że upadł na podłogę i doznał wstrząsu mózgu, jak później wykazało prześwietlenie. Karetka, policja, prokurator. Przesiedziałem osiemnaście godzin w areszcie na Mogilskiej.
Stary Rogala zachował się wspaniałomyślnie. Zaproponował: albo sam poproszę o zwolnienie z pracy w szkole, albo on postara się, abym jakiś czas spędził w więzieniu. Co mogłem wybrać? Wiadomo. Aha, jeszcze dodał, że o pracy w jakiejkolwiek szkole w Polsce nawet nie mam co marzyć.
Szkoda, że z takim bydlakiem i takim jego ojcem nie miałem do czynienia dwadzieścia lat wcześniej. Zaraz po zostawieniu u dyrektora liceum podania z prośbą o natychmiastowe zwolnienie z pracy z powodów rodzinnych, poczułem się tak, jak chyba czują się ludzie, którzy po wielu latach więzienia wyszli za bramę na wolność.

poniedziałek, 6 lipca 2009

6. CHAM W TRAMWAJU.

Normalnie to człowiek wpierw się starzeje, a dopiero jakiś czas później zdaje sobie z tego sprawę. Na mnie ta świadomość spadła znienacka.
Jechałem wtedy tramwajem. Nie było tłoku, lecz wszystkie fotele zajęte. W ręku dźwigałem foliową torbę z książkami o Galicji, które za grosze kupiłem pod Halą Targową na Grzegórzkach. Historia Galicji to było ostatnie moje hobby. Teraz nie mam żadnego. Książki były ciężkie. W obawie, że reklamówka się rozerwie, trzymałem książki przyciśnięte do piersi. Po przejechaniu kilku przystanków zaczęły mnie boleć ręce. Wówczas zauważyłem wchodzącą do tramwaju tę dziewczynę, no, niech będzie, kobietę, bo chyba miała 30 lat. Nazwę ją po swojemu: Zjawiskowa, a nie, jak się teraz mówi, piękna de czy laska. Długie, rozpuszczone włosy, ostry makijaż na dziewczęcej twarzy o regularnych rysach, czarne mini i mocne, nieduże piersi nie uwiązane w biustonoszu, co dobrze było widać przez materiał obcisłego T-shirta. Zatrzymała się dwa metry ode mnie, naprzeciwko, tak, że nie musiałem obracać głowy żeby na nią patrzeć. Wyprostowałem się, książki w reklamówce jakby zrobiły się lżejsze. Zjawiskowa dostrzegła, że ją lustruję od góry na dół i z dołu do góry. Spojrzała mi ostro w oczy, jak gdyby chciała powiedzieć: dość tego, wszystko widzę. Była zaskoczona, że nie dałem się spłoszyć i nie odwróciłem spojrzenia od jej zielonych oczu, tylko zaczekałem aż ona pierwsza to zrobi. Po chwili znowu na mnie spojrzała, a ja wtedy patrzyłem na jej piersi, nie ukradkiem, tylko długo, spokojnie, jak koneser oglądający w galerii szczegóły obrazu. Jej sutki odznaczały się coraz wyraźniej przez materiał koszulki. U mnie nic nie było widać, miałem luźne płócienne spodnie. Od wypadku z prądem elektrycznym zawsze chodzę w luźnych spodniach. Może się jej spodobało moje bezczelne podglądactwo? Pożądliwość budzi pożądliwość. To chemia, jak niektórzy uważają, że niby zadziałały jakieś związki zapachowe wydzielane przeze mnie. W każdym razie nie byłem już dla niej niewidocznym, jednym z wielu współpasażerów tramwaju, i, co ważniejsze, nie byłem niemiłym, ordynarnym podpatrywaczem. Wówczas poszłaby kilka kroków dalej albo odwróciłaby się ode mnie, a ona poprawiła włosy, przerzucając je z ramienia na kark. Dalej emablowałem Zjawiskową spojrzeniem, na twarz, piersi, uda. To działało, zaczerwieniła się. Gorączkowo obliczałem w myśli, czy mam przy sobie tyle pieniędzy, żeby wystarczyło na dwa wina w kawiarnianym ogródku. Miałem. To mi przydało pewności siebie. Tylko ta francowata reklamówka z książkami ciążyła mi coraz bardziej, musiałem uważać aby nie sapać z wysiłku. Po kolejnym moim spojrzeniu Zjawiskowa uśmiechnęła się. Nie było tego widać na jej twarzy, lecz w oczach miała wyraźne ogniki śmiechu. Ktoś tak nastrojony nie obrazi się, nie fuknie złym słowem, gdy usłyszy zaproszenie na lampkę wina, najwyżej odmówi. Już zacząłem się zastanawiać, jakimi słowami zaprosić do pójścia do kawiarni, gdy chłopak siedzący w fotelu obok, na oko student, wstał i zwrócił się do mnie:
- Proszę, niech pan usiądzie.
- Siedź, siedź, człowieku - odpowiedziałem mu z lekceważącym uśmiechem, chcąc dać do zrozumienia, że ja tak mogę stać do usranej śmierci.
- Niech pan lepiej siada, bo wykorkuje na serce - ten cham brnął dalej.
Wszystko zepsuł. Zgasły wesołe ogniki w oczach Zjawiskowej. Już i ona widziała mnie takim, jakim widział student. Byłem w wieku jej ojca. Odwróciła się i zaraz wysiadła na przystanku, na którym i ja powinienem wysiąść. Nie zrobiłem tego, bo wyglądałoby jakbym za nią gonił.
Wściekły rzekłem półgłosem do studenta:
- Ty głupi kutasie!
- Słucham? - chłopak przysunął się do mnie.
Powtórzyłem to samo.
Chłopak spojrzał na stojących obok pasażerów i powiedział:
- Nie ustąpić starszym miejsca, źle. Ustąpić, to człowieka zwyzywają.
Pasażerowie patrzyli na mnie potępiająco, a jeden z rówieśników studenta rzekł:
- Z takimi dziadkami to nigdy nic nie wiadomo.
Jakby mi ktoś dał w twarz. Dziadek!
Ten "dziadek" rozbrzmiewał w mojej głowie przez kilka tygodni.
Później było jeszcze gorzej. W tramwaju zaczęły mi ustępować miejsce do siedzenia czterdziestoletnie kobiety. Nie korzystałem z ich łaskawości. Dalej stałem i one też stały, a fotel był wolny. Po chwili siadał na nim ktoś młody i wtedy dobroczyńczynie patrzyły na mnie z gniewem.
Postanowiłem nie przyjmować do wiadomości, że jestem stary, bo przecież nie jestem stary. To inni, młodsi ode mnie, chcą mnie tak zaklasyfikować. Wprawdzie nie przebiegnę szybko stu metrów, nawet połowy tego dystansu nie przebiegnę, no, żeby już cała prawda, to kilkunastu kroków nie przebiegnę, gdyż boję się, że zaraz się rozpadnę. Pamiętam jednak doskonale, jak na stadionie Unii Tarnów (w Tarnowie-Mościcach chodziłem do Technikum Chemicznego) przebiegałem sto metrów w czasie 11,4 sek. Trenowałem też skok o tyczce. Rozpędzałem się z metalową tyczką w ręku (tyczek węglowych, z dodatkiem wanadu, jeszcze wtedy nie było), w biegu wkładałem ją do dołka, odbijałem się i pokonywałem poprzeczkę na wysokości 3,80 metrów. Mistrzostwo Małopolski! Spadałem na tyłek i plecy na rozłożone na ziemi materace. Tym biegaczem i skoczkiem jestem i tego się będę trzymał.
A jazdy tramwajami unikam. Mieszkam w Śródmieściu Krakowa, wszędzie mam blisko.

5. PIERWSZY KROK DO SAMOBÓJSTWA.

Poszedłem do przychodni zdrowia na Placu S. (teraz to się nazywa Niepubliczny Zakład... i dalej nie pamiętam), jak zawsze do doktor Bełtowskiej. Ja, żona, dzieci, u niej leczyliśmy się od lat.
- Dzień dobry panie Karolu - ucieszona powiedziała na mój widok i chyba naprawdę była ucieszona (że jeszcze żyję?). - Dawno pana nie widziałam. Ostatni raz... - zajrzała do kartoteki. - Cztery lata temu.
- Jakoś zdrowie mi dopisuje. Nie narzekam.
I rzeczywiście tak jest. Nigdy na nic poważnego nie chorowałem.
- Cieszę się, panie Karolu. Lecz tym razem coś pana do mnie przywiodło - stwierdziła.
- Pani doktor, zdaje się, że tracę pamięć.
- Ja też, panie Karolu - uśmiechnęła się doktor Bełtowska. - To sprawa wieku, nic na to nie poradzimy. I nie ma na to lekarstwa.
Po takiej odzywce postanowiłem dłużej nie ciągnąć o niepamięci, tylko od razu przejść do rzeczy. Czasami szybko realizuję swoje plany.
- I mam problemy z zasypianiem. Męczę się kilka godzin nim usnę - skłamałem.
- Na to, na szczęście, są lekarstwa.
Doktor Bełtowska zapisała mi Imovane. Jedna tabletka przez położeniem się do łóżka.
Właśnie sprawdzam jak te tabletki działają. Nigdy nie brałem tabletek nasennych. Połknąłem dwie, popiłem herbatą.
Coś jakby ręce mniej sprawne, coraz częściej mylą mi się klawisze komputera.
Postąpiłem pierwszy krok do samobójstwa, czy, jak to się dzisiaj powiada, eutanazji na własne życzenie. Usnąć i umrzeć. Czy po wszystkich życiowych nieszczęściach nie byłoby to szczęśliwe zakończenie? Co na to Bóg? - ktoś może zapytać. W Piśmie nigdzie nie jest potępione samobójstwo. To kolejny dogmat Kościoła, który nie ma potwierdzenia ani w Starym, ani w Nowym Testamencie.

czwartek, 2 lipca 2009

4. KOMPLET NA ŚMIERĆ.

Jeszcze myślę o niedawnej wizycie u Somerów.
Dużo czytałem o kłopotach, jakie sprawiają chorzy na Alzheimera. Nie potrafią ubrać się samodzielnie, nie potrafią jeść, fajdają w gacie, co akurat widziałem na własne oczy, dzień miesza się im z nocą, żona z sąsiadką, nie poznają własnych dzieci, wychodzą z domu i przepadają. Serce bije, krew krąży, a mózg zamieniony w galaretę. Nie chciałbym się znaleźć w takim stadium życia. Lepiej wcześniej popełnić samobójstwo, kiedy człowiek jest jeszcze zdolny do tego.
Postanowiłem chodzić do lekarza i udawać, że mam kłopoty z zaśnięciem. Lekarz będzie mi zapisywał pigułki na zaśnięcie. Uzbieram ich tyle, że gdy uznam iż przyszła odpowiednia pora, połknę dwie garści tabletek, popiję alkoholem i elegancko odejdę. Elegancko, to wyobrażam sobie, że mieszkanie wysprzątane, wywietrzone z dymu tytoniowego, a ja leżę w świeżej, czystej pościeli, tyle że trupek. Na pewno nie będę leżał tak długo, żebym zaczął się rozkładać i śmierdzieć. Wtedy na darmo poszłoby wietrzenie mieszkania i zmiana pościeli. Sąsiedzi, ci z nich, którzy od dawna mieszkają w kamienicy (bo jest coraz więcej nowych lokatorów, którzy wykupili mieszkania od miasta, i ci nie interesują się sąsiadami, jakby mieszkali na pustyni), zwrócą uwagę, że Trzaska od dwóch dni nie wychodzi z mieszkania.
Przypomniało mi się. Prawdziwe. Były prezydent USA, Ronald Reagan, wyszedł z żoną na spacer, to znaczy ona z nim wyszła, i dziwił się: dlaczego wszyscy mi się kłaniają? Wtedy pewnie jeszcze nie było z nim najgorzej, skoro zarejestrował w głowie, że mu się ludzie kłaniają.
Ktoś dzwoni do drzwi.

Nie było mnie pół godziny w mieszkaniu. To dzwoniła sąsiadka z drugiego piętra, Jadwiga Stykowa, też nauczycielka, tyle że z podstawówki. Nawet dyrektorką szkoły była. Piszę "nawet", bo tak, prawdę, jest głupia jak but. Współczuję nauczycielom, którzy byli jej podwładnymi. Gdy wychodzę z mieszkania, nadsłuchuję, czy na schodach nie ma Stykowej, nie chce mi się jej słuchać. Tym razem nie miałem wyjścia, musiałem z nią rozmawiać. Nie zawsze jestem grzeczny, lecz nikomu drzwi nie zatrzaskuję przed nosem.
- Panie Karolu - powiedziała szybko, rozgorączkowana, ale zadowolona - kupiłam wczoraj biustonosz i mam już komplet na śmierć. Chce pan zobaczyć?
Zbaraniałem. W ogóle nie rozumiałem o co chodzi.
- Jaki komplet, pani Jadwigo?
- Czarny i wszystko jedwabne, panie Karolu. Ja śmierć traktuję poważnie.
- Ale jaką śmierć? - zapytałem, przypominając sobie, że dopiero co też rozmyślałem o śmierci.
- Własną.
Własną, czyli moją? Jej się coś mąciło albo mnie się mąciło.
- Zaraz, pani Jadwigo. Czy kupiła pani czarny biustonosz na moją śmierć? - wpierw chciałem to rozstrzygnąć.
- Panu zawsze świństwa w głowie - Stykowa prześwidrowała mnie swoimi pajęczymi oczami. - Chyba nie chodzi pan w biustonoszu?
- Nie. W butach raczej - odruchowo odrzekłem, bo z tym skojarzyło mi się słowo "chodzi".
- Ja na pana miejscu nie miałabym głowy do dowcipów - spojrzała na mnie krytycznie. - Nie jest pan dużo młodszy ode mnie.
- Jakie dowcipy? Jakie dowcipy? - zdenerwowałem się.
- Że chodzi pan w butach, a nie w biustonoszu.
- Bo tak jest. Gdzie tu pani widzi jakiś dowcip?
- To chce pan zobaczyć mój komplet czy nie? - zapytała, już obrażona na mnie.
Mimo wszystko byłem zaintrygowany. Pierwszy raz słyszałem o jakimś komplecie na śmierć, to tego czarny biustonosz?
- Chcę.
Poszedłem do Stykowej. Zaprowadziła mnie do pokoju, w pokoju do tapczanu, na którym leżały różne części ubrania.
- Widzi pan? Niczego nie brakuje - była z powrotem zadowolona, jak w chwili, kiedy otworzyłem jej drzwi. - Wszystko czarne i w najlepszym gatunku. Czarny uwielbiam.
Rzeczywiście, odkąd pamiętam Stykowa zawsze ubierała się na czarno.
- Bluzka, staniczek, halka, pończochy, podwiązki. Brakowało mi tylko porządnego biustonosza. Dzisiaj rano pomyślałam, że może to stanie się już jutro, i wzięłam z emerytury i kupiłam za sto pięćdziesiąt złotych - podniosła czarny biustonosz na wysokość moich oczu. Mogę mniej jeść, ale na śmierci nie będę oszczędzać.
- A to? - pokazałem na leżące obok czarnych butów różaniec i książeczkę do nabożeństwa.
- Należałam do partii, lecz zawsze byłam wierząca. Dawniej co niedziela jeździłam na mszę do Myślenic. Później chodziłam już tylko do naszej świętej Anny. Widzi pan, Karolu, też robiłam komunę na szaro, ale wcale się tym nie chwaliłam.
- Dobrze, pani Jadwigo. Lecz po co mi to pani pokazuje?
- Pomyślałam, że pan przyjdzie na mój pogrzeb.
- Przyjdę - powiedziałem, choć wcale nie byłem tego pewien, bo nie lubię i unikam pogrzebów.
- Chciałabym, żeby, kiedy będę leżeć w otwartej trumnie, sprawdził pan czy to ubranie - Stykowa pokazała na tapczan - mam na sobie. Moja córka, znam ją jest chytra, może sobie przywłaszczyć, a mnie pochować w starych szmatach. W niedzielę, gdy byłam na mszy, znowu grzebała w mojej szafie.
O tym, jaka jest córka Stykowej, słyszałem sto razy. Na pewno nie pochowa matki w tych jedwabiach, obwinie w prześcieradło albo stary ręcznik kąpielowy i każe przybić wieko trumny gwoździami. Za młodu była bardzo ładna i miała duże piersi, i dalej ma duże, tyle że jak, gdzieś piętnaście lat temu na jej imieninach, obłapiłem ją w kuchni i zdarłem biustonosz (biały), bezwiednie aż odskoczyłem od niej. Przestraszyłem się, że cycki spadną mi na stopy. Zatrzymały się jednak na wysokości pępka.
To ubranie na śmierć rozstroiło mnie. Zamierzałem o czymś innym pisać, a teraz nie chce mi się o niczym. W pewnym wieku wszystko, co ma związek ze śmiercią, działa przygnębiająco. W pewnym wieku, bo na przykład dla młodych dziennikarzy z tv24 (najczęściej oglądam) katastrofa samolotu, w którym zginęło sto pięćdziesiąt pasażerów, to radocha, woda na młyn, jest o czym mówić i co pokazywać na okrągło. Aż im się oczy świecą ze szczęścia.

środa, 1 lipca 2009

3.

Sądziłem, że komputer mam już opanowany, a tu ostatnio takie z nim kłopoty, że z nerwów aż trzęsionki dostałem. Uprzednio nie skończyłem pisać tego, co zamierzyłem, bo zamiast liter jakieś dziwne znaki się ukazywały. Zaś wczoraj zniknął mi cały zapis oprócz "ci".
Ciekawe dlaczego to "ci" zostało?
Za czasów mojej młodości w mieszkaniach były tylko "kołchoźniki", takie stale grające radio z jednym programem, a telefony, na korbkę, mieli wyłącznie dygnitarze i ważni działacze partyjni. Mój dziadek i ojciec mieli telefony na korbkę, bo przez pewien czas byli ważnymi działaczami. Dlaczego przed rozmową telefoniczną trzeba było kilka razy pokręcić korbką? Do dzisiaj nie wiem. Ale lubiłem kręcić. Choć urodziłem się dawno temu, jestem w miarę na bieżąco z nowymi mediami. Oczywiście nie w tak bliskiej z nimi zażyłości jak Maciek.
Nie uważam jednak, że te elektroniczne wynalazki wpływają na jakość życia, przysparzają szczęścia. Owszem, wpływają na jakość i efekty pracy, lecz kiedy jest się już blisko bramy św. Piotra człowiek nie żałuje, że za mało efektywnie pracował, tylko żałuje, że za mało z dziećmi i żoną rozmawiał, za mało czasu poświęcał rodzinie, że nie zawsze zachowywał się fair.
Wbrew pozorom te elektroniczne wynalazki zabierają ogromnie dużo czasu (nie mam na myśli nałogowców). Wciąż szybciej można znaleźć potrzebne hasło w książkowej encyklopedii niż w tej w wersji elektronicznej. A kiedy piszę piórem czy długopisem, to mam pewność, że tekst nagle nie zniknie mi sprzed oczu, jak to się przytrafia w komputerze.
Młodzi, jak Maciek, nie widzą i chyba już nie mają innej alternatywy jak tylko komputer i internet. Trzeba się z tym pogodzić, choć nie musi się podobać. Dla nich internet to coś o wiele więcej niż dla mnie. Oni tym żyją tak, jak ja w ich wieku żyłem książkami w wersji Gutenberga (XV wiek). Uważają, że ktoś, kto nie korzysta z internetu, to człowiek gorszego gatunku.
Gdy mi Maciek napomknął o pisaniu bloga, zapytałem, w jaki sposób może to przedłużyć moje normalne funkcjonowanie. Nie zdradziłem, że poczułem się urażony słowami "będziesz normalnie funkcjonował". Jakby podejrzewał, że ze mną jest coś nie tak, nie tylko z powodu, że nie jestem fanem internetu. Ja mam prawo do takich podejrzeń względem siebie. Lecz on? Młody i głupi. Też mam prawo, w moim wieku, to takiego osądu czternastolatka. Dożyjecie moich lat, sami się przekonacie.
- Wiesz, dziadek, będziesz sobie pisał co ci się ostatnio przydarzyło - odrzekł - z kim się spotkałeś, co widziałeś ciekawego, co ci się spodobało a co nie. Wiesz, mózgownicę będziesz miał w ruchu. Na przykład, przeczytasz jakąś książkę, to napiszesz o niej.
Jednak młody i głupi. Z jego propozycji aktualne jest tylko to o książce. Bo z kim ja się spotykam? Co jeszcze ciekawego mogę widzieć? Co mi się jeszcze może podobać a co nie?
- Dobrze, będę pisał - zgodziłem się łaskawie, żeby mu zrobić przyjemność.
Młody namówił starego dziada do pisania bloga. Dla jasności: wiedziałem co to są blogi. Kiedy już mi się znudzi czytanie internetowych gazet i oglądanie gołych bab, trafię czasami na jakiegoś bloga. Nie wszystkie są durnowate, lecz większość jakby pisana przez jedną i tę samą osobę. Mój pewnie też znajdzie się w większości.
Lecz obiecałem Maćkowi, to piszę. Założył mi tutaj darmowego bloga. Nie wiedziałem, że gdzie indziej za pisanie takich śmieci trzeba jeszcze zapłacić.
Funkcjonować normalnie. Zobaczymy.